Najnowsza interwencja Uważam Rze

Biznes

Zmierzch bogactwa

Aleksander Piński

Dlaczego państwo powinno finansować odbudowę przemysłu

Peter Thiel, jeden z założycieli PayPala, w 2010 r. w wywiadzie dla „The Wall Street Journal" zauważył: „Farmaceutyki, roboty, sztuczna inteligencja, nanotechnologia – we wszystkich tych dziedzinach postęp był zdecydowanie bardziej ograniczony, niż się ludziom wydaje. Powstaje pytanie: dlaczego?". Na to pytanie spróbował odpowiedzieć Jonathan Huebner, fizyk pracujący w należącym do Pentagonu Naval Air Warfare Center w China Lake w Kalifornii. W 2005 r. policzył on globalną stopę znaczących innowacji (liczbę wynalazków w stosunku do liczby ludności) od średniowiecza do współczesności. Szczyt przypadł na 1873 r. (początek ery elektryczności i samochodów), a potem zaczął się powolny spadek, który nabrał tempa po 1955 r.

Huebner pokazał także, że w stosunku do wydatków na edukację czy dochodu narodowego innowacji jest dziś mniej niż w XIX w. Aby wynaleźć coś przełomowego, musimy wydawać coraz więcej pieniędzy, co oznacza coraz niższą stopę zwrotu z inwestycji w innowacje. W latach 1965–1989 zatrudnienie naukowców podwoiło się w USA, potroiło w ówczesnych Niemczech Zachodnich i Francji oraz czterokrotnie zwiększyło się w Japonii. Mimo to wzrost gospodarczy w tych krajach zwolnił, a bezwzględna liczba patentów jest na podobnym poziomie jak wcześniej (np. w 1966 r. w USA przyznano 54 600 patentów, a w 1993 r. – 53 200). Z kolei liczba patentów w przeliczeniu na naukowca spada w USA od początku XX w.

Wyniki analizy Huebnera są bardzo pesymistyczne, ponieważ jeżeli dotychczasowy trend się utrzyma, to w 2024 r. stopa znaczących innowacji spadnie do poziomu, jaki notowano w średniowieczu. Zdaniem badacza oznacza to, że wykorzystaliśmy już 85 proc. technologii, których wdrożenie było ekonomicznie uzasadnione. Huebner porównuje to do odkrywania drzewa, którego pień i wszystkie największe gałęzie zostały już zbadane. Pozostały jedynie mniejsze gałązki i listki.

Internet: bez rewolucji

A jeszcze niedawno wydawało się, że spadkowy trend w gospodarce odwróci się ze względu na tzw. trzecią rewolucję przemysłową (trwa od lat 60. XX w. do dzisiaj), która wiąże się z wynalezieniem i upowszechnieniem komputerów. Tymczasem sytuację trafnie podsumował w 1987 r. wspomniany wcześniej prof. Solow, który stwierdził: „Komputery widzimy wszędzie z wyjątkiem statystyk produktywności". I faktycznie – mimo ich wynalezienia tempo wzrostu produktywności w USA spadło z 2,3 proc. rocznie w latach 1891–1972 do 1,4 proc. w latach 1972–1996. Prof. Daniel Sichel z Wellesley College w Massachusetts tłumaczył to tym, że w latach 70. i 80. komputery ułatwiły zbyt mało rzeczy, by miało to istotny wpływ na gospodarkę. Jego zdaniem ich wpływ polegał raczej na spowolnieniu tempa spadku produktywności w latach 1972–1996 (inaczej mówiąc: bez komputerów spadek byłby jeszcze większy).

Kolejnym fałszywym prorokiem okazał się internet. Wszyscy pamiętamy, jak nadzieje windowały ceny spółek internetowych do niebotycznych poziomów pod koniec ubiegłego wieku. Miało to nawet częściowe uzasadnienie, bo faktycznie internet sprawił, że w latach 1996–2004 wzrost produktywności przyspieszył z 1,4 proc. do 2,5 proc. Jednak w latach 2004–2012 spadł do 1,33 proc. i wrócił do długoterminowego trendu (w latach 2010–2012 wynosił zaledwie 0,5 proc.).

Warto sobie uświadomić, jak mały był wpływ rewolucji internetowej na produktywność. Gdyby trend z lat 1972–1996 był kontynuowany, dzisiaj produktywność w USA wynosiłaby 49,50 USD na godzinę. Tymczasem wynosi 53,90 USD, czyli niespełna 9 proc. więcej. Dla porównania: gdyby z kolei produktywność rosła w USA tak jak w latach 1948–1972, dzisiaj wynosiłaby 83,20 USD na godzinę. Podsumowując: wpływ trzeciej rewolucji wyparował po ośmiu latach, czyli dziesięć raz szybciej niż drugiej.

Powstaje pytanie, dlaczego nasze subiektywne odczucie co do rewolucyjności internetu nie znalazło odzwierciedlenia w zdecydowanie szybszym wzroście PKB. Otóż specyfika internetu polega na tym, że nawet największe giganty tej branży, z których produktów korzystają setki milionów osób na całym świecie, zatrudniają niewiele osób, bo większość pracy wykonywana jest przez komputery. Na przykład Google ma 20 tys. pracowników, Facebook – ok. 1700, eBay – 16 400, a Twitter – 300. Dla porównania: tylko jeden koncern motoryzacyjny – Toyota – zatrudnia 300 tys. osób (a kilkadziesiąt lat temu, przed erą automatyzacji, miał wielokrotnie więcej pracowników). I dlatego takie branże jak motoryzacja potrafiły podnieść poziom życia w całym kraju, natomiast internetowi giganci wpływają co najwyżej na dzielnicę miasta, w której mieści się siedziba firmy.

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Edyta Żyła

Doradzą i przeszkolą

Znaczna część unijnych pieniędzy trafia do doradców, którzy pomagają zakładać firmy lub je rozwijać. Przedsiębiorcy mogą więc liczyć na bezpłatne szkolenia, wsparcie doświadczonych mentorów albo pomoc w przygotowaniu strategii marketingowej

Ewa Bednarz

Kredyt z plastiku

Tylko część banków decyduje się na wydawanie przedsiębiorcom kart kredytowych. Znacznie chętniej oferują im dużo kosztowniejsze karty obciążeniowe