Najnowsza interwencja Uważam Rze

Biznes

Miliony na ziołach

Karolina Kowalska

Zaczynał od nietypowej dziecięcej pasji. Dziś eksportuje zioła do czterech krajów na dwóch kontynentach i daje pracę połowie regionu

Jaki zysk przynosi firma? To nie tajemnica – ponad milion złotych miesięcznie – mówi Mirosław Angielczyk, właściciel firmy zielarskiej Dary Natury, która dostarcza na rynek około 700 ziół, mieszanek, naparów i przypraw pochodzących z podkorycińskich łąk i lasów, na przykład kwiat trudnej do zbioru jasnoty białej, przelotu czy korę dębu. Wszystkie w zielonych opakowaniach z okienkiem, przez które widać pączki sosny, korzeń biedrzeńca czy kłącze kuklika. Fitoterapeuci wiedzą, że jeśli jakiegoś zioła nie produkują Dary Natury, to w Polsce jest nie do dostania.

Pasja po babci

Kiedy w 1990 r. Angielczyk, świeżo upieczony absolwent rolnictwa w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, woził do Warszawy pierwsze worki z ziołami, wszyscy patrzyli na niego jak na wariata. W kraju pączkował kapitalizm, a on zajmował się czymś, co w tych stronach zawsze kojarzyło się z biedą i niedojadaniem. Młodzi z Korycin wyrywali się do Białegostoku, do stolicy albo i dalej. Angielczyk, chodzący do lasu z sierpem, był jak relikt dawnej epoki, w której babki i matki zbierały i suszyły pokrzywy, grzmotniki i rumianek, żeby załatać budżet. Ale Mirek zawsze miał opinię dziwaka. Kiedy chłopcy wypatrywali na drodze zachodnich samochodów, on z babcią Józią chodził na łąkę, a potem znosił jej naręcza zielska i pytał, co jak się nazywa. Pani Józefina, wioskowa znachorka i akuszerka, chętnie dzieliła się wiedzą, nieco zdziwiona, że kolejną w rodzinie „panienką apteczną" zostanie chłopak. Ale zainteresowania Mirka wykraczały poza metody zbierania, przechowywania i suszenia ziół. Interesowały go łacińskie nazwy, np. guza, czyli huby, brzozy, sosen, łopianów, szałwii. Pod koniec podstawówki sam zbierał zioła w lesie i woził je rowerem do oddalonego o 40 km punktu skupu. Zarobione pieniądze wydawał na podręczniki do botaniki, a jako uczeń technikum rolniczego zajął trzecie miejsce w kraju w olimpiadzie rolniczej i bez egzaminów dostał się na studia. – Pomogła mi właśnie znajomość roślin. Na nazwach, zastosowaniach, charakterystyce najłatwiej było się pomylić. Ja to wszystko miałem w jednym palcu – wspomina. Na zajęciach był ulubieńcem profesor od zajęć terenowych. Na egzamin przyniosła mu polny bukiet rzadkich ziół. Prawie wszystkie odgadł. Piątkę miał zapewnioną, ale profesor chciała się jeszcze nacieszyć wybitnym uczniem. Wiadomo było już, że Angielczyk na uczelni nie zostanie, będzie chciał wrócić w rodzinne strony, założyć coś swojego, opartego na ziołach.

Do biznesu nieświadomie przymierzał się przez cale studia. Obchodził warszawskie bazary i sklepiki zielarskie i sprawdzał, czego brakuje, na co jest zapotrzebowanie. – Bywało, że sprzedawca potrzebował na gwałt jakiegoś ziela, o którym właśnie powiedziano w telewizji. Kiedyś jakiś profesor orzekł na antenie, że w zwalczaniu bielactwa najlepiej sprawdza się budziszek cuchnący. Ludzie szturmem ruszyli na sklepy zielarskie, ale żaden go nie miał. Pojechałem więc szybko na Podlasie i przywiozłem kilka worków. Sporo wtedy zarobiłem – opowiada Angielczyk. Po studiach dostarczał zioła do paru punktów w Warszawie i w Radomiu. Zamówień przybywało i do zbiorów angażował rodziców, rodzeństwo, w końcu sąsiadów. Po roku, z pomocą rodziców, postawił pierwszy budynek obecnej firmy. Potem otworzył pierwszy punkt skupu, później kolejne. Po paru latach postawił pierwszy budynek gospodarczy, a pakowanie zaczął chałupniczo zlecać sąsiadom. – Moja recepta na sukces? Chyba to, że nigdy nie próbowałem konkurować z wielkimi zakładami, takimi jak Herbapol, i sprzedawałem zioła, których nie miały w swojej ofercie. Tak trafiłem w niezagospodarowaną niszę – przyznaje.

Szansa dla Podlasian

Okazało się, że nowy kapitalizm nie tylko likwiduje PGR-y, ale zapewnia pracę podlaskim babkom, poopuszczanym przez ciągnące do miasta dzieci i wnuki. Mirosław Angielczyk trafił na niszę. Szybko się okazało, że równolegle do zachłyśnięcia się Zachodem odżywa zainteresowanie ziołolecznictwem i medycyną ludową. A nigdzie nie była ona tak żywa jak na południowo-zachodnim Podlasiu, nad Bugiem, gdzie prawosławni żyją zgodnie obok Tatarów, katolików i nielicznych już dziś żydów, a starosłowiańskie wierzenia nachodzą na te kościelne. W okolicach Siematycz do dziś podczas burzy w oknach palą się świece (dla odpędzenia złego), a niedomagającą krowę okadza się mieszanką lipy, rumianku i grzmotnika dla wygnania złych mocy. Wierzy się w uroki i zamawianie choroby, ale bardziej chyba w lecznicze działanie ziół, które przed wojną sprzedawano żydowskim aptekarzom z Warszawy, a po wojnie zanoszono do punktów skupu Herbapolu. Przekazywana z pokolenia na pokolenie znajomość ziół, ich zbioru, suszenia i mieszania zawsze ratowała domowy budżet w tym najbiedniejszym z regionów. Południowo-zachodnie Podlasie, do dziś najbardziej dziewicze w Polsce, nadal dostarcza ponad 50 proc. krajowej produkcji ziół ze swoich pól i lasów. A „babki", 60-, 70- i 80-latki z małych wsi za Bugiem, potrafią bezbłędnie rozpoznać, czy roślina schowana między paprociami nadaje się już do zerwania, czy jeszcze trzeba dać jej urosnąć i nabrać właściwości. Niektóre do dziś piją sok brzozowy zbierany wprost z naciętego pnia. Jak ich matki, babki, prababki, a przed nimi kobiety z dawnych plemion słowiańskich, potrafią wykorzystać każdą część rośliny – korzenie i bulwy, miazgę, korę, liście, owoce i nasiona.

Poprzednia
1 2

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy