Najnowsza interwencja Uważam Rze

Temat numeru

źródło: /DZIENNIK WSCHODNI/FORUM
MACIEJ KACZANOWSKI

Polscy przedsiębiorcy się zbroją

MAREK KOZUBAL, ZBIGNIEW LENTOWICZ

Przedsiębiorcy chcą się włączyć w tworzenie Ochotniczej Armii Krajowej. Już dziś w różnych formacjach paramilitarnych szkolą się zarówno prezesi firm, jak i ich szeregowi pracownicy

Obrona terytorialna, wspierająca w razie konfliktów zbrojnych regularną armię, jest Polsce niezbędna. O angażowaniu się w zapewnienie bezpieczeństwa kraju coraz głośniej rozmawia się też w środowisku przedsiębiorców. Co trzeci właściciel firmy byłby skłonny włączyć się w organizację struktur obrony cywilnej, której oddziały częściowo wykorzystywałyby infrastrukturę przedsiębiorstw – wynika z badań przeprowadzonych w 2014 r. przez Dom Badawczy Maison na zlecenie Związku Pracodawców Prywatnych. Największym poparciem taka koncepcja cieszy się wśród małych firm, które nie odmówiłyby pomocy, gdyby kraj znalazł się w potrzebie. Pospolite ruszenie Anka z Krakowa zostawia ślad w głębokim śniegu na krakowskim poligonie. Ma na sobie mundur, hełm, a w ręku karabin automatyczny. Należy do Obrony Narodowej, jednej z wielu działających w Polsce organizacji paramilitarnych. Wzorem jest dla niej Armia Krajowa, w której służył jej dziadek. Był żołnierzem Batalionu „Zośka” Szarych Szeregów. Anka jest z zawodu tłumaczką z języka francuskiego, współpracuje z dużymi korporacjami. Inny uczestnik szkolenia, 31-letni Zygmunt, pochodzi z podnóża Tatr. Z wykształcenia jest inżynierem oprogramowania, pracuje w amerykańskiej firmie. – Gdyby mnie tutaj nie było, pewnie siedziałbym przed komputerem. Traktuję to szkolenie jako formę poszerzania horyzontów, zdobycia nowych umiejętności – opowiada.

– To elita, „białe kołnierzyki”, średnia wieku 29 lat. Mają ustabilizowane życie zawodowe i rodzinne. Dlaczego są u nas? Z pobudek patriotycznych – tłumaczy Grzegorz Matyasik, szef stowarzyszenia Obrona Narodowa. Do lasu lub na poligon wyruszają z karabinem zwykle dwa razy w miesiącu. Śpią w namiotach lub wynajętych salach gimnastycznych. Ćwiczą w ruinach domów, opuszczonych fabrykach lub na lotniskach. Uczą się, jak niepostrzeżenie podejść do kolumny wojskowej i ją ostrzelać, jak nie zgubić się w lesie, prowadzić łączność między drużynami, maskować się. Wiedzą, jak obronić przed nieprzyjacielem most lub elektrownię. Za szkolenie płacą z własnej kieszeni. Sami kupują sprzęt i amunicję do karabinów. A to wydatek rzędu 2,5 tys. zł. Za samą broń przeznaczoną do strzelania sportowego trzeba zapłacić ok. 1,5 tys. zł. – Gdyby wybuchła wojna, oddziały obrony terytorialnej mogłyby bronić swoich bliskich, swoich miejscowości, małych ojczyzn. Ich celem jest odstraszanie potencjalnego agresora – tłumaczy w czasie ćwiczeń Wiktor Powiłajtis, instruktor strzelectwa Obrony Narodowej.
Nie ma wiarygodnych danych, ile osób we własnym zakresie szkoli się do prowadzenia walki na wypadek wojny. Organizacje obronne mówią o ok. 30 tys. ochotników. To na takich zapaleńcach oraz rezerwistach Ministerstwo Obrony Narodowej i Sztab Generalny WP chcą oprzeć wojska obrony terytorialnej. Koncepcja tej formacji, której roboczo nadano nazwę Ochotnicza Armia Krajowa, już się rodzi, niebawem zostanie ogłoszone jej powstanie. Wojska OT mają się składać z dwóch filarów – oddziałów zdolnych do przerzutu, czyli tzw. krajowych, które w czasie wojny miałyby wspierać wojska operacyjne, oraz lokalnych, powiatowych jednostek, których zadaniem będzie obrona lokalnej społeczności przed agresorem, a także ochrona miejsc o strategicznym znaczeniu, np. elektrowni, lotnisk, ujęć wody. MON zakłada, że w ciągu kilku lat powstanie szkielet organizacyjny dla kilku, kilkunastu brygad krajowych i ok. 380 kompani OT w powiatach. Ze wstępnej koncepcji wojsk obrony terytorialnej przygotowanej przez płk. dr. Krzysztofa Gaja, szefa Zarządu Organizacji i Uzupełnień Sztabu Generalnego, wynika, że w czasie pokoju armia ma utrzymywać szkielet OT składający się z kilkunastu tysięcy żołnierzy zawodowych. W skład tych jednostek wchodziliby rezerwiści wzywani na krótkie ćwiczenia (na jeden weekend w miesiącu). Po ogłoszeniu mobilizacji liczba tych wojsk wzrastałaby do ponad 40 tys. – Wzory czerpiemy z amerykańskiej Gwardii Narodowej oraz brytyjskiej Armii Terytorialnej – tłumaczy płk Krzysztof Gaj.

Wojna u naszych wrót
Dzisiaj w Polsce nie ma obrony terytorialnej. Takie formacje istnieją jednak w innych krajach. Licząca zaledwie 5,4 mln mieszkańców Finlandia ma siły zbrojne składające się z 60 tys. żołnierzy wojsk operacyjnych (zawodowych) i 230 tys. wojsk obrony terytorialnej. Szwedzka Hemvärnet (Gwardia Krajowa) liczy 20 tys. żołnierzy. Podobne formacje działają w Szwajcarii, Izraelu, Norwegii, Wielkiej Brytanii czy USA.
Niezwykle wymowne są wyniki badania na temat obronności kraju, przeprowadzonego jesienią 2014 r. przez Dom Badawczy Maison na zlecenie Warsaw Enterprise Institute. Co trzeci badany uważa, że w ciągu najbliższych 10 lat może dojść do wybuchu wojny z udziałem Polski lub na terytorium Polski. Osobistą gotowość do działań obronnych deklaruje 37 proc. ankietowanych, a aż 71 proc. podziela pogląd, że w razie wojny cywile, niezależnie od wojska, powinni się włączyć do wysiłku zbrojnego i aktywnie wspierać działania wojenne. Co drugi badany (47 proc.) jest skłonny osobiście wstąpić na ochotnika do formacji obrony terytorialnej i odbywać regularne szkolenia.

Biznes chce do wojska
Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, skupiającego przede wszystkim średnie i małe firmy, twierdzi, że wśród ludzi biznesu nie brakuje chętnych do wspierania obrony terytorialnej. – To nie przypadek, że największy zapał obserwujemy we wschodniej Polsce. To niewątpliwie skutek ostatnich lat aktywności prezydenta Putina – mówi Kaźmierczak. ZPP badał nastawienie szefów spółek w terenie i z sondaży wynika, że w skali kraju na realny wysiłek przyczyniający się do podniesienia bezpieczeństwa zdecydowałoby się blisko 100 tys. przedsiębiorców. Zwolennicy większego zaangażowania obronnego nie widzą przeszkód, by w ich firmach urządzić np. skład uzbrojenia czy sprzętu, a nawet wspierać finansowo szkolenie strzeleckie lokalnych grup obrony terytorialnej. Prezesi spółek nie mają wątpliwości, że siła lokalnych formacji ochotniczych powinna być budowana na koleżeńskich i sąsiedzkich relacjach, a nie nakazach administracyjnych. Z analiz ZPP wynika, że w spontanicznie tworzonych dziś grupach o charakterze obronnym liderami stają się zazwyczaj lokalni pracodawcy, menedżerowie. Najbardziej zaangażowani z nich z własnej kieszeni finansują spotkania, wyjazdy treningowe, proste organizacyjne wydatki. – W wielu wypadkach wynika to z pasji, chęci realizowania zainteresowań czy hobby. Ale w postawach ludzi biznesu widać też coraz częściej trwalszą i głębszą motywację – chęć rozwijania własnego przedsiębiorstwa i prowadzenia interesów w stabilnych, przewidywalnych warunkach, czyli mówiąc wprost: w bezpiecznym kraju – uważa Stanisław Drosio, informatyk z Katowic, menedżer w spółce IT, a jednocześnie aktywista stowarzyszenia Obrona Narodowa. Drosio przekonuje, że w sektorze informatycznym, wyjątkowo podatnym na wszelkie wstrząsy i zagrożenia zewnętrzne, ludzi nie trzeba przekonywać, że warto się organizować, aby w lokalnej skali przeciwdziałać kryzysom. Na Śląsku do stowarzyszeń obronnych włączają się zarówno przedstawiciele kierownictwa firm, jak i szeregowi pracownicy. Dominuje wśród nich oczekiwanie, że aktywność na rzecz obrony terytorialnej doczeka się wreszcie sensownych ram organizacyjnych, a także przyjaznego obywatelom i pracodawcom systemu powoływania na szkolenia. Już dziś prezesi o zaciągu pracowników coraz częściej dowiadują się z wyprzedzeniem, a szkolenia organizowane są w bardziej sprzyjających terminach – w weekendy czy w czasie planowanych letnich przerw technicznych w większych firmach. – Biznes jeszcze chętniej i z większym zaangażowaniem współpracowałby na rzecz krajowego bezpieczeństwa, gdyby państwo wychodziło przedsiębiorcom naprzeciw. Trzeba pomyśleć o rodzaju ekwiwalentu za ponadstandardowy, proobronny wysiłek: o ulgach pozwalających choćby symbolicznie zmniejszyć urzędowe należności obciążające koszty pracy czy o preferencjach podatkowych – tłumaczy Stanisław Drosio.

Broń w firmach
Koncepcja utworzenia obrony powszechnej pojawiła się w kręgach Związku Przedsiębiorców i Pracodawców kilka miesięcy temu. Jej autorem jest Andrzej Talaga, publicysta i ekspert Warsaw Enterprise Institute. Wedle jego założeń nowa formacja zbrojna powinna zostać oparta na strukturach przedsiębiorstw, które także finansowałyby jej utrzymanie. Wzorem mogłyby być tzw. oddziały sponsorowane przez biznes, które funkcjonują w brytyjskiej Armii Terytorialnej. Poszczególne jednostki powinny być dowodzone przez cywilnych
menedżerów, natomiast dowódcami całej formacji winni być oficerowie rezerwy. Talaga dodaje, że obrona powszechna mogłaby się opierać na działających już organizacjach lokalnych, np. strażach pożarnych, kołach myśliwskich, stowarzyszeniach obronnych. – Przedsiębiorstwa tworzą spójne grupy zawodowo-towarzyskie, które są z kolei naturalnym środowiskiem dla oddziałów OP – uważa Talaga. Jego zdaniem podporządkowanie OP strukturom rządowym (np. wojewodom) czy armii odbierałoby jej autono
miczność, ponadto zagrażałoby skuteczności działania formacji w warunkach ewentualnego rozpadu państwa i jego organów administracyjnych. W czasie pokoju formacja ta pomagałaby np. w usuwaniu skutków klęsk żywiołowych, zajmowała się szkoleniem cywilów, a w czasie wojny miałaby prowadzić działania partyzanckie. – Cel OP to przygotowanie narodu do prowadzenia pełnowymiarowej wojny obronnej, co oznacza przede wszystkim walkę. Tylko tak można wciągnąć naszego najbardziej prawdopodobnego wroga – Rosjan – w działania o charakterze długotrwałego konfliktu nieregularnego – uważa Talaga. Postuluje on też powszechny dostęp do broni typu wojskowego, która byłaby przechowywana poza domami żołnierzy OP, np. w zabezpieczonych magazynach w siedzibach przedsiębiorstw lub bazach obrony powszechnej. Uzbrojenie miałoby być w całości kupowane w polskich zakładach zbrojeniowych. Członkowie OP powinni posiadać broń strzelecką, ale także lekką przeciwlotniczą i przeciwpancerną, moździerze o kalibrze do 120 mm oraz miny. Zdaniem Andrzeja Talagi wszystkie przedsiębiorstwa zatrudniające powyżej 100 pracowników powinny zostać włączone do systemu OP Nie wiadomo, czy resort obrony wykorzysta tę propozycję. Pewne jest jednak, że zostanie stworzony system ulg i rekompensat finansowych dla chętnych do podjęcia szkolenia wojskowego. Najpewniej będzie on wzorowany na rozwiązaniach, które obowiązują żołnierzy Narodowych Sił Rezerwowych. W skład tej powołanej w 2010 r. formacji wchodzą rezerwiści, którzy ochotniczo zawarli kontrakt na pełnienie służby wojskowej w rezerwie i pozostają w dyspozycji wojska na wypadek realnych zagrożeń militarnych i niemilitarnych.

Bonusy dla ochotników
Służba wliczana do emerytalnej wysługi lat, gwarancja utrzymania zatrudnienia w czasie ćwiczeń – takie bonusy przewidywał projekt powołania Gwardii Krajowej, który powstał pod koniec rządów PO-PSL. Jego twórca gen. Bogusław Pacek proponował, by członkowie gwardii otrzymywali m.in. umundurowanie, zakwaterowanie, uzbrojenie, zwrot kosztów za czas udziału w ćwiczeniach. Dla gwardzistów będących żołnierzami rezerwy, którzy nie nabyli pełnych praw emerytalnych, miały zostać wprowadzone wskaźniki pozwalające na wliczanie okresu pełnienia obowiązków w Gwardii Krajowej do wojskowej wysługi emerytalnej. Podobne rozwiązania biorą pod uwagę dzisiejsi twórcy wojsk obrony terytorialnej. Pułkownik Gaj ma nadzieję, że niektórzy pracodawcy nie będą np. zmniejszali pensji żołnierzom OT w czasie ich pobytu na ćwiczeniach. To będzie jednak zależało tylko od ich dobrej woli. – Warto się zastanowić nad pewnymi ulgami finansowymi, np. podatkowymi, dla pracodawców, którzy mają ochotników – dodaje płk Gaj.

Dieta i żołnierze sponsorowani
W Szwecji w skład działającej od 75 lat Hemvärnet (Gwardii Krajowej) wchodzi ok. 20 tys. ochotników (armia zawodowa ma ok. 22 tys. żołnierzy). Hemvärnet liczy 40 batalionów i podlega dowództwu armii, ale na czele oddziałów gwardii stoją oficerowie rezerwy. – Naszym głównym zadaniem jest zwalczanie grup dywersyjnych oraz ochrona obiektów wojskowych, np. lotnisk, ale także portów i infrastruktury ważnej dla funkcjonowania państwa: ujęć wody, stacji radiowych i telewizyjnych – opowiada por. Patrycjusz Kosmowski, od 25 lat oficer tej formacji. Gwardziści Hemvärnet na wyposażeniu mają szwedzkie karabinki automatyczne AK 4 B, łącznościowcy zaś pistolety Glock 88, a kompanie szybkiego reagowania m.in. granatniki przeciwpancerne.
Na stanie oddziału może być też karabin maszynowy, granatniki przeciwpancerne czy karabin wyborowy. Członkowie organizacji mogą przechowywać lekką broń w domu (jest ona w odpowiedni sposób zabezpieczona) albo w magazynach gwardii. – W razie potrzeby nawet w ciągu dwóch godzin jesteśmy gotowi do działania – dodaje por. Kosmowski. Członkowie szwedzkiej Gwardii Krajowej podpisują bezterminowy kontrakt. Za służbę i udział w ćwiczeniach otrzymują różne świadczenia, np. diety, wynagrodzenie związane z pełnioną funkcją, ryczałt samochodowy na dojazd. Udział w ćwiczeniach i zajęciach szkoleniowych trwających do dwóch dni i co najmniej 6 godzin dziennie jest opłacany na podstawie nieopodatkowanej dziennej diety. Jeżeli członek Hemvärnet przedstawi zaświadczenie od pracodawcy, że utracił zarobki z powodu udziału w ćwiczeniach, państwo wypłaca mu odszkodowanie w kwocie diety. – Dieta jest obliczana na podstawie zasiłku chorobowego, wynosi 80 proc. pensji – wyjaśnia Patrycjusz Kosmowski.
W Gwardii Krajowej doskonale sprawdza się system motywacyjny związany z premiami rocznymi. Gwardziści otrzymują wolny od podatku żołd, jeżeli wezmą udział we wszystkich obowiązkowych ćwiczeniach. – Dla żołnierza to 4 dni w roku, dla oficera 6 dni, a dla członka kompanii szybkiego reagowania 8 dni. Nie znam przypadku, aby pracodawca nie zwolnił żołnierza na ćwiczenia – mówi Kosmowski. Brytyjska Armia Terytorialna, na której wzorują się polscy wojskowi tworzący obronę terytorialną, wprowadziła od niedawna nową kategorię jednostek określanych jako rezerwa sponsorowana lub jednostki sponsorowane. – Pracownicy, którzy zgodzili się dołączyć do rezerwy, robią dalej to, co wcześniej w cywilu, ale w ramach zadań Armii Terytorialnej. To wynika z porozumienia pomiędzy przedsiębiorą a brytyjskim MON – opisuje Grzegorz Matyasik, szef stowarzyszenia Obrona Narodowa. Około 2 tys. tzw. sponsorowanych przez firmy rezerwistów służyło np. w Iraku i Afganistanie. Za udział w szkoleniach członkowie Armii Terytorialnej otrzymują wynagrodzenie, które jest naliczane na podstawie rocznego wynagrodzenia żołnierza armii regularnej w pełnym wymiarze czasu, o takiej samej specjalności, etacie i stopniu oraz doświadczeniu. Uposażenie jest wypłacone raz na kwartał za każdy pełny dzień szkolenia. Raz na kwartał rozliczane są też podróże, posiłki i inne świadczenia. Kiedy taki żołnierz odbędzie minimalny cykl szkolenia rocznego (27 dni w jednostce regionalnej lub 19 dni w jednostce krajowej), otrzymuje raz na rok dodatkowe wynagrodzenie w postaci nagrody szkoleniowej (training bounty), która może wynieść nawet 1600 funtów. Armia refunduje też koszty podróży, zapewnia ekwiwalent za mundur oraz elementy wyposażenia i wyżywienie w czasie ćwiczeń. W celu poprawy relacji między pracodawcami a członkami brytyjskich sił rezerwy została utworzona organizacja Wsparcie Brytyjskich Rezerwistów i Pracodawców (Supporting Britain’s Reservists and Employers). Interesy pracodawców przed Ministerstwem Obrony reprezentuje zaś bezpośrednio Narodowy Komitet Doradczy Pracodawców (National Employer Advisory Board – NEAB). Za pośrednictwem tych organizacji pracodawcy mają wpływ na to, jakie umiejętności będą nabywali rezerwiści, aby można byłoby je dobrze wykorzystać w miejscu pracy. Czy takie rozwiązanie przyjmie polski resort obrony? Nie wiadomo. Prace nad koncepcją obrony terytorialnej trwają.
Marek Kozubal, Zbigniew Lentowicz

• Polska niezbyt zbrojna •

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Piotr BOŻEJEWICZ

Może i koniec, ale nie świata

• TAKO RZECZE [P] •Skoro Obama nawet w części nie okazał się takim cudotwórcą, jak przepowiadali eksperci, to czemu Trump miałby być taki groźny, jak go malują ci sami ludzie?