Najnowsza interwencja Uważam Rze

Felietony

Granice głupoty nie istnieją

Andrzej Urbański

To nas rozjedzie kryzys finansów publicznych, to nas trzeba będzie reanimować w pozbawionej środków resortowych służbie zdrowia. Jak to już dzieje się w Grecji czy Hiszpanii

To była jedna z najbardziej profesjonalnych operacji rządowych w dziejach III RP – przygotowywana w tak głębokiej tajemnicy, że większość członków Rady Ministrów nie wiedziała do końca, w czym bierze udział. Prowadzona na kilku frontach jednocześnie, wobec rynków finansowych, mediów i opinii publicznej, przedsiębiorców i samorządów, polityków w Brukseli i analityków w bankach i w agencjach ratingowych. Wreszcie ujawniono ją w momencie szczególnym – w środku wakacji tak, aby polityczne straty maksymalnie zminimalizować. Mówię oczywiście o ogłoszonej przez premiera Tuska i ministra Rostowskiego dziurze budżetowej.

Wszystko jest jak w sensacyjnym filmie akcji. Rok wcześniej minister finansów przygotowuje założenia budżetowe i popełnia wszystkie szkolne błędy naraz – przeszacowuje wzrost gospodarczy i wpływy z podatków, niedoszacowuje inflacji, manipuluje wartością złotówki. Zdumiona komentatorka „Polityki" pisze teraz: „Wicepremier nie trafił w ani jeden wskaźnik", tak jakby finanse państwa to była jakaś loteria albo ruletka w kasynie. A Tusk i jego minister to ogarnięci pasją bohaterowie opowiadania Dostojewskiego, obsesyjni gracze przy głównym stole w Monte Carlo. Teraz, zbankrutowani, stoją z niewinnymi minami przed Polakami, rozkładają ręce i tłumaczą – mieliśmy dobre intencje, ale się nie udało, straciliśmy wasze pieniądze w słusznej sprawie. Ten obrazek to oczywista obłuda, hipokryzja i kłamstwo. To wersja dla prostaczków, wirtualny żal i wymyślone pieniądze, o których obaj politycy doskonale wiedzieli już rok temu, że ich nigdy nie będzie.

Dzięki udanej operacji piarowskiej oszukaliśmy oszustów, czyli międzynarodowych spekulantów

Jest też bowiem wersja dla profesjonalistów w takich grach. Walczyliśmy o wartość polskiego długu – mówi Rostowski – i dzięki udanej operacji piarowskiej oszukaliśmy oszustów, czyli międzynarodowych spekulantów. Kupili nasze obligacje za połowę oprocentowania, które były warte. Dzięki czemu zaoszczędziliśmy w kasie państwa dobre kilkanaście miliardów złotych. Jesteśmy królami balu i teraz należą się nam medale i premie. A opozycja i krytycy niech spadają na drzewo i uczą się od mistrzów, jak się gra z szulerami w pokera dla dorosłych.

W tej wersji wszyscy Polacy, komentatorzy i analitycy, dziennikarze i media, które grzecznie wierzyły w budżetowe rojenia, to ciemna masa wykorzystana w wielkiej manipulacji. Posłużono się nimi, ich zaufaniem i wiarą jak brudną ścierką, która likwiduje plamy, a teraz można ją już wyrzucić do kosza na śmieci.

Nie wszystkim się to spodobało. Naczelny „Newsweeka" lamentuje, że został oszukany, wykorzystany i potraktowany, za przeproszeniem, jak zwykły szary prostak spod budki z piwem. A on przecież starał się, wierzył w zapewnienia premiera, propagował i walczył z wrogami Tuska, jak – nie przymierzając – Zawisza Czarny osłaniający rejterującego Zygmunta Luksemburskiego po przegranej bitwie z Turkami. Jego płacz, żal, rozczarowanie, nawet jeżeli autentyczne, nadal mają służyć walce z wrogami postępu, kiedy wyznaje na koniec – tak, zostaliśmy oszukani, ale na własne życzenie. A poza tym nawet „miłość udawana i plastikowa wydaje się lepsza od nienawiści...". Proszę sobie wyobrazić tę filmową scenę – nasz bohater budzi się przy silikonowej lalce, którą przez cały rok gorliwie obsługiwał, ale nawet to upokorzenie przełknie z wrodzoną godnością, aby nadal głosić chwałę pana, któremu służy.

Mój zachwyt budzą jednak inni – rządowi eksperci, profesorowie na dworze premiera, autorytety wytarte jak panie lekkich obyczajów, zużyte po wielokroć w tym najstarszym zawodzie świata. Na wiadomość o budżetowej katastrofie gremialnie stawili się w mediach, aby zapewniać Polaków, że tak naprawdę to nic się nie stało! Sam widziałem, jak jeden z tej paczki zawodowych piewców chwały Tuska zapewniał w telewizorze, że na tym oszustwie nikt w Polsce nie straci. A kto straci? Marsjanie? Profesor, znany z tego, że jest znany, odpowiada z godnością – oj tam, oj tam, stracą ministrowie, którym się obetnie ich resortowe budżety, i po krzyku. Nie uwierzyłbym, gdybym tego nie widział. Przecież te „resortowe" pieniądze w dużej mierze miały trafić na rynek – do przedsiębiorców realizujących rządowe inwestycje. A dzięki temu do kieszeni pracowników mających na utrzymaniu rodziny. I wreszcie dzięki konsumpcji i podatkowi VAT powrócić do kasy państwa. A jak nie będzie wpływów do tegorocznego budżetu, to co się stanie z dziurawym budżetem na przyszły rok?

Poprzednia
1 2

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy