Najnowsza interwencja Uważam Rze

Biznes

Sebastian Moras, tworca makaronow Ciao Bella, i Dariusz Makosz, wiceprezes Idea Banku

Ciao, Polonia!

Karolina Kowalska

Sebastian Moraś odkrył przed Polakami świeży włoski makaron, pasta fresca. Teraz musi powiększyć fabrykę, bo nie nadąża z produkcją

Nazwa miała być naturalna i włoska, jak pasta. Stanęło na Ciao Bella dla makaronów sprzedawanych w supermarketach i Ciao Chef – dla dostarczanych do kilkudziesięciu restauracji w całej Polsce. – Chodziło o proste skojarzenie – kucharz mówi do kelnerki: „Ciao Bella", ona mu odpowiada: „Ciao Chef" – tłumaczy Sebastian Moraś z typowo włoskim zaśpiewem. Trudno go nie podłapać w rodzinie, która przy świątecznym stole mówi głównie po włosku.

Odkąd ożenił się z córką italianistki i odnowił kontakty z własnymi krewnymi w Italii, język Dantego ćwiczy na co dzień. Nawet trochę mu głupio, że zna tylko podstawowe zwroty i przy świątecznym stole jako jedyny nie rozumie, o czym mowa. Ale na razie na naukę języka po prostu nie ma czasu. Od bladego świtu wydaje autorskie lunche w restauracji Lucid na czwartym piętrze centrum handlowego Blue City, a po południu rozwozi sosy do zaprzyjaźnionych restauratorów. Niby mógłby wysłać dostawcę, ale ceni te kontakty, rozmowy o przepisach i makaronie. Od każdego czegoś się uczy.

Również od klientów – stałych, jak właściciele sklepów w Blue City, i tych okazjonalnych, zwabionych na ostatnie piętro sławą pasta fresca, która rozchodzi się po Warszawie pocztą pantoflową. Pyta, czy smakuje, przyjmuje krytykę i sugestie. Trochę jak włoski właściciel restauracji, który wychodzi z kuchni, żeby powitać gości i przedstawić „specialita del giorno", a potem osobiście stawia na stole dymiący talerz spaghetti.

Smak z emocji

O restauracji marzył od zawsze. Jedynak dorastający na stołecznych Szczęśliwicach już jako czterolatek eksperymentował w kuchni. Jego pierwszym daniem był właśnie makaron – przaśny, PRL-owski, nie pamięta, z torebki czy na wagę. W każdym razie na pewno z pszenicy miękkiej i suchy, przez Włochów określany jako pasta secca, który do dziś rządzi na półkach polskich sklepów i w wielu restauracjach. Niedoskonały, i tak był jego ulubionym daniem. Do czasu, kiedy jako handlowiec w firmie poligraficznej zaczął wyjeżdżać na Zachód. Pierwszy kontakt z pasta fresca miał w Skandynawii, która szaleje za świeżym włoskim makaronem. Trudno mu potem było wrócić do polskiej pasty z torebki, ale przełom nastąpił dopiero w Sermione nad jeziorem Garda, w lokalnej osterii, do której w porze kolacji schodzą się mieszkańcy. Na stół wjechała poezja. – Pasta z sosem pomidorowym. Niby nic prostszego, ale ten smak zapamiętałem na zawsze. Może dlatego, że był zbudowany z emocji – nie tylko z mąki i jajek, ale atmosfery, świadomości, że wszystko jest świeże, zagniecione na miejscu, utarte z pomidorów dopiero co zerwanych z krzaka i doprawionych ziołami z przydomowego ogródka – wspomina Sebastian Moraś. Po powrocie próbował odtworzyć smak w kuchni, ale w Polsce nie tak łatwo było o semolinę – mąkę z pszenicy durum, hodowanej na południu Włoch, o ziarnach dłuższych i bardziej przezroczystych od pszenicy miękkiej, do której przyzwyczajeni są Polacy.

Miał już wtedy udziały w restauracji Martin 55 przy Teatrze Roma. Spełniał swoje marzenie, najpierw przypatrując się kucharzom, a potem gotując razem z nimi. Nocami siekał warzywa, żeby rano nadążać za podkuchennymi i nie irytować chefa. Niby wszystko grało, ale pasta znad Gardy nie dawała mu spać. – Sprzedałem udziały w restauracji i postanowiłem produkować makaron – opowiada.

Budżet zapięty w pół roku

Dariusz Makosz, wiceprezes Idea Banku, do którego Moraś zgłosił się po kredyt, od razu dał się porwać idei. Nietypowo jak na człowieka liczb, który widział fiasko niejednego dobrego pomysłu. Ale też nie miał do czynienia z neofitą, rozentuzjazmowanym amatorem, który wymyślił proch, ale nie wie, jak go produkować. – Pan Moraś miał wcześniej kontakt z przedsiębiorczością, zdawał sobie sprawę z ryzyka, jednak tak bardzo wierzył w swój projekt, że nic nie było w stanie go powstrzymać. Przekonał nas, że jego makarony naprawdę mają szansę podbić rynek. Wierzyliśmy mu od początku, choć wielu nie dawało temu biznesowi żadnych szans. Głównie ze względu na dystrybucję, która w Polsce jest bardzo trudna – opowiada Dariusz Makosz. Sebastian Moraś dostał 150 tys. kredytu i wsparcie, jakie bank stworzony z myślą o przedsiębiorcach udziela wszystkim klientom programu „Inkubator przedsiębiorczości". W zamian za 30 proc. udziałów w firmie Idea Bank pomógł Morasiowi w negocjacjach, pozyskaniu dystrybutorów, wejściu do supermarketów Piotr i Paweł i sklepu internetowego frisco.pl. Sprzedaż szybko się rozkręciła. – Zaczęliśmy pod koniec listopada, a w czerwcu już zapinamy budżet, wychodzimy na zero. To dobry prognostyk – mówi Sebastian Moraś. Właśnie szuka nowej fabryki, bo obecna, w Legionowie, jest już za mała. Nie nadąża z produkcją. Potrzebuje miejsca dla nowych maszyn, bo w tempie 500 kg na maszynę na ośmiogodzinną zmianę nie jest w stanie zrealizować zamówień, których ciągle przybywa. Niedługo jedzie na negocjacje do sprzedawcy w Parmie (sławnej dzięki szynce, słynnemu prosciutto di Parma) w regionie Emilia-Romagna po nowe maszyny. Niby są i polskie, ale woli kupić je w ojczyźnie pasty, od narodu, który od pokoleń specjalizuje się w produkcji odpowiednich matryc z brązu. Odkrawających maccheroni może nieco niezgrabnie, nierówno, ale gwarantujących wyżłobienia, które doskonale zatrzymują sos.

Poprzednia
1 2 3

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Piotr BOŻEJEWICZ

Może i koniec, ale nie świata

• TAKO RZECZE [P] •Skoro Obama nawet w części nie okazał się takim cudotwórcą, jak przepowiadali eksperci, to czemu Trump miałby być taki groźny, jak go malują ci sami ludzie?

Ewa Bednarz

Kredyt z plastiku

Tylko część banków decyduje się na wydawanie przedsiębiorcom kart kredytowych. Znacznie chętniej oferują im dużo kosztowniejsze karty obciążeniowe