Najnowsza interwencja Uważam Rze

Felietony

Umarł Narbutt

Waldemar Łysiak

Tydzień temu (w poniedziałek 30 maja) zmarł po długiej chorobie jeden z najpiękniejszych współczesnych Polaków - Jerzy Narbutt. Jeden spośród nielicznych już ludzi tzw. "dawnego autoramentu", czyli wyznających tradycyjne credo: "Bóg - Honor - Ojczyzna", będące dzisiaj dla wielu pustym dźwiękiem, śmiesznym bibelotem lub też parafiańskim "obciachem" w dobie, kiedy króluje postępowe "róbta co chceta", a źle wychowane gnoje mażą na murach: "patriotyzm to idiotyzm". Jesienią ukończyłby 86 lat.

Pochodził z rodu wielce zasłużonego dla ojczyzny (tak wojskowo, jak i kulturowo). Komuna go prześladowała - po II Wojnie ukrywał się aż przez pół dekady; ukrywał się również w jaruzelskim "stanie wojennym". Już kilka lat wcześniej (1975) objęto go całkowitym zakazem druku. Publikował więc w "podziemiu", bezdebitowo (był autorem m.in. słów oficjalnego hymny "Solidarności": "Solidarni, nasz jest ten dzień, a jutro jest nieznane..."). Po 1989 prześladował go wszechmocny "różowy" Salon.

Jako antysalonowiec dostąpił Narbutt zaszczytu bycia "wyklętym" - nie było wolno "mainstreamowym" (salonowym) mediom recenzować/komentować książek Narbutta, dostrzegać Narbutta. Nosił tę klątwę nie bez dumy, a jego przyjaciele czuli dumę z prawa do bliskości duchowej (ja to nazywam bliskością w hardości), do pokrewieństwa tożsamościowego (ideowego, historiozoficznego, metafizycznego). Sekundować Narbuttowi, Herbertowi, Łojkowi i paru jeszcze ludziom tego rycerskiego pokroju - to była tym większa rozkosz, im paskudniejsze były czasy, okoliczności tudzież płaskość mentalna wokoło. Karczemna lub lokajska, lub jedno i drugie razem.

Pisywaliśmy o sobie. Zwał mnie "królem Saskiej Kępy" i analizował niekiedy moje książki (np. "Malarstwo białego człowieka"), czy raczej ich wybrane fragmenty (np. kwestie Romantyzmu komentowane w w VIII tomie "MBC"), ja zaś oddawałem mu hołd piórem jako "jednemu z nielicznych prawdziwych intelektualistów polskich drugiej połowy XX stulecia" (po raz pierwszy wówczas, gdy fenomenalnie zdiagnozował "zahamowanie przez Napoleona destrukcyjnej jakobińskiej filozofii przejścia od cywilizacji jakościowej do ilościowej"). Przysłał mi swe książki z ciepłymi dedykacjami, a ja rewanżowałem się tym samym. Świetny powieściopisarz ("Ostatnia strona portretu"), świetny nowelista ("Benefis"), świetny eseista ("Dwa bunty"), i wreszcie świetny poeta ("Trochę wierszy"). W wierszu "Pomnik Powstania Warszawskiego" pisał:

"Zostanie po nas miasto gruzów

i barykada z naszych ciał,

zostanie po nas kpina głupców,

płacz matek i litania skarg,

i pozostanie niepodległa

miłość wolności - i ta jedna

urośnie w pomnik, w krzyk kamienny,

co zerwie naród, aby wstał

i by zrozumiał jaki cenny

był nasz rozumny szał"

Nie bez powodu cytuję właśnie te strofy, gdyż obaj z Narbuttem zaciekle - całymi latami - broniliśmy sensu ("rozumności") sarmackich Powstań Narodowowyzwoleńczych, sensu, którego imała się tyle razy "Kpina głupców". Lojalistów (m.in. "Stańczyków" galicyjskich XIX - wiecznych), potem endeków (antypiłsudczyków), później komuchów, dzisiaj zaś salonowców, neoendeków (np. krąg Janusza Korwin-Mikkego) i kryptoendeków (których jest bulwersująco dużo choćby wśród tzw. "prawicowych dziennikarzy"). Że "szaleńcze martyrologizowanie", "głupie liberum conspiro", "samobójcze jatki", "rzucanie się na stos", "wariacka bohaterszczyzna", er cetera. Wielokrotnie polemizowałem z tą negacją, argumentując, iż każde rodzime Powstanie było niezbędne, gdyż kultywowało (odgrzewało, regenerowało, umacniało) antyniewolniczą tożsamość narodową w czasie braku suwerenności - w ciemnej nocy zaborów. Każde z nich reaktywowało poczucie podmiotowości (a więc godności), bez którego tożsamość narodowa przestałaby istnieć. Gdyby nie seria tych buntów (to argument jeszcze bardziej pragmatyczny, bo kartograficzny) - zabrakłoby Polski na mapach wieku XX. Dzięki regularnym sarmackim insurekcjom, tzw. "sprawa polska" vel "kwestia polska" była - mimo braku państwowości polskiej - permanentnie obecna w europejskiej dyplomacji tudzież dyplomacji całego świata, nie schodziła z ust i umysłów, nasze rebelie nie zezwalały, by ją zapomniano. Właśnie dlatego stała się ona po II Wojnie Światowej primadonną wersalskich targów i ustaleń kartograficznych (map). Czołowy polski myśliciel XX stulecia, Jerzy Narbutt, słusznie pisał: "Naród, który nie posiada dostatecznej siły, by wywalczyć sobie wolność i zapewnić suwerenność państwową - musi jednak znaleźć w sobie dość siły, aby przynajmniej przypomnieć światu o swoim prawie do wolności. Taki był sens nieudanych powstań polskich XIX wieku" (2003). Sto kilkadziesiąt lat wcześniej Juliusz Słowacki pomyślał to samo i westchnął: "Niechaj nas przecie widzą - gdy konamy!". Zobaczyli i zapamiętali. Dzięki temu właśnie - dzięki Powstaniom jako rozrusznikowi pamięci świata - istniejemy!

Poprzednia
1 2

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Piotr BOŻEJEWICZ

Może i koniec, ale nie świata

• TAKO RZECZE [P] •Skoro Obama nawet w części nie okazał się takim cudotwórcą, jak przepowiadali eksperci, to czemu Trump miałby być taki groźny, jak go malują ci sami ludzie?