Najnowsza interwencja Uważam Rze

Biznes

Unia napędza przemyt

Krzysztof Galimski

Granica między Litwą a Białorusią to dla przemytników brama do Europy. Dzięki unijnym biurokratom, którzy chcą zakazać sprzedaży papierosów typu slim i mentolowych, nadejdą dla nich złote czasy

Olga przez półtora roku przerzucała towar przez granicę. Spotykamy się w hotelowej kawiarni. Trzydziestoparoletnia, zwyczajnie ubrana kobieta. Nie wygląda na przemytniczkę. Chętnie opowiada o swojej byłej „pracy", która przypominała pod wieloma względami etat w dowolnej firmie. Od grupy Olga dostała stałą miesięczną pensję, służbowy samochód, telefon, opiekę prawną i pakiet socjalny polegający na spłacaniu za nią wszystkich ewentualnych mandatów i grzywien.

Wejście w przemytniczy biznes nie jest trudne, jeżeli się zna odpowiednich ludzi. Można oczywiście próbować samemu, ale to się zwyczajnie nie opłaca. Żeby coś zarobić, trzeba przerzucić większą ilość, a takiej się w zwykłym sklepie na Białorusi nie dostanie. – Jest w Mińsku wielki bazar i tam trzeba wiedzieć, do kogo podejść. Umówić się na większą ilość co miesiąc. Oni już później pokierują do człowieka, który ma specjalny warsztat. Tam się zostawia samochód i odbiera parę godzin później już odpowiednio przygotowany i załadowany. Po przekroczeniu granicy jeździ się do takiego samego warsztatu na Litwie i tam samochód jest rozbierany, by wyciągnąć z niego towar – opowiada Olga. Pytam, czy się nie bała, że do samochodu dołożą jej coś jeszcze, na przykład narkotyki. Jak twierdzi, nigdy jej to nawet nie przeszło przez myśl. – To kwestia zaufania. Choć oczywiście mogą włożyć, co chcą, to zasada jest taka, że pakują tylko papierosy, i to akurat tyle, żeby się mieściło w granicach wykroczenia, a nie przestępstwa – mówi była przemytniczka. Sama weszła w ten biznes, bo nie widziała innego wyjścia. Mąż, który ją wcześniej utrzymywał, postanowił się rozwieść. Została z dwójką dzieci. Niecałe dwa lata w branży wystarczyły nie tylko na utrzymanie, ale też na nowe mieszkanie i luksusy w rodzaju wycieczki do Malezji.

Jaka znów mafia?

Swoją karierę przestępczą zaczynała samodzielnie. – Na początku było tak, że znajomi na Białorusi skupowali po kilka kartonów, a ja je odbierałam, gdy jechałam do nich z wizytą. To jeszcze było moim własnym samochodem, który nie był specjalnie przygotowany do przerzutów. – Białoruska granica jest OK – mówi Olga. – Tam nikt się nie interesuje, co wywozisz. Dla nich to nie jest problem. Pierwszy raz to był potworny stres. Wydawało mi się, że każdy celnik widzi, co mam. Ale było OK. Nikt mnie nawet nie skontrolował. Zarobiłam na czysto 500 dolarów. Później już było gorzej. Zbyt często jeździłam i celnicy zaczęli mnie rozpoznawać. Zwracali na mnie uwagę. Bałam się. Co prawda brałam zbyt małe ilości, by groziło mi coś więcej niż grzywna, ale mogli mi skonfiskować samochód – wspomina Olga. Chciała się wycofać. Ale na tym nie skończyła się jej kariera przemytnicza. Odezwali się znajomi z Białorusi. Powiedzieli, że dadzą jej samochód i stałą wypłatę. Od tej pory nie będzie już pracowała na własny rachunek, ale dla organizacji. – Dostawałam 120 dolarów za jeden kurs. To była stała pensja, niezależnie od tego, ile przewiozłam – mówi Olga. Nie chce dopuszczać do siebie myśli, że pracowała dla mafii. – Jaka mafia? Jacy przestępcy? To normalni ludzie! Przecież nie robiłam w narkotykach czy czymś takim. Ludzie palą. I tyle – emocjonuje się moja rozmówczyni.

Jej znajomi też nie widzieli w tym nic złego. – Nikt ze znajomych nie powiedział mi, że źle robię, pakując się w to. Popierali moją decyzję. Mówili, że to jest dobre, bo państwo zdziera na akcyzie – tak Olga usprawiedliwia swoje postępowanie. Trudno określić, czy przede mną, czy też przed samą sobą. To zresztą dość powszechne podejście. Jest granica – można zarobić. A przecież papierosy to nie broń czy narkotyki. Legalny towar. Nikomu się nie robi krzywdy, traci tylko zbyt pazerny rząd. Zdaniem Olgi na Litwie powszechne jest przekonanie, że największymi przemytnikami są ludzie z kręgów władzy. Mają silne powiązania polityczne po jednej i drugiej stronie granicy. To oni organizują masowe przerzuty. Tiry jadą do Wilna (jeżeli towar ma trafić na rynek krajowy) i do portu w Kłajpedzie, a stamtąd dalej do Europy. Sama Olga nigdy nie pracowała dla tak potężnej organizacji. Jej grupa wysyłała dziennie od pięciu do dziesięciu transportów osobówkami. Tir to zbyt duże ryzyko. Tu nie można liczyć na szczęście – za duża wartość towaru i zbyt wiele można stracić w razie wpadki. Trzeba mieć „własnego" celnika, który zawsze przepuści transport. Jej grupa takiego miała przez pewien czas i wtedy puszczała transport tirem, ale gdy funkcjonariusz został przeniesiony na inne stanowisko, zabawa się skończyła. Mimo wszystko Olga ma dobre zdanie o celnikach. – Normalnie, jak cię złapią, to nie da się dogadać. Nie te czasy. Pewnie, duże grupy zawsze mają na to jakieś sposoby, ale na moim szczeblu się ich nie skorumpuje. Nie ma nawet co próbować – zapewnia przemytniczka.

Poprzednia
1 2 3 4

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Adam Maciejewski

Polski kapitał na Kaukazie

Od 2014 r. w Armenii działa fabryka polskiej spółki Lubawa. Nawiązanie współpracy z rządem Armenii było możliwe dzięki promocji naszego przemysłu za granicą, wspieranej przez dotacje z UE