Najnowsza interwencja Uważam Rze

Biznes

Zgrzeszyłam

Sandra Borowiecka

Myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Chciałam w Polsce prowadzić uczciwy biznes. Po czterech latach zostały mi tylko długi i poczucie bezradności w starciu z bankami, urzędem skarbowym i ZUS

Stworzyłam pomysł na biznes. Z kartką papieru i ołówkiem zaczęłam realizować pierwsze pomysły. Na start nie wzięłam żadnego kredytu, żadnej dotacji. Zaczęłam zupełnie od zera. Zarejestrowałam działalność w styczniu 2008 r. i od razu dostałam pierwsze zlecenie – szkolenie dla pracowników banku. Za pierwsze zarobione pieniądze kupiłam kanapę, drukarkę i laptop do biura. Stworzyłam ofertę dla kolejnych klientów. Moja firma zajmowała się stylizacją wyglądu pracowników firm i klientek prywatnych. Była jedną z pierwszych tego typu na rynku. Przy większych projektach dawałam pracę kilku osobom. Bardzo lubiłam to, czym się zajmowałam. Byłam szczęśliwa, odważna i głodna sukcesu. Miałam 19 lat.

Dziś mogę mówić o tym, nie płacząc, chociaż trudno mi opanować drżenie rak. Wciąż jestem pewna, że mogło się udać, gdyby nie zamordyzm instytucji finansowych w Polsce.

Tragedia w trzech aktach

Upadek zaczął się od wzięcia 20 tys. zł pożyczki. Proste działanie, prowadzące na dno młodego, nieświadomego przedsiębiorcę – bank daje pieniądze raz, drugi, bez sprawdzania możliwości finansowych klienta. Za pierwszym razem to 20 tys. zł, za drugim 10 tys. Inny bank proponuje 4 tys. i tak spirala zadłużenia się nakręca. A młody człowiek, naiwny i głupi, bierze, bo potrzebuje. Ja potrzebowałam pieniędzy na wynajęcie większego lokalu w centrum Warszawy (z 15 metrów przeniosłam się do 70 metrów), bo w wypadku usług szkoleniowych lokalizacja i standard biura mają kluczowe znaczenie. Wzięłam więc pożyczkę, opłaciłam miesięczny czynsz w wysokości 4 tys. zł, zrobiłam remont i jeszcze na koncie zostało coś na bieżące opłaty. Zlecenia na szkolenia od dużych firm napływały, a ja tak bardzo chciałam, żeby firma się rozwijała. Chciałam, żeby rodzice byli ze mnie dumni.

Po dwóch miesiącach sytuacja zrobiła się trudniejsza. Firma straciła kilka zleceń, na rynku zaczął się kryzys. Mimo dobrych referencji i imponującej listy klientów zaczęły się problemy. Żeby zapłacić faktury, czynsz i pensje dla pracowników, pożyczałam pieniądze od znajomych i rodziny. Były tygodnie, kiedy musiałam wybierać pomiędzy zapłaceniem faktur za telefon, raty kredytu albo składki na ZUS. Nie wiedziałam już, skąd brać pieniądze. Sytuacja zbiegła się w czasie z pierwszą w moim życiu wizytą windykatora, który pojawił się w biurze znienacka już po dwóch miesiącach opóźnienia w spłacie rat. Nie pytał o powody opóźnienia, ale sprawdzał, czy dam się zastraszyć i następnego dnia wpłacę zaległe pieniądze do banku.

Jeden windykator, drugi, trzeci... W którymś momencie pogubiłam się w tym, kto i z jakiego banku do mnie dzwoni. Poza trzema pożyczkami na łączną kwotę 34 tys. zł kupiłam na raty laptop, telefon i telewizor (w sumie ok. 9 tys. zł). Zaczynałam mieć zaległości w ZUS i opóźnienia w płaceniu czynszu za wynajem lokalu. Nie miałam od kogo pożyczyć pieniędzy, żeby zatrzymać windykatorów, poza tym nie zadowalały ich mniejsze kwoty, które wpłacałam. Każdy z nich chciał, żebym natychmiast spłaciła całość. Zaczynałam tracić siłę i wiarę w to, że uda mi się wyjść z długów. Cały czas jednak chciałam ratować firmę.

Z perspektywy czasu widzę, że największym problemem była konieczność ciągłej walki o przetrwanie w starciu z bankami. Ani na chwilę nie pozwoliły mi zapomnieć, że mam zobowiązania. Ani na chwilę nie dały mi się skupić na tym, żebym mogła zarobić na spłatę długów. „Jeśli pani nie zapłaci, zajmiemy sprzęt, przekażemy sprawę do sądu, komornik panią zniszczy" – słyszałam. Na szczęście ZUS i urząd skarbowy ograniczyły wtedy swoje działania do wysyłania upomnień (oczywiście z naliczeniem opłaty karnej) i telefonicznych wezwań do zapłaty składek. Niestety, był to dopiero początek ich działania.

Zastraszony człowiek przestaje myśleć racjonalnie, a wtedy jego problemy zaczynają się rozrastać. Wynajęłam mieszkanie w starej kamienicy. Próbowałam połączyć w jednym miejscu przestrzeń do pracy i życia prywatnego, może z obawy, że kiedy komornik zapuka do drzwi, zobaczą go rodzice i sąsiedzi. Codziennie wyjmowałam ze skrzynki wezwania do zapłaty. Z banku, w którym miałam dwie pożyczki, przyszła listem zwykłym propozycja ugody – jeśli wpłacę w ciągu siedmiu dni na mniejszą pożyczkę 5 tys. zł, a na większą 10 tys. zł, bank jest gotowy zawrzeć ugodę. Resztę zadłużenia miałam spłacać przez rok po jakieś 1500 zł miesięcznie za każdą z dwóch pożyczek. Mimo że próbowałam negocjować z bankiem wysokość pierwszej wpłaty i późniejszych rat (kwoty były absurdalnie wysokie), a nawet jakąś część wpłaciłam, ugody nie udało się podpisać. Do dziś pamiętam słowa jednej z pań z działu windykacji: „Banku nie interesuje pani sytuacja finansowa". Musiałam wziąć lichwiarską pożyczkę w parabanku, żeby spłacić jednego komornika i spokojnie negocjować z drugim. Takie sytuacje zdarzały się często, jakby banki nie mogły same negocjować spłaty kwot rzędu 800 zł. Oczywiście komornik zrobi to lepiej.

Poprzednia
1 2 3

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy