Najnowsza interwencja Uważam Rze

Felietony

Panna Apostazja

Waldemar Łysiak

Gdy Stefan Bratkowski (były szef Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich) publicznie porównywał Kaczora do Hitlera, i na dokładkę zrobił zeń spadkobiercę Mussoliniego w sferze ideologii, a partię PiS i całą tę formację polityczną określił jako stricte faszystowską - prawica/konserwa RP grzmiała z oburzenia, piętnując kalumnię jako rażący przejaw palikotyzacji czyli zdziczenia dyskursu, samego zaś oszczercę jako łotra spod ciemnej gwiazdy. Choć też przynależę duchowo do bractwa antysalonowego, jednak pragnę się wyłamać i wziąć Stefana B. w obronę. Będzie to z mojej strony akt miłosierdzia, bo chrześcijanin winien kochać wrogów, a Stefan B. zadeklarował się jako mój wróg na łamach "Gazety Wyborczej" cztery lata temu (2007). Była to z jego strony tzw. wolta, fikołek typu salto - zmiana poglądów o 180 stopni. Równo trzy dekady wcześniej  (1977) tenże sam Stefan B. opublikował na łamach "Kultury" pean pod moim adresem (tytuł "Pasje i tęsknoty"). Zaprezentował mnie tam jako antyreżimowego outsidera, pisząc ezopowo (kontrcenzuralnie): "Zjawisko - w pokoleniu uważanym za najbardziej przyziemne, on lata", tudzież jako swoistego Robin Hooda PRL-u, duchowego przywódcę gniewu trzydziestolatków ("może uosabia jakieś marzenia ich wszystkich").

Tymczasem gdy A.D. 2007 "GW" opublikowała kolejny duży paszkwil pod moim adresem (wysmażył go "cyngiel" Michnika, Wojciech Czuchnowski) - Stefan B. wtórował kłamstwom "Wyborczej" z neoficką gorliwością. Cóż, "tylko krowa nie zmienia poglądów". Stefan B. przez lata uchodził za "niepokornego", za antysalonowca (organizował różne antysalonowe inicjatywy, przyjaźnił się z tak znanymi antysalonowcami jak Jerzy Łojek czy Maciej Rybiński), lecz po 1989 przeszedł na drugą stronę barykady, zapisując się do michnikowszczyzny (współpichcił Agorę i "GW"). Nie on jeden. Czołowi prawicowcy pierwszych lat III RP (Wołek, Michalski, Niesiołowski) robili - ku zatrącającemu o szok zdumieniu publiki - woltę identyczną. Politycy, którzy nie bez gracji linoskoczków przeskakują dziś z partii do partii, są dziećmi tego samego etycznego wylęgu. Dawniej (XIX wiek) to się nazywało: apostazja (odstępstwo od zasad lub wiary).

Wdziewając togę obrońcy Stefana B. "pozwanego" przez ciemnogród za uhitlerowienie Kaczora, wyłożę tzw. "okoliczności łagodzące". Przede wszystkim chcę zwrócić uwagę Wysokiego Publicznego Trybunału, który jest ramieniem Opinii Publicznej RP, że "pozwany" wykazał wstrzemięźliwość, umiar. Mógł bowiem porównać prezesa PiS-u nie tylko do ludobójcy, lecz i do ludojada, takiego jak Idi Amin czy Bokassa (którzy kawałki ludzkich ciał na konsumpcję trzymali w domowych lodówkach), a jednak ku temu się nie posunął. Mógł kreację sceniczną Kaczora porównać do kreacji Anthony'ego Hopkinsa, czyniąc z szefa PiS-u alter ego Hannibala Lectera, jednak zachował milczenie owiec. Winno to być wzięte przez Wysoki Trybunał za oznakę dobrej woli, której tak bardzo brakuje milczącemu "bydłu" i milczącym "watahom", a która dla ludzi pokroju Stefana B. jest imperatywem moralnym niezbywalnym.

Chcę również zwrócić uwagę Wysokiemu Trybunałowi na stały głęboki poziom dyletanctwa Stefana B., rodzący pytanie: czy w ogóle kojarzył, co mówi, gdy ubierał Kaczora w Hitlera? Wiadomo, że notoryczny, wszechstronny stan niekompetencji osobnika, bądź przyrodzona turbulencja umysłu, może drastycznie zakłócać procesy myślowe, percepcyjne i artykulacyjne tegoż. Wtedy człek myli nazistów i naturystów, swastykę i motykę, Goeringa i Kiplinga - ma qui pro quo. Stefan B. zdradzał objawy już kilkadziesiąt lat temu, co łatwo udowodnić scjentycznie, biorąc choćby do ręki jego obszerną pracę o fortyfikacjach ery Tadeusza Kościuszki. Mogę tu wystąpić nie tylko jako obrońca, lecz i jako sądowy ekspert, albowiem dyplom na Wydziale Architektury PW robiłam rewaloryzowania zabytków fortyfikacji, a tematem mojego doktoratu była historia i sfera techniczna systemów fortyfikacyjnych, znam więc tę materię intymnie, proszę Sądu. Otóż z całą powagą zaświadczam, że kilkusetstronicowe dzieło Stefana B. o fortyfikacjach to oparta na przypadkowych/wyrywkowych lekturach (do tego źle zrozumianych, przez brak odpowiedniego wykształcenia) kupa bzdur, nie wytrzymująca krytyki choćby pobieżnej, a co dopiero ścisłej. Pytam tedy: czy taki ignorant, nieudolnie grający fachowca, może być traktowany serio? Dyletanctwo Stefana B. w kwestiach historycznych winno być okolicznością ze wszech miar łagodzącą, proszę Wysokiego Trybunału.

Poprzednia
1 2

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Intermedia

• MYŚLI I SŁOWA • BEATA SZYDŁO

Ewa Bednarz

Kredyt z plastiku

Tylko część banków decyduje się na wydawanie przedsiębiorcom kart kredytowych. Znacznie chętniej oferują im dużo kosztowniejsze karty obciążeniowe