Najnowsza interwencja Uważam Rze

Biznes

Kibicuję Radkowi Sikorskiemu

Eryk Mistewicz

Po raz pierwszy osoba publiczna przyjęła skuteczną strategię rozprawienia się z przemysłem pogardy w sieci

Wydawcy prasowi zarabiają dziś na portalach internetowych. Każdy „klik”, każde wejście na stronę generuje ruch przekładający się na ich zarobek. Niesamowity tytuł wiadomości, np. o ministrze, który „strzelił sobie wreszcie w łeb” (o tym, że daleko od Polski, dowiadujemy się dopiero, gdy wejdziemy w treść depeszy, co spowoduje kolejny „klik”), lub „kto jest kretynem w polskiej polityce”, daje gwarancję dużego ruchu na stronie. Lepszej ekspozycji towarzyszących wiadomościom reklam.

Nie jest ważne co, kto, po co i dlaczego. Ważne, aby było krzykliwie, ostro, aby przykuwało uwagę, generowało „kliki”.

Wydawcy prasowi, mimo że zarabiają na Internecie, najczęściej nie zgadzają się ponosić kosztów utrzymywania porządku w swoich zasobach.



Na użytkowników przenoszą odpowiedzialność za słowo, za wpisy, za dobre wychowanie i utrzymywanie kultury dyskusji. Tak deklarują w regulaminach. W rzeczywistości z pełną premedytacją prowadzą na swoich stronach hodowlę oszołomów.

Czasami zresztą trudno odróżnić redaktora od trolla, jak choćby wtedy, gdy bal w Wiedniu (gdzie wśród tysiąca osób bawił polski polityk z partnerką życiową i była tam też Ruby, przyjaciółka Berlusconiego) wykorzystują do uruchomienia fajerwerku „klików” tytułem: „X (tu nazwisko polskiego polityka) na imprezie z luksusową prostytutką”.

Oszołomy i trolle hodowane przez właścicieli portali stanowią bowiem ich największy kapitał. Bez ich obscenicznych wpisów nie mieliby pewności, że powstaną kolejne, jeszcze bardziej agresywne komentarze, a więc będą kolejne „kliki”.

Wyzywanie premiera od nierobów, a lidera głównej opozycyjnej partii od debili na nikim już nie robi wrażenia. Nie powoduje ruchu na portalu. Trzeba więc podkręcić dyskusję. Czy i gdzie jest granica? W wezwaniu do strzelenia sobie w łeb przez premiera? W zbieraniu na sznur dla lidera opozycji? W wezwaniu do linczu wobec „ministra Żydka”?

Nie, nie ma granicy, gdyż – jak znów twierdzą właściciele portali – nie ma technicznej możliwości opanowania tak wielu, idących już w setki tysięcy, wpisów. Nie jest to prawdą. Ale też nie jest naszym problemem, bowiem nie my czerpiemy korzyści z opisanego procederu.

Stworzenie miejsca w sieci, często pod marką znanej gazety, plucia i obrażania ludzi, hodowli internetowych trolli, wzmacniania agresji w celu podkręcenia ruchu – ruchu sprzedawanego reklamodawcom – to dziś najprostszy z biznesów medialnych.

Minister Radek Sikorski jest pierwszą osobą publiczną, która przyjęła skuteczną, moim zdaniem, taktykę wobec wydawców portali prasowych. Podał do sądu wydawców „Faktu” i „Pulsu Biznesu” za wpisy internetowe na ich forach. Szykuje pozwy wobec następnych.

W odróżnieniu od wcześniejszego powództwa wytaczanego przez osoby publiczne twórcom wpisów nie wejdzie w ślepą uliczkę ustalania ich numerów IP (pozwalających na identyfikację), długotrwałego ścigania autorów, słusznie uznając, że walka z internautami nie jest jego celem.

Odpowiedzialni za treści publikowane na portalach są przecież ci, którzy czerpią z nich korzyść. To wydawcy, zarządzając przestrzenią w sieci i zarabiając na niej, powinni stworzyć w swoich serwisach warunki poszanowania praw innych, nie mówiąc o zasadach współżycia społecznego i najzwyklejszej, choć trudnej do skodyfikowania, kultury. Dokładnie tak, jak dochowują wielkiej staranności w eksponowaniu reklam.

Sikorski może przejść do historii jako ten, który walcząc o honor swój i swoich najbliższych, naruszany na skalę masową na forach i portalach gazet, mając świadomość, jaką wartością jest dla niego wizerunek, ucywilizuje polski Internet.

Wizerunek jest dziś wartością zarówno w przypadku polityka, przedsiębiorcy, nauczyciela, sportowca, dziennikarza, prawnika, lekarza, jak i osoby dopiero wchodzącej na rynek pracy, która już doświadcza zmasowanej akcji dyfamacyjnej w Internecie.

Najnowszy raport Cross-Tab pokazuje, że 89 proc. headhunterów przed spotkaniem z kandydatem surfuje po sieci, zbierając informacje na jego temat. E-reputacja, wizerunek osoby publicznej w sieci, jest tematem coraz częściej dyskutowanym podczas spotkań ekspertów PR i Personal Brandingu. Prawo w innych krajach broni dziś obywateli narażonych na oszczerstwa i zniesławienia, wymusza odpowiedzialność właścicieli sieciowej przestrzeni. Podobne działania w Polsce zależą od tego, czy znajdzie się pierwszy, który z determinacją powie: dość.

Znalazł się, dlatego warto jemu i jego walce, dla dobra wszystkich, kibicować.

Poprzednia
1 2

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Anna Czyżewska

O wynagrodzeniu bez tabu

Zdecydowana większość pracowników uznaje, że rozmowę o podwyżce powinien zainicjować szef. Polacy nie są mistrzami negocjacji. Strategia biznesowej polemiki to wizytówka przedsiębiorcy

Piotr BOŻEJEWICZ

Może i koniec, ale nie świata

• TAKO RZECZE [P] •Skoro Obama nawet w części nie okazał się takim cudotwórcą, jak przepowiadali eksperci, to czemu Trump miałby być taki groźny, jak go malują ci sami ludzie?