Orderowa ścieżka zdrowia
Rozumiem tych wszystkich, którzy ze smutkiem wspominają, jak co kilka tygodni kolejni światli przedstawiciele elit urządzali śp. prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu „orderową ścieżkę zdrowia”. Schemat był zawsze ten sam. Najpierw uderzano zarzutem, że odznacza nie tych, co trzeba. A kiedy robił ukłon (zdarzało się to zaś dość często) w stronę środowisk od niego na co dzień odległych, ostrzał przechodził w kanonadę. Pociskami były huczne odmowy osób odznaczonych, informujących, że od „takiego prezydenta” żadnego orderu nie chcą. A jeśli już ktoś odznaczenie przyjął, to za jakiś czas mógł wystrzelić rakietę – z hukiem je oddać.
Staram się też zrozumieć tych, którzy pamiętając o tamtych wydarzeniach i nie zgadzając się głęboko z obecnym prezydentem, nie chcą od niego orderów. Zwłaszcza że niestety niektóre zachowania Bronisława Komorowskiego sprawiają wrażenie świadomego drażnienia politycznej mniejszości. Szczególnie w sferze (nie)pamięci o poprzedniku, który zginął w Smoleńsku.
Ale nie rozumiem tych, którzy z takiego obrotu spraw się cieszą. Bo przecież, jeżeli protestowaliśmy przeciw brutalnej agresji wobec prezydenta Kaczyńskiego, to nie dlatego, że był on bardziej „nasz”. I nie dlatego, że nie miał wad. Ale dlatego, że nie mogliśmy się zgodzić na tak prostacki styl polskiej debaty, na takie upartyjnienie stosunku do głowy państwa. Teraz też nie unikamy krytyki Bronisława Komorowskiego, surowo oceniamy na przykład cichą zgodę, jaką daje na gaszenie pamięci o poprzedniku.
Ale to wcale nie znaczy, że cieszymy się, kiedy ktoś rzuca mu w twarz order. Nie o to w tym wszystkim chodzi. Naprawdę.