Najnowsza interwencja Uważam Rze

Tu i teraz

Korowód celebrytów

Marcin Hałaś

Nasi politycy potraktują eurowybory jako okazję do „nawalanki” mającej przynieść doraźne efekty wyłącznie na krajowym podwórku. Warto przyjrzeć się tej „osobliwej menażerii”

Ponadpartyjna lista Euroreformatorów

Jasno z tego wynika, że partie, które za półtora roku po wyborach parlamentarnych mogą w Polsce jakoś poskładać koalicyjną większość (także w wypadku nominalnego zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości), skonstruowały swoje listy wyborcze do parlamentu europejskiego w taki sposób, jakby wykonywały rozgrzewkę przed polskimi wyborami parlamentarnymi 2015. To przedłużenie krajowych sporów i emocji – tak w warstwie personalnej, jak i wysyłanych w stronę elektoratów komunikatów. Oprócz kilku grubych frazesów – brakuje refleksji o tym, co w Parlamencie Europejskim osiągnąć chcemy. Jakby w wyborach do PE chodziło jedynie o nabicie punktów w krajowym rankingu. Na dodatek w kampanii pojawiają się kandydaci, którzy plotą o sprawach nijak mających się do kompetencji PE – jasno z tego wynika, że albo są nieukami, albo za nieuków uważają swoich wyborców.

Od takiego podejścia do sprawy nie pozostają wolni politycy partii opozycyjnych. Paradoksem jest, że jedyną merytoryczną propozycję podejścia do eurowyborów przedstawił bynajmniej nie pracujący dla partii politycznej think tank, lecz publicysta Rafał Ziemkiewicz, pisząc: „Pójdźcie, póki czas, po rozum po głowy, znajdźcie ludzi mających autorytet, wiedzę i kompetencje niezbędne do pracy w Europie, raczej nie z kręgu swych działaczy, ale nastawionych opozycyjnie ekspertów i autorytetów, i namówcie ich do kandydowania z jednej, niepartyjnej listy Euroreformatorów (mniejsza o nazwę, ale zwrócenie w niej uwagi na potrzebę reformy Wspólnoty wydaje mi się celniejsze, niż akceptowanie niechęci do Unii w obecnym kształcie czy sceptycyzmu co do integracji według scenariusza eurokratów)”. Niezwerbalizowanymi adresatami takiego dictum były partie Kaczyńskiego i Gowina, narodowcy oraz postpisowski plankton. Propozycji nikt jednak nie skomentował – nie pojawił się nawet cień chęci rozważenia takiej idei.

W powstałej sytuacji dla przeciętnego wyborcy przekaz pozostaje jeden – do Parlamentu Europejskiego kandydaci startują, aby wygrać z rywalami na krajowym podwórku. Ewentualnie – idą tam dla grubej kasy, dla zarobków pozwalających „ustawić się” do końca życia. Ten trop wykorzystał zresztą marketingowo Marek Migalski, pisząc: „Intencją urzędników PE jest, aby politycy jak najmniej angażowali się w prace Parlamentu. (...) Dlatego stworzono cały system »legalnej korupcji«, to znaczy takich zachęt i ułatwień, które skłaniają MEP-ów raczej do skorzystania z szeregu przywilejów i sposobów zarabiania, niźli do wtrącania się do procesów politycznych”.

Tak więc dla Platformy Obywatelskiej i Ruchu Palikota wybory europejskie mogą okazać się walką o niezłą pozycję startową w kraju lub też po prostu o przetrwanie. Natomiast dla prawicy może być to pierwsza prawdziwa okazja policzenia „siły szabel” i rzeczywistego poparcia. Jednego nie da się ukryć: wybory do parlamentu europejskiego są swoistym wyścigiem o mołojecką sławę i polityczną pietruszkę zarazem. Tak naprawdę od tego, czy PiS będzie miał 10 czy 25 eurodeputowanych – realnie nie zależy nic. Otwiera to przed wyborcami prawicy prawdziwą szansę głosowania na partię pierwszego wyboru, a nie na partię najsilniejszą w myśl wymuszonej przez idiotyczną proporcjonalną ordynację zasadę „nie zmarnuj głosu”. Któż nie miał kiedyś pokusy zagłosowania na Unię Polityki Realnej, ale nie uległ jej, gdyż według sondaży nie miała ona szansy na przekroczenie progu? Tym razem – z wyborców mogą wyjść prawdziwe preferencje, byłby to akt swoistej politycznej psychoanalizy. I, wbrew optymizmowi posłów Błaszczaka i Hofmana, Prawo i Sprawiedliwość może uzyskać nieco niższy od oczekiwanego wynik.

Niespodziewani beneficjenci

Kto ma szansę zostać beneficjantem takiej sytuacji? Po pierwsze – Ruch Narodowy; wciąż nieoszacowana pozostaje liczba wyborców, których do PiS zraziło bezkrytyczne popieranie Ukrainy przez liderów tego ugrupowania. Zrażeni mogą wywodzić się z dwóch grup. Po pierwsze tzw. środowisk kresowych, dla których bulwersujący był chociażby sposób pozbycia się z „Gazety Polskiej” ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. Po drugie – polscy hodowcy, plantatorzy i sadownicy, którzy odczują na własnych grzbietach (i we własnych portfelach) rosyjskie sankcje nałożone na Polskę z racji pohukiwania Tuska i Kaczyńskiego w obronie interesów pomajdanowej Ukrainy, niekoniecznie muszą „odpłynąć” w stronę PSL.

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Intermedia

• MYŚLI I SŁOWA • BEATA SZYDŁO

Hubert Kozieł

Czy Podesta zadławi się pizzą?

• SPISKOWA TEORIA WSZYSTKIEGO • Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych były wielkim zwycięstwem zwolenników spiskowej teorii dziejów. Potwierdziły bowiem wiele ich tez