Gra w Chińczyka
Pekin zarzeka się, że nie myśli o militarnej ekspansji. Po co mu więc nowoczesne okręty desantowe?
Chińczyki trzymają się mocno, a w dodatku zbroją się na potęgę – mógłby dziś odpowiedzieć Dziennikarz Czepcowi w pierwszej scenie „Wesela" Wyspiańskiego.
Na przełomie XIX i XX w. „Chińczyki" walczyły z zachodnimi mocarstwami w krwawym powstaniu bokserów, które miało ich wyzwolić spod wpływów Anglii, Japonii, Rosji i Niemiec. Teraz Chiny same aspirują do roli mocarstwa, rozdającego karty na Dalekim Wschodzie i w całym świecie. Są politycznym i gospodarczym olbrzymem, choć pod względem militarnym nadal odstają od swoich dawnych adwersarzy. Szybko jednak nadrabiają dystans, wywołując zrozumiałą nerwowość dotychczasowego hegemona – Stanów Zjednoczonych.
Kto się rozwija, a kto zwija
Na początku marca władze w Pekinie ogłosiły, iż w 2012 r. wydatki na Armię Ludowo-Wyzwoleńczą (ALW) wzrosną o 11,2 proc. i wyniosą – oficjalnie – 106 mld dol. Nieoficjalnie, jak szacują eksperci, mogą być nawet o połowę wyższe, czyli sięgną 160 mld.