Najnowsza interwencja Uważam Rze

Cywilizacja

Między śmiercią a bólem

Katarzyna Nowosielska

Obecnie prawo nakazuje przedłużanie leczenia, które nie ratuje, ale zadaje ból pacjentowi. Lekarze chcą je zmienić i wprowadzić testament życia

Monika dowiedziała się, że jej dziecko cierpi na ciężką chorobę serca, w 22. tygodniu ciąży. Diagnoza lekarzy brzmiała: HLHS – serce jednokomorowe. Profesor kardiochirurgii dziecięcej z Centrum Zdrowia Dziecka nie dawał córce Moniki dużych szans na przeżycie. Uprzedził, że dziecko czeka wieloetapowe leczenie i powikłania pooperacyjne. – Buntowałam się, czułam ogromną niemoc. Przecież chodziło o losy mojego malutkiego dziecka – opowiada Monika. Kiedy w marcu 2012 r. urodziła się Madzia, jej rodzice zrezygnowali z leczenia. – Chcieliśmy, by mogła odejść w spokoju, otoczona naszą miłością, bez skazywania jej na ból i cierpienie – tłumaczy Monika. Reakcje lekarzy na ich decyzję były skrajnie różne. – Jedni mówili, że środowisko lekarskie czegoś takiego nie uznaje, inni potwierdzali, że bez naszej zgody nie mogą  nic zrobić – wyjaśnia mama Madzi.

Rodzice złożyli do Komitetu Etyki Centrum Zdrowia Dziecka pisemnie oświadczenie, że nie chcą, by w trakcie porodu personel medyczny monitorował pracę serca ich córki. Nie zgodzili się też na resuscytację (przywrócenie oddechu) dziewczynki i poddawanie jej uporczywej terapii. Madzia była z rodzicami 38 dni. – Dla niej i jej serduszka to naprawdę bardzo długo – mówi Monika. Lekarze, którzy opiekowali się małą Madzią, zaakceptowali decyzję jej rodziców – dziewczynki nie poddawano bolesnej terapii. Inaczej było w przypadku małego Rafałka.

Zadawanie bólu

Chłopiec urodził się w 1997 r. z rdzeniowym zanikiem mięśni. Lekarze z Centrum Zdrowia Dziecka stwierdzili, że będzie żył około roku, w wielkich cierpieniach. Gdy Rafałek miał miesiąc, zachorował na zapalenie płuc i trafił do szpitala w rodzinnym miasteczku. Rozpoczęło się leczenie, bezustanne nakłuwanie igłami i karmienie sondą. W końcu podłączono chłopca do respiratora. Lekarze nie dawali nadziei, że kiedykolwiek będzie samodzielnie oddychał. W wieku trzech lat Rafałek był wciąż przykuty do maszyny. „Kim są lekarze, którzy decydują o tak okropnym mordowaniu bez granic maleńkiego dziecka i nie pozwalają mu spokojnie odejść do Boga?" – pytali w 2000 r. w dramatycznym liście do Ojca Świętego Jana Pawła II rodzice Rafałka. Papież odpisał, że sposób leczenia dziecka nosi znamiona uporczywej terapii, którą zgodnie z nauką Kościoła można przerwać, i że nie będzie to eutanazja. Odpowiedź z Watykanu przyszła jednak już po śmierci chłopca. Zmarł w wrześniu 2000, podłączony do respiratora, prawdopodobnie z powodu zapalenia płuc.

W jeszcze większym stopniu problem agresywnego leczenia dotyka dorosłych, zwłaszcza ludzi starszych. Na oddział intensywnej terapii warszawskiego szpitala klinicznego przy ul. Banacha trafiają osoby w stanie terminalnym. Na jednym z łóżek leży 85-letni mężczyzna. Jest nieprzytomny. Ma rozsiany nowotwór, niewydolność krążenia i choroby oskrzelowo-płucne. Jeśli ustanie krążenie, lekarze będą musieli go resuscytować. – Sprawi mu to ból, a nie da prawie żadnych szans na wyjście ze szpitala. Nawet jeśli uda nam się przywrócić mu krążenie, będziemy musieli podłączyć go później do respiratora i stacji dializ – mówi Paweł Andruszkiewicz, anestezjolog z warszawskiego szpitala. Starszy mężczyzna przez kilka tygodni lub nawet miesięcy będzie leżał z uszkodzonym mózgiem, aż do kolejnego zatrzymania krążenia i resuscytacji. To norma w przypadku pacjentów w stanie terminalnym. – Aplikowanie wtedy ludziom agresywnej terapii sprawia tylko ogromny ból, ale nie daje szans na przeżycie. My go i tak nie ratujemy, tylko uniemożliwimy godną śmierć – mówi dr Andruszkiewicz.

Strach przed odpowiedzialnością

Problem jednak w tym, że formalnie nie można w Polsce zaprzestać podtrzymywania życia na siłę. – Nasze regulacje prawne są niejasne, dlatego lekarze obawiają się odpowiedzialności za spowodowanie śmierci pacjenta i kontynuują uporczywą terapię wobec wielu chorych w stanie terminalnym – mówi dr hab. Tomasz Dangel, anestezjolog i specjalista medycyny paliatywnej z Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci. Medycy często nie wiedzą, czy sugerować się opinią rodziców umierającego dziecka, a już zupełnie bezradni są, gdy opiekują się nieuleczalnie chorym dorosłym, który w dodatku jest nieprzytomny. By rozwiązać podobne dylematy lekarzy i rodzin pacjentów, z inicjatywy grupy prawników i lekarzy skupionych wokół fundacji Warszawskiego Hospicjum powstał projekt mający wprowadzić do polskiego porządku prawnego tzw. testament życia. Medyczno-prawniczy zespół przygotował nowelizację ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta oraz ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty. Autorzy chcą jasno wskazać medykom w przepisach, kiedy mogliby zakończyć uporczywą terapię pacjenta bez narażania się na zarzuty spowodowania cudzej śmierci przez zaniechanie. Prawo do podjęcia decyzji o zaprzestaniu takiej terapii miałby sam pacjent i jego rodzina. O dziecku, które nie skończyłoby 16 lat, decydowaliby zawsze rodzice.

Poprzednia
1 2 3

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Anna Czyżewska

O wynagrodzeniu bez tabu

Zdecydowana większość pracowników uznaje, że rozmowę o podwyżce powinien zainicjować szef. Polacy nie są mistrzami negocjacji. Strategia biznesowej polemiki to wizytówka przedsiębiorcy