Najnowsza interwencja Uważam Rze

Butik

Obraz ręcznie malowany

Michał Kołodziejczyk

Polacy od kilku lat mierzą się z własną legendą. Zanosi się na to, że ostatnie sukcesy nie będą miały przełożenia na rozwój piłki ręcznej

11 stycznia w Hiszpanii reprezentacja Polski wystartuje w mistrzostwach świata. Trenerem drużyny jest Niemiec Michael Biegler, w kadrze znalazło się tylko trzech zawodników występujących poza naszą mizerną ligą. Piłkarze ręczni, przyzwyczajeni do tłumów dziennikarzy żegnających ich ostatnimi laty na lotnisku przed odlotem na każdą wielką imprezę, wrócili do ponurej rzeczywistości. Brak awansu na igrzyska w Londynie, słaba postawa w ostatnich mistrzostwach świata i Europy spowodowały dymisję Bogdana Wenty – trenera, który wyciągnął dyscyplinę ze szkolnych świetlic na salony. Biegler będzie teraz próbował zmierzyć się z jego legendą.

Historia sukcesu polskiej piłki ręcznej ostatnich pięciu lat to historia pełna dramatów. Drużyna w błyskawiczny sposób awansowała w świadomości kibiców od nieudaczników do bohaterów. Sukcesy ostatnich lat nie miały żadnych podstaw w szkoleniu, trafiło się genialne pokolenie, któremu nie przeszkadzało to, że na początku nikt nie wierzył w jego możliwości.

Medale wielkich turniejów nie były zdobywane zgodnie z planem, niemal zawsze – nawet gdy Polacy byli faworytami – serwowali fanom dreszczowiec. Strzelali zwycięskie gole w ostatnich sekundach, grali ze złamanymi rękami, wybitymi barkami i nie narzekali na ból. Idealnie wpisali się w potrzeby kibiców, którzy na co dzień na piłkarskich boiskach ekstraklasy oglądają zawodników, narzekających na ból palca, niedogodny dla nich termin rozgrywania meczów i inne drobnostki.

Jedna Wenta

Wiarę w to, że można, dał Wenta, kiedyś niepokorny piłkarz, później trener, który nigdy nie bał się mówić, co myśli. W 1984 r. generałowie zabrali mu przygodę życia, kiedy po wywalczeniu awansu na igrzyska w Los Angeles, już z olimpijskim garniturem w szafie, dowiedział się, że Polska do Stanów nie pojedzie ze względów politycznych. Swoje marzenie zrealizował 16 lat później, już w reprezentacji Niemiec, gdzie przyjęto go z otwartymi rękoma, gdy u nas był „już za stary". W Polsce traktowany był jak zdrajca, później jako trener naszej reprezentacji na mecze z Niemcami mobilizował się podwójnie. Do pracy z piłkarzami wprowadził zachodnie standardy, był ich sportowym ojcem, kolegą. Pokazał, że marzenia można realizować nawet wtedy, gdy wydają się nierealne, jak w jego ulubionej piosence – „I believe, I can fly".

Na mistrzostwa świata do Niemiec w 2007 r. Polacy jechali żegnani na lotnisku przez jednego dziennikarza, kibice nie byli zainteresowani turniejem, ale jego oglądalność rosła z każdy meczem. Piłkarze Wenty zatrzymali się dopiero w finale, przegrywając z gospodarzami. Kiedy duma z tego, co udało się osiągnąć, brała górę nad chęcią do dalszej pracy, trener puszczał na odprawach fragmenty tego meczu. – Ma boleć – powtarzał, gdy zawodnicy prosili, by wyłączył odtwarzacz.

Hartował stal. Polacy pojechali na igrzyska do Pekinu po medal, wrócili z piątym miejscem i mówili o wielkim niedosycie. Londyn cztery lata później stał się ich celem, do którego postanowili dążyć. W mistrzostwach Europy w Chorwacji w 2009 r. znowu dokonali rzeczy niemożliwej. W ostatnim meczu fazy grupowej grali z Norwegią, 40 sekund przed końcem rywale prowadzili jednym golem, a do awansu do półfinału wystarczał im remis. Polacy wyrównali, a później Wenta poprosił o czas.

– Musimy odebrać im piłkę, wycofali bramkarza, będą mieli pustą bramkę. Zostało 15 sekund, to bardzo dużo czasu – krzyczał. Polacy go posłuchali. Odebrali piłkę bez faulu, a Artur Siódmiak rzucił przez całe boisko, dając drużynie miejsce w najlepszej czwórce na świecie. Od tej chwili 15 sekund w języku polskim to „jedna Wenta".

– Jak cienka granica dzieli sukces od klęski, piłkarze doświadczyli na własnej skórze. Dzień po słynnym meczu z Norwegią chłopcy kazali Siódmiakowi rzucić tak jeszcze raz. Rzucił i nie trafił, wszyscy umierali ze śmiechu. Rzucił drugi raz, nie trafił i była cisza – wspominał Wenta. Po kilku latach dodawał: – Pojawił się syndrom Wembley. Jesteśmy krajem, który żyje przeszłością. Na okrągło puszcza się skoki Małysza, bramkę Laty z Brazylią, uliczkę Bońka w Barcelonie, siatkarzy Wagnera. A mnie się marzy, żeby każda następna impreza wymazywała poprzednie.

Poprzednia
1 2 3

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Piotr BOŻEJEWICZ

Może i koniec, ale nie świata

• TAKO RZECZE [P] •Skoro Obama nawet w części nie okazał się takim cudotwórcą, jak przepowiadali eksperci, to czemu Trump miałby być taki groźny, jak go malują ci sami ludzie?