Najnowsza interwencja Uważam Rze

Butik

Pilkarze Hiszpanii od pieciu lat sa niepokonani na wszystkich najwazniejszych imprezach futbolowych

Razem możemy wszystko

Michał Kołodziejczyk

Hiszpańskie drużyny wywalczyły w ostatniej dekadzie 33 medale na wielkich turniejach. Tylko sport sprawia, że mieszkańcy Półwyspu Iberyjskiego potrafią mówić jednym głosem

Pod koniec finałowego meczu Euro 2012 w Kijowie w reprezentacji Hiszpanii po boisku biegali piłkarze tylko dwóch klubów – Realu Madryt i Barcelony. W ostatnich sezonach przychodzi im grać przeciwko sobie nawet po sześć razy, bywa, że trzeszczą kości, sędziowie pokazują czerwone kartki, a na boisku złośliwość bierze górę nad znajomościami. Jednak kilka tygodni później ci sami zawodnicy zakładają koszulki reprezentacji Hiszpanii, słuchają przed meczem hymnu, którego słów w tak podzielonym narodzie nie można ustalić od lat, i grają najpiękniej na świecie. Hiszpanie dokonali tego, co nie udało się największym drużynom w historii futbolu – w 2008 i 2012 r. zdobyli mistrzostwo Europy, przedzielając ten sukces zwycięstwem na mundialu.

Piłkarze obalali mity współczesnego futbolu. Mówiło się, że nadchodzi czas wysokich, silnych i mocnych, a złoto wyszarpały im karły. Mówiło się, że trzeba kupować piłkarzom paszporty, bo tak działa teraz świat, a Hiszpanie wygrali wszystko co możliwe wychowankami swoich klubów. Ich najważniejsi zawodnicy nigdy nie zmienili barw, Xavi i Andres Iniesta to Barcelona, Iker Casillas to Real. Ale byli też zawodnicy z innych drużyn, którzy na czas wielkiego turnieju potrafili schować dumę głęboko w kieszeni i godzić się z rolą rezerwowych. Wreszcie okazało się, że można w finale wygrać 4:0 z najlepszą obroną świata, grając w ustawieniu bez napastnika. Trzy z rzędu triumfy Hiszpanów obwołano zwycięstwem pięknego futbolu, pomnikiem, który wreszcie doczekał się odsłonięcia.

Hiszpanie czekali na to bardzo długo, od lat niemal na każdym turnieju wymieniani byli w gronie faworytów, jednak później przychodziło jakieś nieszczęście, które sprawiało, że wracali do kraju ze spuszczonymi głowami. Kolejni trenerzy nie potrafili pogodzić w zespole gwiazd albo zrezygnować z tych, którzy blokowali drogę zdolniejszym. Na sztandarach mieli wypisane cierpienie. Cierpienie za piękny futbol, bo niemal zawsze grali widowiskowo, dla kibiców, a później się okazywało, że zwycięża piłka nastawiona na wynik, a nie rozrywkę. Stwierdzenie „Jugamos como nunca, perdimos como siempre" – „Gramy jak nigdy, przegrywamy jak zawsze" stało się ich mantrą, powtarzali je po każdej porażce.

Złote żniwa

Sukcesy zrodziły się z bólu. Po mundialu w 2006 r. Hiszpańska Federacja Piłkarska zdecydowała się pozostawić na stanowisku trenera Luisa Aragonesa. Mówiono o nim „mędrzec z Hortalezy" i to właśnie on pokazał Hiszpanom ścieżkę, którą trzeba iść, by wygrać z własnymi słabościami. „On jest człowiekiem tak bliskim, tak emblematycznym... Był dla nas jak dziadek. Identyfikowaliśmy się z nim, bo zawsze nas bronił i ciężko pracował" – opowiada w książce „La Roja" Pepe Reina, bramkarz Liverpoolu.

Aragones odważył się zrezygnować z symbolu, nie powołał na Euro 2008 Raula, wieloletniego kapitana Realu Madryt i reprezentacji. Przegrał kilka meczów towarzyskich, awans wyszarpał w eliminacjach, ale postawił na swoim. Piłkarze uwierzyli mu, bo wszystkich traktował równie poważnie. Wspominają, że nie było podziału w drużynie na piłkarzy podstawowego składu i rezerwowych, wszyscy czuli się potrzebni. Kiedy ktoś wychodził z hotelowego pokoju w środku nocy, spotykał Aragonesa ślęczącego nad notatkami. Trener był doskonale przygotowany, a później na odprawach zdejmował ze swoich graczy presję. Milczał przez godzinę albo krzyczał: „Musicie pilnować Wallasa, bo to świetny piłkarz". Nikt Wallasa w reprezentacji Niemiec nie znał, a kiedy okazywało się, że chodzi o Michaela Ballacka, Aragones, nie zmieniając wyrazu twarzy, tłumaczył: „Mogę go nazywać, jak będę chciał".

Hiszpanie zdobyli mistrzostwo Europy, zaprzeczając dwóm piłkarskim sloganom – grali jak nigdy i wreszcie wygrali, a poza tym po boisku biegało 22 facetów i wcale nie wygrali Niemcy. Aragones zgodnie z zapowiedzią odszedł po turnieju, a jego miejsce zajął Vicente del Bosque, pseudonim Sfinks. Mówili o nim, że jest sprawiedliwy i że nigdy się nie uśmiecha. Sprawiedliwy był od urodzenia, przestał się uśmiechać, gdy musiał się pogodzić z tym, że jego syn jest chory na zespół Downa. Syn ma na imię Alvaro, jest świetnym facetem i marzył o tym, żeby przejechać się przez Madryt odkrytym autobusem z Pucharem Świata. Tata spełnił jego marzenie.

Poprzednia
1 2 3

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Piotr BOŻEJEWICZ

Może i koniec, ale nie świata

• TAKO RZECZE [P] •Skoro Obama nawet w części nie okazał się takim cudotwórcą, jak przepowiadali eksperci, to czemu Trump miałby być taki groźny, jak go malują ci sami ludzie?

Anna Czyżewska

O wynagrodzeniu bez tabu

Zdecydowana większość pracowników uznaje, że rozmowę o podwyżce powinien zainicjować szef. Polacy nie są mistrzami negocjacji. Strategia biznesowej polemiki to wizytówka przedsiębiorcy