Najnowsza interwencja Uważam Rze

Cywilizacja

Ogarnąć niemożliwe

Anna Kilian

Nie dajmy się zwieść pozornej głębi „Życia Pi”. Przeżyjmy coś wyjątkowego podczas seansów „Les Misérables – Nędzników" i „Niemożliwego”

Ingmar Bergman, Carl Theodor Dreyer, Andriej Tarkowski, Michelangelo Antonioni i Robert Bresson. Dla nich kino istniało po to, by poszerzać moralne horyzonty. Jednakże i dziś powstają filmy, których autorzy mają coś ważnego do powiedzenia o nas samych. Piękne historie o poświęceniu, ofierze złożonej z własnej miłości, takie jak „Przełamując fale" Larsa von Triera – rozgrywające się pomiędzy członkami fikcyjnej szkockiej sekty religijnej – i „Koniec romansu" Neila Jordana według powieści Grahama Greene'a. Albo opowiadające o niezrozumiałej dla człowieka łasce uzdrowienia, jak „Lourdes" Austriaczki Jessiki Hausner. I dzisiaj na kino duchowe są odbiorcy. Ale sukces odnoszą te produkcje, które nie usiłują duchowości sprzedać za wielką kasę. Tutaj nieszczerość i pozory widać od razu. Współczesny widz oczekujący od kina duchowej refleksji – szukający odpowiedzi na pytanie, czy jesteśmy czymś więcej niż tylko materialnym bytem – potrzebuje emocji wyrażanych subtelnym językiem symbolu i przypowieści.

Komputerowa gra pozorów

Współczesne kino jest zdominowane przez rozrywkę mającą dostarczać silnych, ale tymczasowych wzruszeń. Adaptacja „Życia Pi" Yanna Martela już z założenia miała olśniewać i przytłaczać efektami 3D. Ich zadaniem było dawać wrażenie obcowania z uduchowioną, wypełnioną religijnością historią. Bohater wybrał dla siebie wszystkiego po trochu z trzech systemów wierzeń – hinduzimu, chrześcijaństwa i islamu. Przerost formy nad treścią w obrazie Anga Lee (mającego na koncie tak wybitne dzieła, jak „Tajemnica Brokeback Mountain" czy „Ostrożnie, pożądanie") jest równie – bombastycznie, tak po bollywoodzku – absurdalny jak sama opowieść i jej obietnice. Dorosły Pi opowiada pisarzowi o tym, jak przetrwał na Pacyfiku katastrofę statku, dryfując w szalupie z bengalskim tygrysem. Obiecuje mężczyźnie, że po wysłuchaniu opowieści będzie w stanie uwierzyć w Boga. Publiczność ma nad nim przewagę, ponieważ nie musi wysilać wyobraźni. Dostaje „gotowca" w postaci urodziwych komputerowych sekwencji. Tyle że po ich obejrzeniu pozostaje pustka. Nie tylko niewierzący się nie nawróci, ale jeszcze przekona się – dzięki burzącemu baśniową tkankę książki i filmu zakończeniu – że wiara jest schronieniem dla tych, którzy uciekają w świat fantasy, bo nie radzą sobie z rzeczywistością. A nic nie mierzi bardziej, niż gdy film za miliony dolarów udaje, że jest czymś więcej, niż jest – rozrywką za miliony dolarów. Już sama książka, choć – zaskakująco – otrzymała nagrodę Bookera, nie dla wszystkich była przekonują- ca. Wizualne feerie efektów specjalnych są ucztą dla oka, ale duszy nie karmią. Ujęcia Pi i jego łodzi z góry, z „bożej" perspektywy, nie wystarczy- ły. Nie wystarczyło też boskie bogactwo morskiej i ziemskiej natury. Dziecinna opowiastka zakochanego w sobie Martela zamieniła się na ekranie w kino familijne – kiczowato wystylizowaną bajkę o chłopcu i komputerowym tygrysie na środku oceanu, nakręconą w basenie na Tajwanie. Tyle w tym prawdy o prawdziwym pięknie, co w „American Beauty", gdzie operator z zapałem, w manierze poetyckiej, fotografował unoszące się plastikowe torebki do pakowania zakupów. Pi do końca filmu pozostaje kimś, kto najpierw uwierzył w Boga z ciekawości, jak to jest być wierzącym, a potem tkwił w wierze, żeby nie zwariować.

Triumf ludzkiego ducha

Dusza, potężna duchowa siła, żywi się prawdą i prawdziwymi przeżyciami w tym, a nie wykreowanym przez komputer świecie. I uderza w nas także wtedy, gdy – nienaturalne to przecież – na ekranie aktorzy nam ją wyśpiewują. Nagrodzona Złotym Globem adaptacja słynnego musicalu „Les Misérables – Nędznicy" opartego na powieści Wiktora Hugo, w reżyserii Toma Hoopera („Jak zostać królem") z udziałem gwiazd takich, jak – również nagrodzeni Złotymi Globami – Hugh Jackman i Anne Hathaway oraz Russell Crowe, Helena Bonham Carter i Sacha Baron Cohen to opowieść o utraconych nadziejach, złamanych sercach i odkupieniu. Jean Valjean w genialnej interpretacji Hugh Jackmana to bohater fascynujący, otwarcie kierujący się dobrem i wartościami chrześcijańskimi. Pewność swoich racji, z jaką przemierza życie, staczając wieloletni pojedynek z tropiącym go obsesyjnie policjantem Javertem, jest nie tylko imponująca. Ma w sobie druzgocącą siłę prawdziwej pasji i szczerości. Gdy przed ponownym uwięzieniem ocala go biskup, mówiąc mu, że „uratował jego duszę dla Boga", Valjean – już wcześniej porządny człowiek, kradzieżą bochenka chleba ratujący głodującą siostrę – zostaje wręcz urzeczony podarowanym mu dobrem. Jackman pokazuje przemianę swej postaci koncertowo. Dawno już nie było na ekranach bohatera tak pozytywnego, budzącego szacunek, i obrazu tak podnoszącego widza ku czemuś lepszemu, czego lepiej nie definiować, by nie popaść w patos. Hooper zrobił film o triumfie ludzkiego ducha, dobra i charakteru. Trzeba tu pochwalić rewelacyjny production design – aktorzy noszą ubrania, a nie kostiumy. Wcielając się w mieszkańców Francji z czasów powstania przeciwko monarchii z 1832 roku, nie noszą make upu, mają też pobrzydzone, pożółcone zęby. „Les Misérables – Nędznicy" to wielka emocjonalna siła prawdziwych uczuć bijąca z ponadczasowej historii. Niemal równie potężnie działa na widza dramat „Niemożliwe" – drugi film nakręcony przez Katalończyka Juana Antonia Bayonę, który sześć lat temu zadebiutował udanym horrorem „Sierociniec". To pierwszy dramat o tajlandzkim tsunami z 2004 roku, w którym zginęło ponad 250 tysięcy ludzi (szósta największa katastrofa nowoczesnego świata). Ta opowieść o triumfie ludzkiego ducha, poświęceniu, bolesnej walce o przetrwanie oparta jest na prawdziwej historii pewnej rodziny. W filmie matkę trzech synów, lekarkę, gra Naomi Watts (to jej życiowa rola), a ojca – Ewan McGregor. Rodzina spędza święta Bożego Narodzenia w Tajlandii. Gdy uderza tsunami, żywioł ich rozdziela. Ciężko ranna Maria z najstarszym synem razem walczą o życie, wspierając się ze wszystkich sił. Czujemy potężną więź, jaka ich łączy. Sceny szpitalne portretują altruistyczne poświęcenie, współczucie, miłosierdzie ludzi czujących odpowiedzialność za innych, chociaż nawet ich nie znają. Brnąc po zalanym lądzie pełnym trupów, matka i syn – na jej wyraźną prośbę, z któ- rą Lucas najpierw usiłuje polemizować, próbując wykazać, że powinni przede wszystkim my- śleć o sobie – ratują nieziemsko piękne, złotowłose dziecko, Daniela (hebrajskie znaczenie jego imienia to „Bóg jest moim sędzią"). Można to odczytać jako rodzaj próby, której oboje zostali poddani. Osądzeni i pozytywnie zweryfikowani, używając zwrotu zaczerpniętego z naszej politycznej nomenklatury. Rezygnując z egoizmu, przedarli się do płaczącego dziecka i ocalili je, ratując w ten sposób i siebie, pozytywnie przypieczętowując swój los.

Poprzednia
1 2 3

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy