Najnowsza interwencja Uważam Rze

Po tamtej stronie rzeki

Grzegorz Benda

Od 18 lat na warszawskiej Pradze działa Stowarzyszenie Serduszko dla Dzieci

Zaprzyjaźniony muzyk Michał Zapała obdarował mnie kiedyś materiałem demo swej nowej płyty. Jej roboczy tytuł brzmiał „Wyrwali mi torbę na Stalowej". Stalowa. Jedna z ulic warszawskiej Pragi, dzielnicy przez lata omijanej przez mieszkańców z drugiej strony Wisły, a dziś chętnie odwiedzanej, rozwijającej się i wybieranej na miejsce stałego zamieszkania. Właśnie przy Stalowej spotkałem się z Jarosławem Adamczukiem i Adamem Nyckowskim – młodymi ludźmi, którzy związali kiedyś z Pragą swe zawodowe losy i działają w Stowarzyszeniu Serduszko dla Dzieci.

Ministrant animator

– Byłem ministrantem – wspomina Jarek Adamczuk – a potem animatorem, w szóstej klasie szkoły podstawowej. Ksiądz Olgierd Nasalski, który był opiekunem ministrantów na Stegnach w parafii Matki Bożej Miłosierdzia, zaproponował mi, żebym mu pomagał w prowadzeniu tej grupy, choć ani zbyt grzeczny, ani uczony nie byłem. Tak wybrał. A kiedy zmienił się ksiądz opiekun i opiekunem ministrantów został ksiądz Edward Tomczyk, to był już zbudowany cały system. Prowadziliśmy spotkania dla grup młodszych, ale także dla rówieśników i starszych. Po kilku latach doświadczeń sami zaczęliśmy organizować wyjazdy. Po maturze podjęłem studia na Wydziale Psychologii UW, ożeniłem się i zawiesiłem tę działalność. Ale kiedy byłem na drugim roku, zadzwonił ksiądz Edward z informacją, że został proboszczem na Pradze Północ i ma propozycję, by zorganizować dla tamtejszych dzieciaków wyjazd na Święta Wielkanocne. Dotąd miałem doświadczenia z ministrantami, a te dzieci pochodziły z nieznanego nam środowiska. Kiedy wraz z gronem przyjaciół wybrałem się na Pragę, przeżyłem szok. Była zima 1995 r., w bramach wystawali dziwni młodzi ludzie i strach było się tam poruszać, ale... pomysł się spodobał. Pojechaliśmy w góry, w okolice Jurgowa, z trzydziestką dzieciaków. Mieliśmy piękny widok na Tatry, a mimo że był kwiecień, nasypało tyle śniegu, że drążyliśmy w nim tunele. Kiedy wracaliśmy do Warszawy, dzieci rzuciły hasło, byśmy dalej się spotykali.

Poszli z tym pomysłem do księdza proboszcza, a on stwierdził, że tego się właśnie spodziewał i że ma już dla nich salę na takie spotkania. Pierwsze odbyło się 29 kwietnia 1995 r. Z trzydziestki, która była w górach, nie przyszła tylko jedna osoba, a na wakacje pojechali grupą już 50-osobową. Od początku opiekowali się nimi księża marianie. Niektórym parafiankom się to nie podobało, bo dzieci nie zawsze zachowywały się poprawnie, ale ksiądz Edward miał wizję, od której nie zamierzał odstąpić. A problemy były. Już na tym pierwszym wakacyjnym wyjeździe opiekunowie musieli spotkać się z policją, kiedy okazało się, że nocami dwaj ich wychowankowie okradali samochody. Dzięki przychylności policji skończyło się na przesłuchaniach, bo kradli inni, a obaj delikwenci jedynie stali na czatach. Grupa wróciła do domu w komplecie.

– Postanowiliśmy w gronie opiekunów (Mariusz, Marcin, Blanka i ja, potem dołączyli Wanda, Jacek i Adam) – kontynuuje Jarosław Adamczuk – zaproponować dzieciakom konkretny program. Pracowaliśmy jako wolontariusze. Chcieliśmy założyć fundację, ale pani sędzia doradziła nam, by założyć stowarzyszenie i w 1996 r. powstało Stowarzyszenie Serduszko dla Dzieci, osobna, autonomiczna organizacja, ale przy parafii, która udostępniała nam lokal na świetlicę, działaliśmy do 2007 r. W 1997 r. przenieśliśmy się „pod kościół" i zajmowaliśmy tam pomieszczenia o powierzchni blisko 200 mkw., a w jednej z sal, która miała 80 mkw. i mieściła się bezpośrednio pod ołtarzem... graliśmy w piłkę. Zaczęliśmy organizować kolonie, na które jeździło 200–300 dzieciaków z całej Warszawy, których rodzice za te wyjazdy płacili, i zabieraliśmy na nie także nasze dzieciaki z Pragi. Jako wychowawcy  pracowali studenci, którzy zaliczali praktyki i stąd rekrutowała się następna ekipa. W 2000 r., kiedy powstały gimnazja, doszliśmy do wniosku, że musimy mieć drugą świetlicę dla starszych dzieci. Na niewiele nas było stać, więc była to wynajęta od dzielnicy za niewielkie pieniądze suterena (przy Stalowej 18), ale... była. A skąd pieniądze? Przez 10 lat wydawaliśmy gazetkę parafialną i pisaliśmy projekty, czerpiąc fundusze ze środków publicznych, z darowizn i ze zbiórek parafialnych. Na wakacje, na paczki dla dzieciaków.

Poprzednia
1 2 3

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Piotr BOŻEJEWICZ

Może i koniec, ale nie świata

• TAKO RZECZE [P] •Skoro Obama nawet w części nie okazał się takim cudotwórcą, jak przepowiadali eksperci, to czemu Trump miałby być taki groźny, jak go malują ci sami ludzie?

Edyta Żyła

Doradzą i przeszkolą

Znaczna część unijnych pieniędzy trafia do doradców, którzy pomagają zakładać firmy lub je rozwijać. Przedsiębiorcy mogą więc liczyć na bezpłatne szkolenia, wsparcie doświadczonych mentorów albo pomoc w przygotowaniu strategii marketingowej