Na granicy moralności
Krzysztof Łukaszewicz opowiada o swoim filmie „Lincz”
W imię jakich wyższych racji można zabić? Czy jest coś, co usprawiedliwia morderstwo?
Bezradność wobec zła. Skrajna sytuacja, w której jest się pozbawionym jakiegokolwiek wsparcia i staje się przed wyborem – czy unieszkodliwić kogoś, kto niesie bezpośrednie zagrożenie dla najbliższych, czy ryzykować, że doznają krzywdy.
„Lincz” to film bardziej o winie czy karze? Odpowiedzialności czy bezsilności? A może o granicy obrony koniecznej?
Wiele z tych elementów na ekranie się pojawia. Wymusiła to autentyczna historia z małej mazurskiej wsi Włodowa. Nie mogąc się doczekać interwencji ze strony policji kilku mężczyzn dokonało tam samosądu na recydywiście terroryzującym mieszkańców.
Stał się pan rzecznikiem tych ludzi? A gdzie reżyserska bezstronność?
W filmie jest też miejsce na rację ze strony prokuratorskiej, ale nietrudno stanąć po stronie tych ludzi. Chciałbym, by to, co zrobili, zostało przez opinię publiczną należycie osądzone. Przy uwzględnieniu wszystkich aspektów i okoliczności. Zależy mi na tym także dlatego, że w kraju, w którym deklaruje się równość obywateli, osoby mniej wykształcone i obyte, niemające odpowiedzniej siły przebicia, lekceważy się. Również w instytucjach, które powinny je wspierać. Państwo popełnia wobec nich grzech zaniechania. Udaje, że nie słyszy wołania o pomoc.
Pana film przypomina głośny „Dług”. Konsekwencją tamtego obrazu było m.in. złagodzenie kary dla pierwowzorów głównych bohaterów. Co przyniesie „Lincz”?
Nim doszło do produkcji, uczestnicy włodowskiego samosądu zostali ułaskawieni przez prezydenta. Na dziesięć lat zawieszono im wykonanie wyroku. Ale wciąż pozostaje kwestia umożliwienia widzom należytej oceny ich czynu, dokonanego w skrajnych okolicznościach, według mnie – bez wyjścia. Ten film traktuje bowiem o cienkiej granicy, jaka oddziela normalnego człowieka od morderstwa. Stawia pytanie, kto odpowiada za to, że zwyczajny obywatel, w ciągu pół dnia staje się zbrodniarzem.
Mocną odpowiedź pozwolili panu dać znakomici aktorzy…
Z obsady jestem chyba najbardziej zadowolony. Pisałem scenariusz z myślą o konkretnych osobach: Leszku Lichocie, Zbyszku Stryju, Izie Kunie, ale przede wszystkim Wiesławie Komasie. Na początku czułem, że nie bardzo chciał być kojarzony z równie demoniczną postacią, ale zagrał ją tak, że ta kreacja na długo zapadnie widzom w pamięć.
„Lincz” to pana debiut. Dlaczego współpracownik i drugi reżyser takich mistrzów szerokiego obrazu jak Jerzy Hoffman („Ogniem i mieczem”, „Stara baśń”), Jerzy Kawalerowicz („Quo vadis?”), Lech Majewski („Młyn i krzyż”), Ryszard Bugajski („Generał Nil”), Dariusz Jabłoński („Wino truskawkowe”), Robert Gliński („Benek”) czy John Kent Harrison („Papież Jan Paweł II”) wybiera na pierwszy film temat społeczny?
Wszelkiego rodzaju asystentury pomagają nabrać warsztatu, ale w filmie najważniejsze jest wyczulenie na historię poruszającą widza. To znalazłem we włodowskiej sprawie. W moim odczuciu lepiej też wypadają filmy oparte na faktach niż historie całkowicie wymyślone.