Najnowsza interwencja Uważam Rze

Historia

Iluzja zwycięstwa

Leszek Pietrzak

25 lat temu Polacy po raz pierwszy w czasach PRL poszli do urn z nadzieją, że ich głos rzeczywiście może się przyczynić do budowy nowej Polski. Ich wiara została złamana, zanim wybory dobiegły końca

Dogrywka

18 czerwca 1989 r. nadszedł moment wyborczej dogrywki, jak określały to reżimowe media na swoich łamach. Przy czym w dogrywce tej, jak sugerowano, opozycja mogła grać „nieczysto”.  Druga tura głosowania była jedynie formalnością, pomimo tego, że w jej trakcie miano dokonać wyboru większości mandatów – 295 do Sejmu i 8 do Senatu. Frekwencja wyborcza z 62 proc. w pierwszej turze głosowania stopniała do zaledwie 25,5 proc. Były nawet okręgi, gdzie była jeszcze niższa – na przykład w podlubelskim Kraśniku do urn poszło zaledwie nieco ponad 14 proc. wszystkich uprawnionych do głosowania.

W gruncie rzeczy druga tura głosowania sprowadziła się do „bratobójczej” walki o mandaty do Sejmu, pomiędzy kandydatami obozu władzy. O obsadzenie 294 mandatów w 107 okręgach wyborczych walczyło 583 kandydatów. W pięciu wypadkach na listach wyborczych, zamiast dwóch kandydatów, znalazł się tylko jeden, co najczęściej było wynikiem wycofania się pozostałych kandydatów tuż przed drugą turą głosowania. Sytuacja taka była oczywiście sprzeczna z wydanymi przez PKW zaleceniami, jednak okręgowe komisje wyborcze tłumaczyły się później tym, że brak czasu nie pozwolił na wdrożenie tych zaleceń. W gronie kandydatów, którzy ze strony rządowej zdobyli mandaty w drugiej turze, znalazło się 205 osób wysuniętych przez organa naczelne ugrupowań strony koalicyjno-rządowej oraz 25 kandydatów wysuniętych przez organizacje społeczne. Wśród  pierwszej grupy  członkami PZPR było 118 osób, ZSL – 51, SD – 19, zaś członkami satelickich ugrupowań katolickich było 17 osób. W drugiej grupie, która oficjalnie miała być rekomendowana przez organizacje społeczne, do PZPR należało 18 osób,  ZSL – 5 osób i SD – 2 osoby. Ponadto miejsca w parlamencie udało się zdobyć dalszym 31 kandydatom obozu rządowego, którzy oficjalnie zostali zgłoszeni przez niezależne grupy wyborców. Wśród nich 19 było członkami PZPR, 9 – ZSL i 3 – SD.

Swoistym atutem kandydatów obozu władzy w drugiej turze wyborów była ich słaba rozpoznawalność przez wyborców, o dziwo przemawiająca na ich korzyść, w zestawieniu ze źle kojarzonymi konkurentami. Można przypuszczać, że zadziałał tutaj specyficzny mechanizm współzależności, sugerujący to, że im niżej jest usytuowany kandydat w strukturach partyjnych, tym niższy będzie stopień jego społecznej i politycznej demoralizacji. W rezultacie w wyniku drugiej tury głosowania mandaty zdobywali najczęściej niżsi funkcjonariusze aparatu PZPR, niemający wcześniej  na koncie żadnych osobistych „sukcesów” partyjnych.  W drugiej turze mandat poselski zdobył tylko jeden z ośmiu startujących w wyborach sekretarzy KC PZPR. Był nim Marian Orzechowski, będący jednocześnie członkiem Biura Politycznego. Oprócz niego z kierownictwa partii do Sejmu dostali się Iwona Lubowska i Zbigniew Sobotka. Przy czym cała trójka pojawiła się na listach wyborczych jako kandydaci dopiero po pierwszej turze głosowania, w ramach rozdysponowania mandatów z listy krajowej.

Druga tura wyborów odbyła się już w całkowicie innej atmosferze, niż głosowanie z 4 czerwca.  Politycznych emocji już nie było, bo polskie społeczeństwo stało nieco z boku głównego nurtu  wydarzeń w kraju, coraz bardziej nabierając przekonania, że „demokracja” i „wola ludu” to dwie odrębne sprawy. Zauważył to rządowy CBOS, który w swojej powyborczej analizie podkreślał jednoznacznie, że „druga tura wyborów była interesująca jedynie dla nielicznych”.

Świadectwo upadku

Rzadko w polskiej historii było tak, że Polacy szli do wyborów z ogromną nadzieją na zmianę sytuacji w kraju, w którym przyszło im żyć. Na pewno było tak 4 czerwca 1989 r. gdy ruszyli do lokali wyborczych, wierząc, że ich głos, tym razem nie zostanie zmarnowany, jak zazwyczaj bywało to w PRL. Szli do urn nieprzymuszeni przez nikogo, z własnej woli, zamierzając poprzeć kandydatów solidarnościowej opozycji, która dawała im wówczas jedyną realną nadzieję na zmianę. Głęboko w to wierzyli, pomimo tego, że głosowanie, w którym zamierzali wziąć udział, tak naprawdę miało być bardziej plebiscytem niż prawdziwie wolnymi wyborami. Jednak ich wiara została złamana, zanim jeszcze wybory dobiegły końca. Zmiana ordynacji wyborczej w trakcie trwania wyborów stanowiła nie tylko precedens prawny, nieznany w historii parlamentaryzmu, ale dla zwykłych wyborców była przede wszystkim zmianą reguł gry w jej trakcie, zwyczajnym „kantowaniem”. Dodatkowym elementem tego „kantowania” było to, że miało ono miejsce przy udziale opozycji i jej liderów, w tym przede wszystkim samego Lecha Wałęsy. Przeciwko  wyborczemu szwindlowi władzy nie zaprotestował również polski Kościół, który miał być bezstronnym i obiektywnym obserwatorem rodzącej się polskiej demokracji. W komunikacie z zebrania plenarnego Konferencji Episkopatu Polski, jakie miało miejsce  w dniach 17 – 18 czerwca 1989 r., nie znalazły się słowa dezaprobaty dla takiego działania władzy i przyzwolenia na nie ze strony liderów opozycji, a jedynie zalecenia zachowania umiaru, rozwagi i roztropności przez obydwie strony. Mirażowi rzekomego „wyborczego rozsądku” uległ po pierwszej turze wyborów również ambasador USA w Warszawie, John R. Davis, a także zachodnia opinia publiczna.

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Edyta Żyła

Doradzą i przeszkolą

Znaczna część unijnych pieniędzy trafia do doradców, którzy pomagają zakładać firmy lub je rozwijać. Przedsiębiorcy mogą więc liczyć na bezpłatne szkolenia, wsparcie doświadczonych mentorów albo pomoc w przygotowaniu strategii marketingowej

Piotr BOŻEJEWICZ

Może i koniec, ale nie świata

• TAKO RZECZE [P] •Skoro Obama nawet w części nie okazał się takim cudotwórcą, jak przepowiadali eksperci, to czemu Trump miałby być taki groźny, jak go malują ci sami ludzie?