Najnowsza interwencja Uważam Rze

Cywilizacja

Co zgubiło „Lost”

Piotr Zaremba

Serial „Lost” to przykład, na jakie wyżyny fantazji mogą się wznieść twórcy współczesnych seriali. Ale i jak bardzo te wyżyny są zdradliwe

Ze zdziwieniem odkryłem, że pierwszy program TVP nadaje w poniedziałek wieczorem odcinki czwartej części serialu „Lost”, czyli „Zagubieni”.

Ze zdziwieniem, bo jak wyczytałem w Internecie, pokazano już ostatnią szóstą część – z rozwiązaniem wszystkich zagadek. Jakiś czas temu dałbym się porąbać, żeby je poznać. A dziś nie chce mi się włączyć telewizora.

Pierwsze trzy części oglądałem z fascynacją, nawet projekcje AXN:  sześć odcinków pod rząd. Historia ponad 70 pasażerów samolotu relacji Sidney – Los Angeles, którzy w następstwie katastrofy osiedlili się  na bezludnej wyspie, a potem dowiedzieli się, że nie jest bezludna, wciągała.

Nawet gdy nieomal traciliśmy kontrolę nad szkatułkowymi wątkami i odnogami wątków, retrospekcjami i gwałtownymi powrotami do porzuconych bohaterów i zdarzeń. Wciągała, bo była plątaniną świetnego kina akcji, pomysłowego horroru i soczystego dramatu obyczajowego, a zarazem wykraczała poza reguły tych gatunków. Bo każąc bohaterom ganiać się po wyspie, bać się i strzelać, nie rezygnowała z cyzelowania psychologicznych wizerunków. Bo tworzyła własny świat.

Nawet jeśli przekraczano granice prawdopodobieństwa, wierzyłem twórcom na słowo. Że nie byłem odosobniony, pokazywało „lostowe” szaleństwo – na świecie i w Polsce. Miliony wielbicieli, strony internetowe fanów: za ukochanymi postaciami lub przeciw nim. Osobiście najbardziej lubiłem sparaliżowanego poza wyspą, ale uleczonego na niej Johna Locke,a, granego przez nieznanego wcześniej Terry'ego O’Quinna oraz rockmana z problemami Charliego Pace’a, którego grał Dominic Monaghan, wcześniej hobbit we „Władcy pierścieni”.

Serial przeczył tezie, jakoby popkultura zawsze dążyła dziś do upraszczania. Setki wątków i postaci, a jednak ludzie to wytrzymywali, starali się to wszystko spamiętać. To zresztą fenomen i innych współczesnych seriali, które coraz mniej są podzielonymi na odcinki filmami, a coraz bardziej odrębną sztuką. „Zakazane imperium” nakręcone pod batutą Martina Scorsese czy słynny „Rzym” to też nie są widowiska łatwe. A popularne.

Co zdumiewające, „Zagubieni” nie mieli swojego Scorsese. Twórcami filmu było 24 reżyserów i jeszcze większa liczba scenarzystów. A jednak niemający nic wspólnego z kinem autorskim produkt technokratycznego teamu miał styl.

Skoro było tak dobrze, dlaczego już go nie oglądam? „Zagubionych” zgubiło przekombinowanie. Serie czwarta i piąta doprowadziły komplikacje fabularne (poza teraźniejszością i przeszłością pojawiła się i przyszłość) na coraz wyższe piętra absurdu. Film trwał za długo. Moja znajoma Luiza Zalewska, która wraz z nastoletnią córką pasjonowała się  „Lostami”, twierdzi, że entuzjazm fanów wystygł, a strony internetowe stały się tym, czym fora szkół w umierającej Naszej Klasie. Można rzec: co za dużo, to niezdrowo. To nie zmienia jednak faktu, że serial, pokazywany od roku 2004, był zjawiskiem.

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Piotr BOŻEJEWICZ

Może i koniec, ale nie świata

• TAKO RZECZE [P] •Skoro Obama nawet w części nie okazał się takim cudotwórcą, jak przepowiadali eksperci, to czemu Trump miałby być taki groźny, jak go malują ci sami ludzie?