Najnowsza interwencja Uważam Rze

Tu i teraz

Tusk w kisielu

Marcin Hałaś

Rząd Donalda Tuska podniósł podatki, doprowadził do wzrostu długu publicznego, nie zaradził problemom w służbie zdrowia. Jest rządem szkodliwym. Fenomenem pozostaje jedynie fakt, iż te oczywistości tak długo i tak skutecznie udaje się zamazywać propagandowym kitem

Donald Tusk nie ma w sobie już nic z kandydata na męża stanu. Coraz bardziej zaczyna przypominać zawodnika toczącego walkę w kisielu. Roznegliżowany facecik ma już coraz mniej sił, a wraz z upływem czasu kisiel staje się coraz gęstszy. Na dodatek nie za bardzo wiadomo, z kim tak naprawdę walczy. Może tylko z kisielem, bo ten oblepia ze wszystkich stron? W sierpniu partia rządząca zafundowała obywatelom dwa wydarzenia polityczne o randze właśnie zawodów w kisielu lub politycznej operetki. Pierwsze to wybory na szefa Platformy Obywatelskiej, drugie – pomruki niezadowolenia wobec ministra finansów Jacka Rostowskiego.

Goliat pewien zwycięstwa

W wyborach przewodniczącego Platformy Obywatelskiej wszystko wydawało się jasne i przewidywalne: tym razem Dawid-Gowin nie miał żadnych szans, zwycięstwo Goliata-Tuska było pewne, jak tłok na zakopiance przed długim weekendem. Mimo to Gowinowi udało się zadać kilka celnych ciosów: nie takich, które nokautują, raczej takich, które upokarzają i pieką. A przy okazji dają do myślenia. Jakby do baseniku z kisielem, w którym babrze się po omacku i na kolanach zawodnik wagi ciężkiej, wskoczył nagle bokser kategorii koguciej. I zamiast przyjąć kisielowe reguły, wymierzył kilka celnych klapsów. Nawet nie pięścią – szpicrutą.

W rozmowie na temat gospodarki i podatków Tusk nie miałby żadnych szans

Bo czyż nie była takim celnym, punktującym klapsem taka chociażby wypowiedź Gowina: „Główną osią sporu między mną a Tuskiem są kwestie gospodarcze. Tusk wprost mówi, że w coraz większej liczbie spraw staje się socjaldemokratą. Moja odpowiedź jest dokładnie odwrotna: im trudniejsza sytuacja gospodarcza, większy kryzys i bezrobocie, tym bardziej trzeba sięgnąć po metody liberalne, wolnorynkowe. Nawet ci, którzy deklarują się jako zwolennicy Tuska, na ogół przyznają, że popierają mój program gospodarczy. Okazuje się, że w tej kampanii jestem sumieniem Platformy". Tym samym to Gowin wyznaczył pole sporu, sprytnie i bezpiecznie umknął z narożnika o nazwie dyskusja o in vitro oraz legalizacja związków homoseksualnych. Co więcej – wyznaczył takie pole, na którym Tusk nie miał szans. Oczywiście – nie miał szans na merytoryczne kontrargumenty, bo zwycięstwo w partii, w której większość członków jest beneficjantami sprawowania władzy, miał w kieszeni.

Tusk podniósł podatki bezpośrednio – VAT, i pośrednio – zamrażając progi podatkowe i wyrzynając resztki ulg

Jeszcze bardziej musiała Tuska rozwścieczyć i upokorzyć deklaracja Gowina, że jego partią jest Platforma Obywatelska – ale Platforma „dawna", ta z roku 2007 i wcześniejsza. To jasny (i oczywiście prawdziwy) zarzut – Tusk odszedł od ideałów, jakie legły u podstaw Platformy, a główną wartością uczynił sprawowanie władzy i jej utrzymanie. To, co miało być środkiem do celu, stało się podstawowym celem. Donald Tusk odpowiedział, jak potrafi najlepiej: huknął z grubej rury, a właściwie zamachnął się w kisielu na odlew, jakby chciał zabić: „Kiedy jednak słyszę od niego ciepłe słowa pod adresem PiS („normalna, demokratyczna partia") i wyłącznie krytyczne pod adresem Platformy, przestaję wierzyć w jego dobre intencje". Dalsze fragmenty listu Tuska do członków PO brzmią już jak przepis z gatunku „jak zrobić z siebie małego stalinka": „Byłem i jestem od tego, by zapobiegać takim scenariuszom. Każdy, kto dzieli Platformę, szykuje zwycięstwo dzisiejszej opozycji".

W rozmowie na temat gospodarki i podatków Tusk nie miałby żadnych szans. Takiego dyskursu nie prowadzi zresztą ani premier, ani jego ekipa, ani ich propagandziści także w wymiarze publicznym. Od 2007 r. podstawowym uzasadnieniem i celem sprawowania władzy przez ekipę Tuska jest zapobieżenie „recydywie IV RP" oraz powrotowi Kaczyńskiego do władzy. Do tej wiodącej narracji czasami dorzucane są igrzyska – raz większe, raz mniejsze: od mistrzostw Europy w piłce nożnej do zakupów dreamlinerów lub pendolino. Gdyby Jarosław Kaczyński nie istniał, Tusk musiałby go wymyślić jako swoje najpewniejsze alibi. Do widma Kaczyńskiego jako uzasadnienia dla wszelkich swoich działań Tusk tak się już przyzwyczaił, że sięga po ten młotek nawet w wewnątrzpartyjnej debacie. Jak się okazuje – członek PO nie powinien już nawet mówić o opozycji „normalna, demokratyczna partia". Do takich aberracji nie dochodziło nawet za rządów SLD i Millera, a porównanie do „małego stalinka" jest coraz bardziej na miejscu. To staliniści widzieli w opozycji nienormalne demokratyczne partie i partnerów do dyskusji, ale wrogów klasowych, których należy unicestwić i zniszczyć.

Poprzednia
1 2 3

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Ewa Bednarz

Kredyt z plastiku

Tylko część banków decyduje się na wydawanie przedsiębiorcom kart kredytowych. Znacznie chętniej oferują im dużo kosztowniejsze karty obciążeniowe