Najnowsza interwencja Uważam Rze

Tu i teraz

Dorsz albo śmierć

Rafał Kotomski

Eksperci i rybacy alarmują: działania unijnych urzędników niszczą równowagę biologiczną na Bałtyku. I rujnują polskich przedsiębiorców

Z analizy, którą dysponuje już sejmowa Komisja ds. Rybołówstwa, wynika, że Unia Europejska nie kontroluje masowych połowów dorsza dokonywanych przez potężne jednostki z krajów skandynawskich. To nie tylko fatalna sytuacja dla morskiej fauny. Również katastrofa dla drobnych polskich armatorów, którzy prowadzą tam swoje połowy. Autor dokumentu, prof. Wawrzyniec Wawrzyniak z Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego, uważa, że sytuacja mogłaby się poprawić, gdyby wielkie statki przemysłowe co najmniej na kilka lat zniknęły z Bałtyku.

Chudy jak nigdy dotąd

Na skutki polityki rybackiej Unii Europejskiej nie trzeba było długo czekać. W wodach Bałtyku pojawiła się ryba, którą fachowcy nazywają „chudym dorszem". Taka, która nie nadaje się do przetwórstwa i jest wynikiem, jak twierdzi prof. Wawrzyniak, niekontrolowanych połowów dokonywanych przez wielkie, przemysłowe jednostki. To zazwyczaj statki pod duńską czy szwedzką banderą. Ich intensywny ruch na Bałtyku, zdaniem naukowca ze Szczecina, zachwiał równowagą ekologiczną na tym morzu. Ławice dorsza przemieszczają się w poszukiwaniu pożywienia na tereny, gdzie dotychczas nie docierały. Tymczasem gatunki drobniejszych ryb (śledzie i szproty), na których żeruje dorsz, zostały rozproszone przez potężne statki paszowe i intensywne połowy. Co ciekawe, naukowcy nie znali dotąd pojęcia „chudego dorsza". Po prostu ryba, którą w ten sposób określili, pojawiła się w Bałtyku po raz pierwszy. Jak stwierdza prof. Wawrzyniak, stało się to już dwa lata po tym, gdy na morze wypłynęły statki paszowe. Choć eksperci zaczęli różnie tłumaczyć zjawisko „chudego dorsza", zdaniem Wawrzyniaka powód jest banalnie prosty. Ryba chudnie, bo nie ma pokarmu. A nie ma go, ponieważ ten zostaje w sposób niekontrolowany odławiany przez statki – paszowce. W myśl przepisów unijnych to jednostki, których nie mogą kontrolować inspektorzy rybaccy. Zupełnie inaczej rzecz ma się z drobnymi bałtyckimi armatorami. Polscy właściciele kutrów co roku przechodzą kilkanaście tysięcy kontroli. Najwięcej spośród wszystkich państw leżących nad Bałtykiem. Polscy rybacy i przedstawiciele firm przetwarzających ryby domagają się, by Unia całkowicie zakazała połowów paszowych na Bałtyku. Jerzy Safader, prezes Stowarzyszenia Przetwórców Ryb, ostrzega, że przedsiębiorcy mają coraz więcej problemów z produkcją. – Do przetwórni trafiają chude i małe dorsze. Tymczasem firmy potrzebują o wiele więcej ryb, by ich produkcja była opłacalna. Grozi im utrata rentowności, gdyż rosną koszty z powodu słabego surowca – ocenił Safader podczas spotkania w Ustce.

Komisja Europejska reguluje na Bałtyku wszystko: od limitów na połowy po kolor chorągiewek

Rybacy są już tak zdesperowani, że postanowili zwrócić się o pomoc nawet do ekologów. „Wzywamy wszystkie organizacje ekologiczne do podjęcia zdecydowanych działań w celu ratowania zniszczonego ekosystemu Morza Bałtyckiego, co zagraża bezpośrednio środowisku naturalnemu oraz jest bezpośrednią przyczyną ekonomicznego upadku i degradacji nadmorskich społeczności rybackich" – napisało kilkudziesięciu armatorów w liście do polskich organizacji ekologicznych.

– Ale to tylko pozory, że chwytamy się ostatniej deski ratunku. W rzeczywistości chcemy bardziej pokazać, że duże ruchy ekologiczne są całkowicie bierne i milczą na temat degradacji Bałtyku. Taka sytuacja trwa od wielu lat i budzi nasze podejrzenia, że ekolodzy nie chcą naruszać status quo. Być może decyduje o tym fakt, że dostają granty finansowe, które przyznaje Komisja Europejska – tłumaczy Grzegorz Szomborg, armator i członek Związku Rybaków Polskich.

Siedemdziesięciu gniewnych ludzi

Od kilku lat środowisko rybaków jest oburzone polityką Unii wobec polskiego rybołówstwa. Po awanturze sprzed kilku lat dotyczącej limitów połowów dorsza przyszła kolej na drobiazgowe kontrole, jakim poddawani są drobni armatorzy. Zdaniem rybaków w Polsce, jak w żadnym innym kraju UE, państwo z założenia traktuje ich jak kłusowników. Stąd nękanie kontrolami i wysokie kary, jakie nakładają inspektorzy rybaccy. Grzegorz Szomborg, prowadzący swoją firmę w Jastarni, przekonał się o tym kilka lat temu. Za 30 ryb, które zapisał jako trocie, kontrolerzy naliczyli mu karę w wysokości 300 tys. zł. Wszystko dlatego, że uznali złowione ryby za łososie, na które armator nie miał w tamtym momencie zezwolenia. – W podobnej sytuacji jak ja jest dzisiaj około 70 rybaków na Wybrzeżu. Kary, jakie nałożyło na nas państwo, to łącznie 11 mln złotych plus odsetki – wyjaśnia Grzegorz Szomborg. Pan Grzegorz pochodzi ze starej rybackiej rodziny. Tak jak wielu innych kolegów, których spotyka w porcie każdego ranka. Jego zdaniem obecna polityka unijna wobec polskiego rybołówstwa musi się zmienić. Bo prowadzi do katastrofy społecznej. – Nie może być tak, że na połowach zarabia tylko kilku czy kilkunastu wielkich armatorów. A unijny podatnik dopłaca do tego, że nasze kutry stoją w porcie. Przecież ludzie muszą z czegoś żyć, a kiedy pracują na morzu, to również dają zatrudnienie innym. Najwyższy czas, by ktoś się opamiętał i zamknął Bałtyk dla połowów przemysłowych – tłumaczy Szomborg. Na własnej skórze sprawdził też, jak pogorszyła się jakość bałtyckiego dorsza. – Kilka miesięcy temu, by wypełnić kwotę limitu na połów, ruszyłem na dorsza. Przyznam, że tak chudej ryby jeszcze nie widziałem. Tragedia. Byłem zadowolony, że udało mi się ją sprzedać do przetwórni. Ale wyobrażam sobie, że przedsiębiorcy nie mogą być z takiego surowca zadowoleni – opowiada armator z Jastarni. Zdaniem Jerzego Safadera problem może być jednak o wiele bardziej złożony, niż to przedstawiają rybacy. – Potrzebne są badania naukowe, by stwierdzić, co się stało z dorszem. Dlaczego ta ryba jest dzisiaj o wiele mniej agresywna i nie szuka pokarmu. W konsekwencji oczywiście do przetwórni trafia surowiec o wiele gorszy, w dodatku polscy rybacy nie odławiają co roku kilku tysięcy ton dorsza, które moglibyśmy od nich kupować. Radzimy sobie, kupując rybę od Duńczyków czy Szwedów. Ale to nie politycy czy urzędnicy w Warszawie czy Brukseli powinni się zająć „chudym dorszem", tylko naukowcy – twierdzi prezes Stowarzyszenia Przetwórców Ryb, który od ponad 20 lat prowadzi firmę rybną Stanpol w Słupsku.

Poprzednia
1 2

Wstępniak

Materiał Partnera

Polacy coraz częściej kupują online. Co ich przekonuje do tej formy zakupów?

Kupujemy na potęgę. Rynek dóbr konsumenckich rozwija się dynamicznie, a my – konsumenci – podążamy za najnowszymi trendami. Kupujemy nie tylko więcej, ale i korzystając ze znacznie...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Artur Osiecki

Brexit mobilizuje regiony

Województwa chcą przyspieszyć realizację nowych programów regionalnych zarówno ze względu na zbliżający się przegląd unijny, jak i potencjalne negatywne konsekwencje wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej

Adam Maciejewski

Polski kapitał na Kaukazie

Od 2014 r. w Armenii działa fabryka polskiej spółki Lubawa. Nawiązanie współpracy z rządem Armenii było możliwe dzięki promocji naszego przemysłu za granicą, wspieranej przez dotacje z UE