Najnowsza interwencja Uważam Rze

Cywilizacja

Hybrydy, klub studencki, Warszawa 1962 r. (ul. Mokotowska), piwnica jazzowa, gra trio Krzysztofa Komedy, fot. Janusz Sobolewski / FORUM

10 utworów, które odmieniły nasz jazz

Adam Ciesielski

Krzysztof Komeda skończyłby właśnie 80 lat. Zmarły 23 kwietnia 1969 r. w wyniku nieszczęśliwego wypadku pianista pozostaje wciąż żywą legendą jazzu i filmu, fascynując kolejne pokolenia. Wybraliśmy jego najlepsze kompozycje

W ciągu niespełna 38 lat życia zdążył napisać rewelacyjną muzykę do 65 filmów, w tym tak znanych jak „Nóż w wodzie”, „Matnia” i „Dziecko Rosemary” Polańskiego, „Niewinni czarodzieje” Wajdy, „Prawo i pięść” Hoffmana i Skórzewskiego, „Do widzenia, do jutra” Morgensterna, „Kotki” i „Głód” Carlsena, „The Riot” Kulika. Był najbardziej cenioną w Europie gwiazdą polskiego jazzu lat 50. i 60. XX w., w jego zespole do wielkiej kariery wystartowali m.in. Tomasz Stańko, Urszula Dudziak i Michał Urbaniak.



Jazz kontra medycyna


Krzysztof Trzciński (tak brzmiało faktycznie nazwisko artysty, Komeda to pseudonim, pod jakim występował) przyszedł na świat 27 kwietnia 1931 r. w Poznaniu. Od wczesnego dzieciństwa uczył się gry na fortepianie. Tę naukę kontynuował w Częstochowie, dokąd Trzcińskich rzuciła wojna. W Ostrowie Wielkopolskim, gdzie ojciec Krzysztofa został dyrektorem banku, naukę w liceum łączył z prywatnymi lekcjami muzyki. Oczywiście klasycznej. Muzyką synkopowaną zainteresował go Witold Kujawski, kilka lat starszy absolwent ostrowskiego liceum. Studiował w Krakowie, gdzie był towarzyszem jazzowych wtajemniczeń Jerzego Matuszkiewicza i Andrzeja Trzaskowskiego. Krzysztof szybko wsiąkł w krakowsko-łódzkie środowisko Melomanów.

Można by przypuszczać, że po maturze w Ostrowie pójdzie na studia muzyczne. Za radą matki wybrał jednak medycynę w Poznaniu. Łączenie studiów, potem praktyki lekarza z uprawianiem jazzu nie było proste.  Prof. Zakrzewski, słynny otolaryngolog, widział w Trzcińskim materiał na naukowca. Chcąc go po dyplomie – w najlepszej wierze – odciągnąć od jazzu dla medycyny – zaproponował mu  studia specjalistyczne w czeskiej Pradze. Oznaczałoby to rozbrat z jazzem, a tego Komeda, który już w 1956 r. był ze swym poznańskim sekstetem sensacją I Ogólnopolskiego Festiwalu Muzyki Jazzowej w Sopocie, stanowczo nie chciał.

Postanowił więc zrezygnować z pracy w klinice. Jak opowiadała mi kiedyś Zofia Komedowa, znana od lat 50. (jeszcze pod nazwiskiem Lach) menedżerka zespołów jazzowych, ówczesna narzeczona Krzysztofa, a od 1959 r. jego żona, artysta bardzo przeżył tę decyzję. Jednego dnia przeprowadził dwie trudne rozmowy: z profesorem i z rodzicami. – Wieczorem wyjechaliśmy pociągiem z Poznania do Krakowa, wyposażeni w zasznurowaną paczkę z kołdrą i pościelą, którą sama odebrałam od matki Krzysia – wspominała Zofia.

Polski rys


Komeda rzucił się w wir koncertowy, przy czym w przeciwieństwie do niektórych kolegów z kręgu Melomanów stawiał konsekwentnie na jazz nowoczesny. Jego pianistykę kojarzono z Budem Powellem, Billem Evansem, Theloniusem Monkiem. Z własnymi zespołami jeszcze od czasów poznańskich (obok utworów m.in. Johna Lewisa i Gerry’ego Mulligana) grywał autorskie kompozycje. Jego klimaty, łączące liryzm z humorem i groteską, postrzegano jako specyficznie polskie tropy. Międzynarodowe uznanie dała mu muzyka filmowa, do której tworzenia miał wyjątkowy talent.

Geniusz muzyki filmowej

Zaczęło się od poznania w 1957 r. Romana Polańskiego, studiującego w tej samej łódzkiej filmówce co  Jerzy „Duduś” Matuszkiewicz i Witold Sobociński z Melomanów. Polański marzył, by właśnie Komeda, podziwiany jazzman, napisał muzykę do „Dwóch ludzi z szafą”.

„Przyszedł w towarzystwie żony, Zofii, która cały ciężar rozmowy wzięła na siebie – wspominał reżyser w autobiografii »Roman«, wydanej w Polsce w 1989 r. – Sam Komeda, rudowłosy okularnik, lekko utykający – pozostałość po paraliżu dziecięcym – tylko siedział i słuchał. Z początku wydawało się, że go to nic nie obchodzi – był chłodny jak jego muzyka. Kiedy poznałem go bliżej, zdałem sobie sprawę, że jego rezerwa jest oznaką chorobliwej nieśmiałości, pancerzem, pod którym kryje się łagodność i niezwykła inteligencja”. Współpraca Polańskiego z Komedą okazała się niezwykle owocna. Nominacja do Oscara dla „Noża w wodzie”, sukcesy „Matni”, „Nieustraszonych pogromców wampirów”, „Dziecka Rosemary” zwróciły uwagę opinii publicznej nie tylko na reżysera i aktorów, ale też na twórcę intrygującej oprawy muzycznej. Za jego życia Polański jedynie raz skorzystał z usług innego kompozytora. Muzykę do „Wstrętu”  napisał Chico Hamilton.

Międzynarodowe produkcje Polańskiego w głównej mierze wyrobiły w połowie lat 60. XX w. renomę Komedy jako – zdaniem wielu – najbardziej poszukiwanego kompozytora filmowego w Europie, choć przyczyniły się do tego także głośne filmy innych polskich reżyserów – Wajdy, Skolimowskiego, Morgensterna. Na osobną wzmiankę zasługuje współpraca Komedy z duńskim reżyserem Henningiem Carlsenem, zaświadczona znakomitą oprawą m.in. do filmów „Kotki” (z tytułowym tematem „Kattorna”) i „Głód” według głośnej powieści noblisty Knuta Hamsuna.

Właśnie Skandynawowie (obok Niemca Joachima-Ernsta Berendta, znakomitego znawcy i popularyzatora jazzu) najwcześniej dostrzegli wybitny talent Komedy. W Kopenhadze i Sztokholmie Trzciński znacznie poszerzył krąg znajomości i inspiracji występującymi tam non stop gwiazdami amerykańskimi, doskonale rozumiał się też z  miejscowymi artystami. Szwedzkiemu poecie i krytykowi Svante’owi Foersterowi poświęcił kompozycję „Svantetic”, zaś nadwornym perkusistą Komedy był  fenomenalny Rune Carlson. Ten ostatni – chudy  dryblas z blond grzywką – potrafił z bębnów wyczarować cuda ekspresji. Pamiętam, że jeszcze jako uczeń, ale już fan jazzu, nie mogąc dostać się do starej Stodoły drzwiami, na występ zespołu Komedy z naszym ulubionym Szwedem wszedłem z kolegą przez wyjęte (a nie zbite) okno.

Z kolei dzięki duńskiemu trębaczowi Allanowi Botschinsky’emu, a raczej jego nieobecności, angaż do zespołu Komedy zawdzięcza Tomasz Stańko.

Jakby wzywał mnie sam Bóg

– Miałem wielki fart – opowiada artysta. – W 1963 r. przyjechałem na Jazz Jamboree tylko po to, by posłuchać, choć z Januszem Muniakiem, Jackiem Ostaszewskim i Adamem Makowiczem (wtedy jeszcze Matyszkowiczem) tworzyliśmy już w Krakowie zespół Jazz Darings. W kuluarach filharmonii powiedzieli mi, że szuka mnie Komeda. Dla mnie zabrzmiało to, jakby wzywał mnie sam Bóg. Myślałem, że to żarty, ale okazało się, że Komeda rzeczywiście szuka nagłego zastępstwa za swego duńskiego trębacza. Polecił mnie występujący u Komedy Michał Urbaniak. Wieczorem grałem już – z Komedą – pierwsze w mym życiu Jazz Jamboree. – Tego się nie zapomina. Mam bardzo ugruntowane poczucie własnej indywidualności i nie obawiam się żadnych zestawień, ale niewątpliwie wyrosłem z Komedy – dodaje Stańko.

Znakomity trębacz często nocował w warszawskim mieszkaniu Komedów. Z zespołem Krzysztofa koncertował i nagrywał do wyjazdu lidera do USA w 1968 r. Przed odlotem chodzili po żoliborskim parku i planowali przyszłe koncerty w Ameryce. Te plany pokrzyżował tragiczny wypadek, a potem przedwczesna śmierć Komedy.

Tragedia w Los Angeles

Krzysztof pojechał do Hollywood na zew Polańskiego. Zdążył zrobić muzykę do „Dziecka Rosemary” (kołysanka z tego obrazu, „Sleep Safe and Warm”, pozostaje  do dziś najbardziej znaną melodią Komedy) i do filmu Buzza Kulika „The Riot”. W grudniu 1968 r., wracając do domu w Los Angeles w towarzystwie Marka Hłaski, w niewyjaśnionych do końca okolicznościach upadł i zranił się w głowę. Według jednej z wersji pisarz miał niechcący popchnąć muzyka, który w wyniku tego spadł ze skarpy. Stan Komedy zrazu zdawał się nie budzić poważniejszych obaw, artysta jednak czuł się coraz gorzej. W szpitalu stwierdzono krwiaka mózgu. Nieprzytomnego męża Zofia Komedowa przewiozła z USA do kraju. Zmarł 23 kwietnia, cztery dni przed swymi 38. urodzinami,  w warszawskim szpitalu. Marek Hłasko przeżył go o niecałe dwa miesiące.

– Wiadomość o wypadku Krzysia w Los Angeles zastała mnie z mężem Michałem Urbaniakiem w Szwecji – wspomina Urszula Dudziak. – Bardzo nas przygnębiła, bo Komeda był dla nas nie tylko kolegą, ale i kimś znaczącym. U niego w Hybrydach debiutowałam w 1961 r., jeszcze jako gimnazjalistka. Początkowo mieszkałam nawet w domu jego i Zosi. Mimo niepokojących wieści nie spodziewaliśmy się najgorszego. Kolejny telefon z Warszawy przyniósł zawiadomienie o tragedii. Żyje jednak cudowna muzyka Komedy. Często sięgam do kołysanki z „Rosemary’s Baby”, chcę wrócić do ballady „Nie jest źle”, którą nagrałam ze słowami Agnieszki Osieckiej. Krzysztof  wyszedł z reżyserki, by mi pogratulować. Był bardzo ciepłym człowiekiem – mówi Urszula Dudziak.

Została muzyka

Dla ożywienia pamięci o Komedzie bardzo wiele zrobił Tomasz Stańko. W 1970 r. poświęcił mu  autorski album „Music for K.”. W 1997 r. wydał w ECM album „Litania” z utworami Komedy. Muzyka  Komedy zainspirowała Wojciecha Młynarskiego, który animował koncert i płytę „Śpiewnik Komedy”. Kompozycje Komedy chętnie grywają m.in. Adam Pierończyk i Włodek Pawlik, oraz syn tego ostatniego, Łukasz, ze swą  formacją Kattorna. Co roku kompozycje Krzysztofa Komedy pojawiają się na warszawskim festiwalu Niewinni Czarodzieje. Ta muzyka wciąż lśni pełnym blaskiem.

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy