Najnowsza interwencja Uważam Rze

Tu i teraz

Poczet czarownic

Marcin Hałaś

Feministki to współczesne czarownice. Usta mają pełne haseł o działaniu w imię dobra kobiet. Tymczasem tak naprawdę feminizm krzywdzi kobiety, kiereszuje ich rodziny

Kiedyś czarownice palono na stosach. Dziś powinna otaczać je aura społecznej dezaprobaty. „Zawsze mnie ciekawiło, dlaczego o prawo do aborcji najgłośniej drą mordy te wszystkie baby, które na oko sądząc, nie powinny mieć żadnego problemu z niechcianymi ciążami". Wystarczy spojrzeć na polskie feministki: Środy, Nowickie, Szczuki i Pezdy, żeby uświadomić sobie, że tak postawione pytanie wciąż pozostaje aktualne. Zacytowane przed chwilą zdanie nie wyszło bynajmniej spod pióra jakiejś prawicowo-nacjonalistycznej szowinistycznej męskiej świni. Pochodzi z hołubionej i reklamowanej onegdaj przez lewicowe media książki Piotra Czerskiego „Ojciec odchodzi", nazywanej manifestem pokolenia, które nie płakało po Janie Pawle II (takowe próbowała wykreować „Gazeta Wyborcza" za pomocą jednej cienkiej powieści Czerskiego i nadruków na T-shirtach). A skoro już przy odniesieniach literackich jesteśmy: poeta, zdolny dramaturg i równocześnie jeden z „chuliganów literatury" Ireneusz Iredyński określił kiedyś kobiety mianem „naczyń na spermę". W jego ustach był to tylko kiepski, wulgarny żart. Współczesne feministki najchętniej traktowałyby mężczyzn w bliźniaczy sposób: jako – co najwyżej – dawców spermy, najlepiej anonimowych i wyselekcjonowanych na wzór hodowlanych psów.

Dzisiejszy feminizm najzwyczajniej krzywdzi kobiety, jakby wracając do know-how komunizmu: odebrać im wyjątkowość i kobiece sacrum, a w zamian wepchnąć na traktory (dzisiaj: w tryby korporacyjnej kariery). Na dodatek ideologia feminizmu oparta jest w wielu punktach o nieprawdziwe założenia i przesłanki. Jeżeli czemuś służy, to bynajmniej nie dobru kobiet, ale karierze klanu babsztyli w wieku balzakowsko-klimakteryjnym.

Kłamstwo założycielskie

U podstaw ideologii feministycznej leży fałsz, trudno więc spodziewać się czegoś dobrego po budowli stojącej na gruncie kłamstwa. Owo kłamstwo, które powtarzane po tysiąckroć urosło do rangi „prawdy": kobieta nie ma równych praw z mężczyzną. Tymczasem rzeczywistość wygląda dokładnie odwrotnie: to mężczyzna jest płcią dyskryminowaną i nigdy w tym zakresie nie dostąpi równouprawnienia. Przesądza o tym nie ideologia, nie normy i ograniczenia kulturowe, ale biologia. Ta jest jednoznaczna i – dla mężczyzny – brutalna. Kobieta w społeczeństwie jest w stanie wywalczyć sobie każde prawo: czynne i bierne prawo wyborcze, prawo do pracy w kopalni i na platformie wiertniczej, prawo do noszenia spodni i ogolenia głowy na łyso, możliwość (w tym wypadku możliwość, nie prawo) dokonania – legalnej lub nielegalnej – aborcji, a wszystkiego tego może dokonać bez pomocy, a nawet przy usilnym sprzeciwie mężczyzn. Tymczasem mężczyzna pozostaje w najważniejszej życiowej kwestii upośledzony i dyskryminowany. Chodzi o prokreację.

Kobieta jest w stanie „zafundować" sobie dziecko, mieć je i wychowywać, ograniczając rolę mężczyzny do minimum, redukując go do wspomnianego na początku „dawcy spermy". I nie chodzi tutaj tylko o skorzystanie z banku nasienia in extenso. Kobieta może po prostu nie poinformować mężczyzny, w jakim celu i z jakim skutkiem „użyła" go w czasie zbliżenia intymnego. Tak więc może praktycznie wyeliminować mężczyznę z całej reszty życia – swojego i ich dziecka – i korzystać z dobrodziejstw macierzyństwa. Natomiast mężczyzna nie może doświadczyć ojcostwa, jeśli zredukuje udział kobiety tylko do aktu seksualnego. W tym sensie płcią dyskryminowaną przez naturę w sprawie najważniejszej i pryncypialnej pozostaje mężczyzna.

Kobiecy terroryzm

Pół biedy, gdyby poszczególne feministki model funkcjonowania kobiety w społeczeństwie, o jaki walczą, chciały realizować tylko w swoim prywatnym życiu. Niestety, są to osoby o mentalności przypominającej najbardziej złowieszczą bolszewię. Żyją w przekonaniu, że powinny „uszczęśliwić" tym wszystkie kobiety, a własne, często chore idee podnieść do rangi paradygmatu i obowiązującej normy. Stąd już tylko jeden krok do terroryzmu – uszczęśliwiania na siłę. Kiedy niedawno Małgorzata Terlikowska w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej" oświadczyła, że jest szczęśliwa, będąc matką czwórki dzieci i poświęcając się rodzinie – od razu znalazł się szereg rozwrzeszczanych feministek na czele z redaktorką Kublikową, które „wiedziały lepiej": że Terlikowska jest w rzeczywistości stłamszoną i w głębi duszy nieszczęśliwą biedaczką. Doszło nawet do zabawnej sytuacji, kiedy autor rozmowy z Terlikowską Grzegorz Sroczyński musiał się wcielić w rolę dobrego policjanta, pisząc: „Ja, autor wywiadu z Małgorzatą Terlikowską (w sobotnich »Wysokich Obcasach«), uroczyście oświadczam, że Terlikowska nie jest zmanipulowaną biedaczką, która »żyje w zgodzie z potrzebami męża«".

Poprzednia
1 2 3 4

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Intermedia

• MYŚLI I SŁOWA • BEATA SZYDŁO