Najnowsza interwencja Uważam Rze

Tu i teraz

Korowód celebrytów

Marcin Hałaś

Nasi politycy potraktują eurowybory jako okazję do „nawalanki” mającej przynieść doraźne efekty wyłącznie na krajowym podwórku. Warto przyjrzeć się tej „osobliwej menażerii”

Polska kampania przed majowymi wyborami do Parlamentu Europejskiego nie będzie miała nic wspólnego z dyskusją na temat Unii czy działań, jakie warto podjąć, aby zahamować przekształcanie się tej instytucji w biurokratycznego kolosa w kolorze czerwonym. Tak naprawdę warto emocjonować się tylko jednym aspektem tego wydarzenia: obserwowaniem „osobliwej menażerii”, którą chcą tam wysłać niemal wszystkie nasze partie polityczne. Gdybyśmy zaś zechcieli się zastanowić, na jaką listę powinien głosować aktywny, przedsiębiorczy Polak – możemy dojść do wniosku, że lepiej mu nie zdzierać zelówek i 25 maja pozostać w domu. No, chyba że te wybory zechce potraktować jako pierwsze w historii III RP wiarygodne badanie opinii publicznej.

Nazwiska, które już znamy

Większość partii zrobiła wszystko, żeby nawet najmniej lotnym publicystom dać okazję do błyskotliwego, zjadliwego komentarza. Począwszy od Platformy Obywatelskiej i deklaracji Tuska, że na listach partii rządzącej nie będzie „festiwalu celebrytów”. I rzeczywiście nie ma – poza Bogdanem Wentą, którego rynkową wartość reklamową docenił już Browar Żywiec oraz finansowa Uniqua. Poza Henryką Krzywonos, którą post factum próbowano wykreować na legendę „Solidarności”, a wykreowano na etatową bohaterkę reportaży w kobiecych pismach z nieco wyższej półki. Poza Jarosławem Wałęsą, którego całym posagiem politycznym pozostaje nazwisko.

Nie stawiając na celebrytów, Platforma Obywatelska próbuje wysłać do Brukseli całe grono dawnych ministrów, co przypomina niepraktykowany już dzisiaj zabieg wulkanizatorski – bieżnikowanie opon. Bieżnikowanie polityków polega na robieniu ze zużytego ministra całkiem nowego europosła. Na nowy polityczny bieżnik może więc liczyć „zdjęta” z resortu edukacji Krystyna Szumilas, wycofany z ministerstwa finansów Jacek Rostowski, który irytował już nawet partyjnych towarzyszy, a także do niedawna minister administracji i cyfryzacji Michał Boni. W tym przypadku sam zainteresowany niezbyt ukrywa, że chodzi tutaj nie tyle o politykę, co swoistą akcję „łączenia rodzin”. Nic dziwnego, że patrząc na listy Platformy Obywatelskiej do PE, można ukuć następujący witz: Tadeusz Zwiefka – nazwisko, Michał Boni – zwiewka do żony, cała reszta – zwiewka do bardziej stabilnego stanowiska. W sumie to nudne, więc aby coś iskrzyło – dodano Michała „Misia” Kamińskiego, co zresztą przypomina trochę akcję wciągania topielca na pokład Titanica. Chyba jednak nie mają racji ci, którzy twierdzą, że jest to sowite wynagrodzenie zdrajcy. Sprawa wygląda raczej na akt personalnej wojny psychologicznej wobec Jarosława Kaczyńskiego. Jednak Miś Kamiński przestał już być podmiotem polityki, stał się w niej ledwie przedmiotem. I to w dodatku cepem.

O ile Platforma Obywatelska stawia na byłych ministrów, o tyle na listach SLD roi się od byłych komunistów. Niby żadna nowość, wszak postpezetpeerowski beton to żelazny elektorat partii Millera, jednak wysyłanie do Parlamentu Europejskiego Longina Pastusiaka, Tadeusza Iwińskiego czy Janusza Zemka zakrawa na ponurą kpinę. Ci osobnicy przez długie lata działali w partii, która była jednym z trybików totalitarnej machiny pracującej nad tym, aby Europa pozostawała kontynentem dramatycznie i niesprawiedliwie podzielonym. I nie przeżyli bynajmniej iluminacji na wzór Szawła – jeśli z komunistów przemianowali się na socjaldemokratów, to tylko ze względów pragmatycznych, ot taka maskirowka. Ozdobienie tego grona Weroniką Marczuk, której jedyną zaletą jest to, że rozpracowywał ją agent CBA Tomasz Kaczmarek, świadczy, iż SLD postkomunistyczne resentymenty pragnie przypieczętować antypisowskim symbolem.

Rekordy egzotyki w typowaniu kandydatów pobił Ruch Palikota i właściwie można by się tym nie zajmować, gdyby nie fakt, że inicjatywę Palikota wspiera były prezydent RP Aleksander Kwaśniewski. W tym przypadku sprawdzają się słowa Leszka Millera, że polityka poznaje się po tym, jak kończy. A Kwaśniewski kończy na wekslowaniu kandydatów, których znakiem rozpoznawczym jest poddanie się chirurgiczno-farmakologicznym zabiegom, mającym zmienić fizyczne cechy płciowe (Anna Grodzka), nazwanie słowem wulgarnym papieża i zarazem głowy państwa watykańskiego (Ewa Wójciak), wojujący ateizm (Jan Hartman), czy wreszcie – przepraszam za wulgarne słowo – etatowe „obsrywanie” przeciwników politycznych (Kazimierz Kutz). Palikot wjeżdżający do Strasburga na starym Kutzu – cóż, jaki jeździec, taki wierzchowiec. Na dokładkę – Paweł Piskorski z całym bogactwem (w całej dwuznaczności tego słowa) swojej przeszłości.

Poprzednia
1 2 3

Wstępniak

Materiał Partnera

Polacy coraz częściej kupują online. Co ich przekonuje do tej formy zakupów?

Kupujemy na potęgę. Rynek dóbr konsumenckich rozwija się dynamicznie, a my – konsumenci – podążamy za najnowszymi trendami. Kupujemy nie tylko więcej, ale i korzystając ze znacznie...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Ewa Bednarz

Kredyt z plastiku

Tylko część banków decyduje się na wydawanie przedsiębiorcom kart kredytowych. Znacznie chętniej oferują im dużo kosztowniejsze karty obciążeniowe