Najnowsza interwencja Uważam Rze

Poszukiwanie polskości

Andrzej Urbański

„Ślady krwi” Jana Polkowskiego to wydarzenie nie roku czy lat kilku, ale właściwie ćwierćwiecza. Od czasu „Rzeki podziemnej” Konwickiego, a nawet od „Miazgi” Andrzejewskiego

Czy ktoś z Państwa wie, co to znaczy obcować z wielką polską literaturą? Ja jestem dziecko szczęścia niebywałego: kiedy dojrzewałem, towarzyszyli nam odkrywani właśnie Gombrowicz i Witkacy, poezja Kolumbów, proza Herlinga-Grudzińskiego i Józefa Mackiewicza, wiersze Miłosza i Herberta. Potem nowe powieści Konwickiego. Na „Miazgę" Andrzejewskiego czekaliśmy dwie dekady, poznając tę powieść w różnych fragmentach, aż się wyzwoli z komunistycznej cenzury. Kiedy przyszedł wreszcie rok '89, byliśmy przekonani, że dzięki zlaniu się w jedno różnych nurtów literackich, emigracyjnego i krajowego, podziemnego i jawnego, wybuchnie święto literatury narodu niewolonego, tłamszonego, używanego przez propagandę i ideologię. A tu dupa. Czarna dziura. Załamka kompletna. Jakieś rzężenia i wymioty, wynurzenia ludzi o IQ ołówka bez gumki. Kto z pamięci wymieni laureatów Nagrody Nike? Sezonowe mody, modne pisarstwo? Jak kolekcja Zary w hipermarkecie, bez znaczenia. I nawet jeżeli kogoś krzywdzę nie-pamięcią, to robię to z premedytacją.

Czy poważny naród europejski może istnieć bez poważnej literatury? Może, ale skutki tego są groźniejsze, niż sądzimy. Literatura to są fundamenty: jak są kiepskie, to żywot narodu jest pozorny, odbijany w krzywych zwierciadłach, wszystko jest pozornie tak samo ważne, czyli nie tak bardzo ważne. I tak się do tego przyzwyczailiśmy, że przestaliśmy w ogóle zauważać, jak nam tego brakuje. Widoku nas samych, szczęśliwych lub nie, uwikłanych w jakieś paranoje i iluzje, oszukiwanych i zwodzonych, bez początku i bez konkluzji, że w życiu liczy się coś więcej niż codzienna medialna instrukcja, jak dziś trzeba żyć.

Kim jest Polak bez polskości? Wydmuszką, marionetką, kukiełką. Jest tragicznym nieporozumieniem i mutacją prowadzącą donikąd

To wszystko przypomniała mi lektura powieści niezwykłej, niedającej się porównać z niczym, co od lat nam ofiarowano. „Ślady krwi" Jana Polkowskiego to wydarzenie nie roku czy lat kilku, ale właściwie ćwierćwiecza. Od „Rzeki podziemnej" Konwickiego, a właściwie właśnie od „Miazgi" Andrzejewskiego. Chodzi bowiem Polkowskiemu o ten sam zamysł – aby pokazać narodowi, gdzie jest, w jakim miejscu świata i historii, w jakiej kondycji moralnej i materialnej, na jakim zakręcie dziejów. Wielka powieść nie jest przeciwko komuś, ale przeciwko wszystkim, ponieważ wszystkich traktuje równie poważnie. Dotychczasowi recenzenci nie zauważyli chociażby, jaką krwawą raną dla bohatera jest PRL. Obce i wstrętne czasy, a jednocześnie jego własne czasy, bohaterstwa opozycji i emigracji, jako ucieczki. A przede wszystkim PRL to państwo jego ojca, uratowanego przez matkę z rzezi wołyńskiej.

Ojciec Henryka to kolejna wersja „Ślubu" Gombrowicza – władca ciemności, bezwzględny pan życia i śmierci, a jednocześnie ten, który obdaruje syna wielkim spadkiem. Majątkiem stworzonym z przekrętów, szalbierstw, prywatyzacji i wpływów, jakie zachowali postkomunistyczni notable. Nic jednak nie jest proste ani jednoznaczne. Wraz z majątkiem dziedziczy bohater klątwę, koledzy tatusia z esbeckiej drużyny są zdolni do wszystkiego. Jak w „Miazdze" nadal najbardziej liczą się życiorysy, a żaden nie jest ot, taki sobie; każdy wynika z jakiejś osobnej historii. Polkowski mówi o „dialogującej pamięci". I rzeczywiście takiej polifonii w polskiej prozie nie było od dekad. Nie było, gdyż nikogo nie interesowało najważniejsze dla Polkowskiego pytanie – a czym jest polskość na początku XXI w.? Komu i do czego jest potrzebna? Co z nią zrobiliśmy i co ona robi z nami? Jest darem czy raczej przekleństwem? Chorobą? A może zapomnianym skarbem? Obarczonym klątwą?

Polskość, gdyby spojrzeć z lotu ptaka na ostatnie 30 lat życia w Polsce, to jedyny problem łączący lata 80. i następne. To najważniejszy spór, który nas dzieli, przeszkadza, mąci wzajemne relacje. W sporze są dwie wersje. Pierwsza, dominująca przez ostatnie dwie dekady, mówi, że polskość to jakieś wariactwo, kompletnie niepasujące do normalnego świata. Z czego płynie wniosek prosty – trzeba to odrzucić, zapomnieć, natychmiast zdjąć stare romantyczne kostiumy. Wynająć modnego stylistę, który dopasuje nam to, co się nosi nad Sekwaną lub Tamizą. A wtedy zostaniemy zaakceptowani jako normalsi i kanclerz Merkel polubi nas jak Donalda Tuska. I proszę, jaki sukces – on miał dziadka w Wehrmachcie, a ona w Poznaniu. Z obu możemy być dumni.

Poprzednia
1 2

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Edyta Żyła

Doradzą i przeszkolą

Znaczna część unijnych pieniędzy trafia do doradców, którzy pomagają zakładać firmy lub je rozwijać. Przedsiębiorcy mogą więc liczyć na bezpłatne szkolenia, wsparcie doświadczonych mentorów albo pomoc w przygotowaniu strategii marketingowej