Najnowsza interwencja Uważam Rze

Cywilizacja

Nina, Pinta, Santa María

Agnieszka Niemojewska

Kolumb odkrył Amerykę. Wiemy to wszyscy. Ciekawe, czy gdyby znał konsekwencje tego czynu, pochwaliłby się nim w swoim CV?

W nocy z 11 na 12 października 1492 r. nastroje załóg flagowej karaki „Santa María" i obu karawel tworzących flotę admirała Cristóbala Colóna, znanego nam jako Krzysztof Kolumb, znacznie się poprawiły. Już wcześniej wypatrzono ptaki i wyłowiono patyki, a marynarze z pokładu „Nin~i" zauważyli unoszącą się na wodzie gałązkę z jagodami. Ale to na „Pincie" dwie godziny po północy rozległ się krzyk: „Tierra! Tierra!". Tegoż dnia admirał stanął na lądzie, któremu nadał nazwę San Salvador. Był przekonany, że to wschodnie wybrzeże Azji – szukał wszak zachodniego szlaku do Indii – i zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, czego właśnie dokonał. Tubylcy, zachwyceni przybyciem niespodziewanych gości, przywitali ich bardzo gościnnie. Z zadowoleniem przyjęli ofiarowane im podarunki: czerwone czapeczki i inne przedmioty małej wartości, które zalegały w ładowniach statków. Zrewanżowali się tytoniem. Nie wiedzieli wtedy, jak wysoką cenę przyjdzie im zapłacić za ten gest przyjaźni.

Dumny, ambitny i chciwy Genueńczyk w służbie Królestwa Hiszpanii był usatysfakcjonowany pierwszym sukcesem swojej ekspedycji, o której zorganizowanie zabiegał tak długo w Europie, czas jednak naglił. Misja nie została jeszcze ukończona: admirał dowodzący trzema niewielkimi statkami i niespełna setką ludzi nie wytyczył wciąż nowego połączenia handlowego z Indiami, nie rozniecił jeszcze w wystarczającym stopniu płomienia wiary chrześcijańskiej wśród gospodarzy wyspy i nie znalazł ciągle złota oraz innych dóbr pożądanych przez jego europejskich zwierzchników. Po kilku dniach popłynął więc dalej, na południe, na spotkanie kolejnych nieznanych ziem. Nie zdążył poznać ludu Taino, który przyjął go tak życzliwie, a który on sam, z uporem kierując się błędnym założeniem, ochrzcił mianem Indios, czyli Indianie, mieszkańcy Indii. Nie był świadom tego, że dotarł zupełnie gdzie indziej, do łańcucha wysp zaliczonych później do obszaru Ameryki Środkowej. Nie zainteresował go kierunek północny, gdzie niemal na wyciągnięcie ręki czekał na odkrywców kontynent północnoamerykański. Kolumb nigdy go nie zobaczył. Co więcej, Krzysztof Kolumb nie był najprawdopodobniej pierwszym Europejczykiem, który dotarł do brzegów Ameryki. Jeśli prawdę głosi „Saga Grenlandczyków", w pierwszej dekadzie XI stulecia wiking Leif Erikkson, syn Eryka Rudego, popłynął śladem wcześniejszych podróżników na zachód, odnalazł legendarny ląd, którego opis wskazuje na kontynent amerykański, i założył tam osadę. Utwór napisany w poetyce mitu można uznawać za niewiarygodne źródło, ale opowieść o Leifie Szczęśliwym znalazła potwierdzenie w badaniach archeologicznych prowadzonych przed kilkudziesięciu laty, Amerykanie zaś – przynajmniej niektórzy – uwierzyli w nią już wcześniej. Dość powiedzieć, że pierwszy amerykański pomnik Erikksona został odsłonięty w Bostonie w 1887 r., a bohater sagi doczekał się nawet swojego amerykańskiego święta.

Ale to właśnie Dzień Kolumba, obchodzony 12 października, jest ważnym świętem państwowym nie tylko w Stanach Zjednoczonych i nawet rozbudzona pamięć o Erikssonie nie mogła umniejszyć jego rangi. Bo krótka wizyta admirała u Tainów stała się jednym z tych impulsów, które dały początek erze nowożytnej.

Anno 1492

Skandynawski wojownik nie miał szans na zdetroniozowanie włoskiego odkrywcy, widownią ich działań były bowiem dwie zdecydowanie odmienne epoki w dziejach Starego Kontynentu. Był chrześcijaninem, jednak jego wyprawa nie znalazła żadnego oddźwięku w ówczesnej Europie. Było na to za wcześnie. Ład feudalny, oparty na przejrzystej hierarchii społecznej, utrwalony przez nadrzędność praw boskich i strukturę wzajemnych zależności, był w dużej mierze samowystarczalny. Konflikty miały na ogół charakter lokalny (choć zdarzały się znaczące wyjątki), tożsamość stanowa dominowała nad tożsamością etniczną – frapujący obraz tej izolacji warstw dał w kanonicznej już powieści „Imię róży" Umberto Eco. Rozładowaniu najpoważniejszych wewnętrznych napięć posłużyły w tej rzeczywistości krucjaty, angażujące właściwie tylko jedną warstwę, rycerstwo, prowadzone pod sztandarami wiary, nie państw, mające na celu odzyskanie i obronę Ziemi Świętej, a zatem przede wszystkim pokonanie innowierców, nie zaś podbój i ekspansję terytorialną i gospodarczą, nie były to w każdym razie ich oficjalne przyczyny. Brakowało powodów, środków do tego, by Europejczycy skierowali swój wzrok ku przestrzeniom leżącym daleko poza granicami ich ziemi macierzystej, wiedzy i świadomości.

Poprzednia
1 2 3 4 5 6 7 8 9

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy