Najnowsza interwencja Uważam Rze

Świat

Wiosna Ludów

Tomasz Pichór

Być może już niedługo będziemy potrzebowali nowej politycznej mapy Europy

Szkocki poligon

Nie trzeba było więc długo czekać na pojawienie się polityków, którzy płomienną proeuropejskość łatwo łączą z postulatami secesji swoich małych ojczyzn z istniejących dotychczas państw. Bez wątpienia w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy coraz częściej będziemy słyszeli o Alexie Salmondzie, szkockim „pierwszym ministrze", liderze Szkockiej Partii Narodowej, który wstrząsnął polityczną stabilnością Wielkiej Brytanii. Salmond ma opinię najzdolniejszego polityka na Wyspach Brytyjskich (takie jest m.in. zdanie popierającego go medialnego magnata Ruperta Murdocha), dla którego stanowisko szefa autonomicznego rządu Szkocji coraz wyraźniej wydaje się zbyt małe i który z chęcią znalazłby się na arenie międzynarodowej jako lider niepodległego państwa. Szkocki „pierwszy minister" przekształcił postulat niepodległości w realny projekt polityczny, mimo że był on jeszcze w latach 50. i 60. traktowany jako rodzaj nieszkodliwego politycznego dziwactwa, na które zapadali ludzie niemający większych związków z rzeczywistą polityką (jak aktor Sean Connery), a suwerenność Szkocji wydawała się równie nierealna jak na przykład niepodległość Walii, mimo że i tam od lat tli się ruch niepodległościowy. Tak więc najprawdopodobniej w roku 2014 będziemy świadkami referendum dotyczącego secesji Szkocji ze Zjednoczonego Królestwa. Dokładna data ciągle nie jest jeszcze ustalona, pojawiają się spekulacje, że będdzie to 23–24 czerwca 2014 r., w 700. rocznicę bitwy pod Bannockburn. Wtedy to Szkoci pokonali Anglików, którzy w 1328 r. musieli uznać szkocką niepodległość. Londyn natomiast zdecydowanie naciska na rok 2013. Takie jest stanowisko Michaela Moore'a, sekretarza do spraw Szkocji w gabinecie Davida Camerona, który powiedział w Izbie Gmin, że referendum powinno odbyć się jak najszybciej, najprawdopodobniej już we wrześniu 2013 r., i domagał się wyjaśnień, dlaczego Salmond stara się opóźnić jego przeprowadzenie.

Jeszcze do niedawna wydawało się, że zawarta w 1707 r. unia pomiędzy Anglią i Szkocją, która tak świetnie zapisała się w historii Europy, jest czymś absolutnie trwałym i nikogo nie dziwiło że Szkoci (Tony Blair czy Gordon Brown) obejmowali funkcje szefów rządów Zjednoczonego Królestwa, a Partia Pracy – dzięki poparciu uzyskiwanemu w Szkocji – była w stanie sprawować władzę w całej Wielkiej Brytanii. Tymczasem Salmond przekształcił powstałą jeszcze w 1934 r. Szkocką Partię Narodową w znaczącą siłę polityczną postulującą przeprowadzenie referendum w sprawie szkockiej niepodległości, która jest popierana przez 30 proc. Szkotów i w wyborach w 2011 r. wprowadziła do lokalnego parlamentu 68 posłów (w poprzednich wyborach w 2007 r. zdobyła 47 miejsc) i po raz pierwszy utworzyła samodzielny rząd.

Wyjście z Unii?

Szkocki polityk niezwykle umiejętnie łączy retorykę niepodległościową z wizjami paneuropejskimi i lekkim eurosceptycyzmem. Jednym z jego koronnych argumentów na rzecz odrzucenia unii z Anglią jest przekonanie, że nie jest ona już dłużej potrzebna, skoro i tak niepodległa Szkocja, tak jak i Anglia, znajdowałby się w szerszej i większej Unii Europejskiej. Przez długi czas Salmond nie chciał przyznać, że secesja Szkocji z Wielkiej Brytanii nie oznacza bynajmniej automatycznego znalezienia się w Unii Europejskiej i że niezbędne będą długotrwałe negocjacje, zapewne paraliżowane przez te spośród państw europejskich, które mają problemy z podobnymi ambicjami na własnym podwórku. Dopiero szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso przeciął te spekulacje i jednoznacznie stwierdził, że negocjacje niepodległej Szkocji (tak samo zresztą jak i niepodległej Katalonii) z Unią Europejską będą musiały zacząć się od samego początku.

Szkoccy nacjonaliści podnoszący postulat przeprowadzenia referendum niepodległościowego sami zastawili na siebie pułapkę. Trudno uznać, że gdyby w referendum górę wzięli zwolennicy pozostania w Unii (co jest bardziej niż prawdopodobne), SNP mogłaby dalej bezproblemowo sprawować władzę w Szkocji. Zapewne w przekonanie Szkotów i w odniesienie sukcesu nie wierzy nawet sam Salmond, który robi, co może, by samo referendum odłożyć w czasie. Wydaje się, że szkocki polityk nie będzie stawiał całej kwestii (a przy okazji i własnej kariery) na ostrzu noża. Wręcz przeciwnie: Salmond będzie się starał, by w referendum Szkoci musieli rozstrzygnąć nie tyle między pozostaniem w ramach Zjednoczonego Królestwa czy też pełną niepodległością, ile pomiędzy niepodległością, utrzymaniem status quo a zwiększeniem autonomii. Gdyby większość biorących udział w referendum opowiedziała się za trzecim rozwiązaniem (co jest prawdopodobne), Salmond mógłby uznać to za swój sukces. Zwiększenie autonomii w skrajnym przypadku mogłoby oznacza pozostawienie w gestii Londynu jedynie spraw związanych z polityką zagraniczną i obronnością. Na takie rozwiązanie nie zgadzają się wszakże politycy w Londynie, którzy nie bez racji uważają, że referendum powinno zostać ograniczone do dwóch prostych odpowiedzi „tak" i „nie", nie można bowiem sprawnie rządzić krajem, którego część będzie się ciągle zajmowała własną secesją.

Wstępniak

Materiał Partnera

Polacy coraz częściej kupują online. Co ich przekonuje do tej formy zakupów?

Kupujemy na potęgę. Rynek dóbr konsumenckich rozwija się dynamicznie, a my – konsumenci – podążamy za najnowszymi trendami. Kupujemy nie tylko więcej, ale i korzystając ze znacznie...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Ewa Bednarz

Kredyt z plastiku

Tylko część banków decyduje się na wydawanie przedsiębiorcom kart kredytowych. Znacznie chętniej oferują im dużo kosztowniejsze karty obciążeniowe