Najnowsza interwencja Uważam Rze

Cywilizacja

Zapylanie krzyżowe

Tylko życzyć sobie takiego pisarza. Salman Rushdie. Siada dzień w dzień przy biurku, ale też bywa, słucha, rozmawia. I jak już skończy swoją dzienną porcję prozy, pisze eseje o tym, co dookoła.

Salman Rushdie
Ojczyzny wyobrażone. Eseje i teksty krytyczne 1981–1991
Rebis

I to się czyta z dużym zainteresowaniem. Są wczesne lata 80., Salman Rushdie niedawno zadebiutował, jeszcze parę lat minie, zanim napisze „Szatańskie wersety" i ajatollah Chomeini ogłosi pod jego adresem fatwę. Ale na razie nie słyszało o nim wielu. Utrzymuje się z pisania tekstów reklamowych – a to zaleca spożywanie pewnych ciasteczek, a to czytanie tabloidu „Daily Mirror". I obserwuje, że na świecie skończyła się pewna epoka – totalitaryzmy wygasają – ale ta nowa jakoś nie może się zacząć. I tu Rushdie ma nieco do powiedzenia. Pisze na przykład, że pisarze i politycy są dla siebie naturalnymi przeciwnikami – walczą o ten sam elektorat. Z tym że rolą pisarza jest nie dopuścić do tego, by to, co mówią politycy, stało się jedyną wersją prawdy. Nie szkodzi, że akurat nie ma dobrego czasu dla literatury, bo trwa nieustająca gorączka polityczna: „Złe czasy zawsze sprzyjają powstawaniu dobrych książek". I te książki, powiada Rushdie, powinny być zaangażowane. Uprawianie kulturalnego ogródka nie ma wielkiego sensu w czasie, gdy na planecie toczy się równolegle kilkanaście wojen, każdego dnia znikają całe gatunki zwierząt, a tysiące dzieci umierają z głodu. Literatura, która nie bierze tego pod uwagę, zamyka się w swoistym bantustanie. Bo przecież w globalnej wiosce wszyscy jesteśmy dla siebie inspiracją. Nie na darmo „Szatańskie wersety" mają wiele wspólnego z „Mistrzem i Małgorzatą", nie na darmo Rushdie był bardzo ciekawy Gdańska, skoro się o nim tyle naczytał u Grassa. To jest właśnie owo „zapylanie krzyżowe". I tu pisarz ma do przeprowadzenia istotną krucjatę: musi to „zapylanie" wylansować tak szeroko, jak tylko się da. Na przykład w Pakistanie, który był – i jest do dziś – miejscem niechętnym wolnemu słowu. W latach 80. Rushdie, który dla tamtejszej telewizji napisał jakąś sztuczkę, nie mógł w niej nawet użyć słowa „wieprzowina", nie mówiąc o zachęcie do jej spożywania. Tak dalece było to słowo niecenzuralne. Ale inne słowa to i owszem. Przyjrzyjmy się angielszczyźnie. Jakaż tu rozpiętość! Mamy słówko „wog" (bambus), mamy „frog" (żabojad), „kraut" (szkop), „dago" (makaroniarz), „spic" (Latynos), „yid" (żydek), „coon" (asfalt), „nigger" (czarnuch), „Argie" (argentyniec). Teraz pisarz, który żyje z mnożenia słów, bardzo się stara, by tych akurat słów po prostu nie było.

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Anna Czyżewska

O wynagrodzeniu bez tabu

Zdecydowana większość pracowników uznaje, że rozmowę o podwyżce powinien zainicjować szef. Polacy nie są mistrzami negocjacji. Strategia biznesowej polemiki to wizytówka przedsiębiorcy