Najnowsza interwencja Uważam Rze

Felietony

Brzydkie wyrazy

Waldemar Łysiak

Kiedy ja i naczelny redaktor „Uważam Rze”Paweł Lisicki spotkaliśmy się pierwszy raz (w saskokępskiej knajpie „Dom Polski”, bo w knajpie łatwo się Sarmatom o domu polskim rozmawia), by uzgodnić warunki współpracy — wyłuszczyłem, iż z mojej strony warunek główny to całkowita suwerenność pióra. Redaktor Lisicki odparł, że jest to dlań oczywiste, vulgo: że daje mi całkowicie wolną rękę, pod warunkiem, iż nie będę używał brzydkich wyrazów. Konkretnie: dwóch brzydkich wyrazów, obu na literę p. Jako człowiek zacofany sądziłem, że chodzi mu o dwa rynsztokowe kolokwializmy — o rzeczownik sławiący koronę niewieścich wdzięków i o czasownik traktujący równie dosadnie ulubiony sport wyczynowy (czy raczej ekstremalny) mężczyzn. Tymczasem chodziło o coś zupełnie innego — o dwa terminy synonimowe wobec homoseksualizmu.

Tamte dwa, o których myślałem wskutek przyrodzonej naiwności, są już dzisiaj normalnymi elementami gwary (nie tylko menelskiej), nikogo nie bulwersują. A przez te drugie dwa „Rzeczpospolita”Lisickiego ma obecnie ciężki proces sądowy, więc trudno się szefowi „Rzepy” dziwić. Terror „politycznej poprawności” stawia na głowie cały świat (nie tylko frazeologię), wymuszając respekt dla rzeczy, które bezkarnie brzydziły naszych ojców i dziadów. Bezkarność się kończy, i jeśli sądy nakażą normalnym ludziom wsadzić „mordę w kubeł”, czas będzie umierać, rzucając zboczonemu światu brzydki wyraz gen. Cambronne’a jako pożegnalne przekleństwo. Progejowski terror Salonu chce wyeliminować sferę dosłowności/dosadności, zastępując ją cywilizacją eufemizmów. Rzecz jasna: takie „cywilizowanie” zawsze można obejść grami słownymi (przenośniami, parabolami, ukrytymi znaczeniami), nic nie tracąc, często zyskując. Homoseksualizm Jarosława Iwaszkiewicza został wyszydzony przez Mariana Hemara finezyjną frazą, bez użycia żadnego wyrazu na p: „Amator pacyfizmu i młodzieży pilot. Od dziecka kocha młodzież. I zna ją. Na wylot”.

Niedawno ukazał się tom „Dzienników” Iwaszkiewicza z lirycznym opisem „chędożenia”przezeń w Wilnie młodego poety, Czesława Miłosza, którego talent rymotwórczy późniejszy szef ZLP poznał dzięki temu „na wylot”. Dla Salonu była to lektura nie mniej traumatyczna niż wcześniejsza lektura diariusza Stefana Kisielewskiego, chociaż „Kisiel”, w przeciwieństwie do Iwaszkiewicza, klął piórem niczym przysłowiowy szewc, darząc soczystymi epitetami m.in. „mniejszości seksualne”. Ja też czasami, wskutek przysłowiowej szewskiej pasji, używałem publicystycznie brzydkich wyrazów, co zawsze bardzo gniewało moją Mamę (dzisiaj Damę 96–letnią i dzięki Bogu wciąż samodzielną!), a moje główne usprawiedliwienie, gdy robiła mi wygawor —wers Jana Kochanowskiego —przestało skutecznie działać już za drugim czy trzecim razem. Ów wers —„Do Mikołaja Firleja”—brzmi: „Jeśliby w moich książkach co takiego było, Czego by się przed panną czytać nie godziło, Odpuść, mój Mikołaju, bo ma być stateczny Sam poeta; rym czasem ujdzie i wszeteczny”.

Wszeteczeństwa jednak — i to było kolejne moje alibi, gdy beształa mnie Mama — wykropkowywałem. Nie tylko ja, taki zwyczaj panował w rodzimym piśmiennictwie od dawna, a drobnym sygnałem postępu było dawanie pierwszej litery brzydkiego wyrazu (resztę liter zastępowały kropki). Wcześniej, przed stuleciem XX, wykropkowywano wszystkie litery, pierwszą też, exemplum warknięcie biskupa Ignacego Krasickiego à propos pytlującego wroga: „Póty dzban wodę nosi, aż się ucho urwie. Czytelnicy pozwolą, że odpowiem tej ......”.

Ileż razy odpowiadałem Salonowi, nie wkładając białych rękawiczek! Używałem zresztą — oprócz „mistrza z Czarnolasu” i kropek — jeszcze trzeciego alibi wobec gniewającej się Mamy: były nim wielkie figury, jakie ceniła. Chociażby Komendant Piłsudski, który miał język tak „niewyparzony”, że słuchać było hadko. Lub Mikołaj Rej, który w „Utworach rubasznych” dawał językowi kolokwialnemu (zwłaszcza „fizjologicznemu”) folgę bardzo solidną. Nie mówiąc już o Aleksandrze hrabim Fredro, którego obscena są krynicą rzeźniczych wprost wulgaryzmów. Gustaw Holoubek („ — Co za ch..!”) i Czesław Niemen („ — A na ch.. ci to?!”) używali synonimu penisa jak przecinka. Antoni Słonimski umiał mięsiście kląć przez trzy minuty bez przerwy, nie powtarzając ani jednego wyrazu! Wątpię czy jego wychowanek/pupil/sekretarz Adam Michnik umiałby choćby  przez minutę, nie powtarzając (z przerwami) ani jednego wyrazu, od pędzać malkontentów od swojego ukochanego jenerała. Ciekawa wszelako rzecz: tenże guru Salonu, którego winno się już zwać Adam Sądownik lub Adam Trybunalski, bo prawie nie ma miesiąca, by nie wytoczył komuś procesu o brzydkie (antymichnikowskie) wyrazy — nie wytacza nikomu procesów o brzydkie wyrazy uwierające jedną czy drugą „mniejszość seksualną”. Reakcjonistów, którzy szermują nie politpoprawną frazeologią typu „pedały”, „pederaści”, „sodomici” itp., Michnik, miast jurysdykcją, chłoszcze własnym organem (prasowym), zarzucając im oszołomstwo vel czarnosecinność niegodną nowoczesnego Polaka. Cholera, jak z tym żyć? (z tym piętnem nikczemnego gejobójcy) —strach spojrzeć w lustro bez wstrętu.

Poprzednia
1 2

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Piotr BOŻEJEWICZ

Może i koniec, ale nie świata

• TAKO RZECZE [P] •Skoro Obama nawet w części nie okazał się takim cudotwórcą, jak przepowiadali eksperci, to czemu Trump miałby być taki groźny, jak go malują ci sami ludzie?