Najnowsza interwencja Uważam Rze

Tu i teraz

Warszawa 1963 r. Waldemar Baszanowski - rwanie. Hala Gwardii. Fot Jan Rozmarynowski / FORUM

Złote ręce, złote serce

Janusz Pindera

Odszedł Waldemar Baszanowski, sportowiec niezwykły. Tacy, jak on, rodzą się raz na sto lat

Znałem go pół wieku – wspomina przyjaciel sztangisty Norbert Ozimek, mistrz świata i wicemistrz olimpijski w podnoszeniu ciężarów. – Kiedy w 1961 r. trafiłem do popularnego Hadesu w podziemiach warszawskiej AWF, on miał już za sobą start w igrzyskach w Rzymie (1960), gdzie wywalczył piąte miejsce. Czwarty był wtedy Marian Zieliński. Trenowaliśmy na jednym pomoście we trzech. Waldek, Marek Gołąb i ja. Waldek miał taką starą radziecką sztangę. Nazywaliśmy ją „leningradką”, pozostawili ją przed laty Rosjanie. Pewnego dnia złamała się ze starości.



Ozimek nie ukrywa, że od początku był wpatrzony jak w obraz w starszego o dziesięć lat kolegę. – Waldek był niezwykły na pomoście i poza nim. Wspaniały sportowiec, a przy tym normalny człowiek, dobry kolega. Mogę coś o tym powiedzieć, bo na wszystkich zgrupowaniach i wielkich imprezach mieszkaliśmy razem. Ileż my nocy przegadaliśmy. Jedna z nich była wyjątkowa i dramatyczna. To był lipiec 1969 r., przygotowania do mistrzostw świata i Europy w Warszawie. Waldek przyjechał wraz z synem Markiem na zgrupowanie kadry do Zakopanego zaraz po pogrzebie swojej pierwszej żony Anity. Tak się złożyło, że nie było wolnego pokoju i tą jedną noc spaliśmy w trójkę. Był jak ze stali, choć w jednej chwili zawaliło mu się życie. Nic nie mogło go złamać – wspomina Ozimek.

– Waldek był wyjątkowy na każdym polu. Nigdy nie widziałem go z kieliszkiem w ręku. Nie palił, nie balował. Z nikim się nie kłócił. Prawdziwy sportowiec i człowiek sukcesu. Nie znam innego polskiego mistrza, który po zakończeniu kariery zostałby prezydentem europejskiej federacji i członkiem światowych władz. A Waldek był – mówi Jerzy Kulej, dwukrotny mistrz olimpijski w boksie, który jak Baszanowski wygrywał w Tokio i Meksyku.

Był jednym z największych siłaczy w historii tej dyscypliny. Według fachowego pisma „World Weightlifting” z 1997 r. trzecim, najlepszym sztangistą wszech czasów, za legendarnym Turkiem Naimem Suleymanoglu i Węgrem Imre Foeldim. Lista jego osiągnięć faktycznie jest imponująca. Dwa złote medale igrzysk olimpijskich, pięć tytułów mistrza świata i sześć zwycięstw w mistrzostwach Europy robią wrażenie na każdym, tak samo jak worek srebrnych medali i 24 rekordy świata, które ustanowił. Startował w kategorii lekkiej (67,5 kg), tylko raz na wielkiej imprezie zdecydował się wystąpić w wadze średniej (75 kg). To były mistrzostwa świata w Berlinie w 1966 r. Zdobył wtedy srebrny medal, podrzucił 175 kg, najwięcej w karierze.

Sukces w Tokio


Pytany, który z medali jest dla niego najcenniejszy, powiedział kiedyś, że olimpijskie złoto z Tokio (1964). Losy zwycięstwa ważyły się wtedy do ostatniej chwili, a walczyli o nie trzej mistrzowie świata: on, Marian Zieliński oraz Władimir Kapłunow ze Związku Radzieckiego. Wygrał mniejszą wagą ciała, z takim samym rezultatem jak Kapłunow. Ale walka o złoty medal trwała do ostatniego podejścia. Tak o niej opowiadał: „W wyciskaniu zaliczyłem trzy podejścia. Skończyłem na 132,5 kg. Ale moi najgroźniejsi rywale, Kapłunow i Marian Zieliński, podnieśli po 140 kg. Mieli 7,5 kg przewagi. Odrobiłem to w rwaniu. Znowu trzy podejścia, rekord świata (135 kg), bez błędu, bez pudła. Przed podrzutem byłem pierwszy, Kapłunow przegrywał ze mną, bo był o 300 gramów cięższy. W podrzucie zaczynamy obaj od 160 kg. W drugiej próbie Kapłunow podrzuca 165 kg, ja nie zaliczam i on wychodzi na prowadzenie. Zostało nam po jednym podejściu. Muszę podrzucić te piekielne 165 kg. Ale jeśli on podrzuci 167,5 kg, będzie miał złoty medal. Na widowni przewodniczący PKOl Włodzimierz Reczek, jest też prezydent MKOl Amerykanin Avery Brundage. Ciągle się zastanawiam, co robić. Wreszcie podejmuję decyzję – proszę o 165 kg. Podrzucam! I czekam, co na to Kapłunow i Zieliński. Ten pierwszy nawet nie zarzucił sztangi (167,5 kg) na klatkę piersiową. Podchodzi Zieliński i próbuje podrzucić 170 kg. Powoli wstaje, można zwariować, patrząc na to z boku. Ale nie da rady. Sztanga z hukiem spada na pomost. Mam złoty medal, jestem mistrzem z wynikiem 432,5 kg w trójboju, bijąc rekord olimpijski o 25 kg”.

Cztery lata później w Meksyku nikt nie miał szans pokonać Polaka, więc ekipa ZSRR nie wystawiła w tej wadze swojego zawodnika. Baszanowski wygrał wynikiem 437,5 kg, wyprzedzając srebrnego medalistę Irańczyka Parviza Jalayera o 15 kg.

Klęska w Monachium

W Monachium (1972) miał być trzeci złoty medal, co na owe czasy byłoby wyczynem bez precedensu. Dopiero po latach dokonali tego Turek Naim Suleymanoglu i dwaj greccy siłacze, Akakios Kakashvilis oraz Pyrros Dimas. Ale chorąży polskiej ekipy zajął czwarte miejsce, najgorsze z możliwych, wyprzedził go kolega z  drużyny Zbigniew Kaczmarek, który zdobył brązowy medal. – Już po wyciskaniu wiedziałem, że to nie jest jego dzień – wspomina Ozimek. – Nie czuł się najlepiej, nagle odezwały się różne stare przypadłości. Wygrał Rosjanin przed Bułgarem, a my nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Dopiero Władek Komar wytłumaczył nam, o co chodzi, co to jest doping, sterydy. Dla nas brzmiało to jak bajka z innego świata – opowiada Ozimek, który w Monachium zdobył srebro w wadze do 82,5 kg.

28 lat później na igrzyskach w Sydney (2000) Baszanowski, prezydent Europejskiej Federacji Podnoszenia Ciężarów (EWF) i członek światowych władz (IWF) tak skomentował nieudany występ słynnego Naima Suleymanoglu, który chciał zdobyć czwarty złoty medal. – Zrobił ten sam błąd, jaki ja popełniłem w Monachium. Niepotrzebnie wystartował. Nie dopuszczał do swojej świadomości, że jego czas już minął.

Życiowe tragedie

Na pomoście Baszanowski był człowiekiem sukcesu, ale w jego życiu osobistym nie brakowało tragedii i dramatów. „10 lipca 1969 r. w miejscowości Zabostów mały samochód prowadzony przez Baszanowskiego wpadł w poślizg i przewrócił się do rowu. Żona dwukrotnego mistrza olimpijskiego Anita zginęła na miejscu. Jego wraz z sześcioletnim synem Markiem przewieziono do szpitala powiatowego w Łowiczu”. Ta krótka informacja agencyjna wstrząsnęła wtedy Polską. – Jechali ze Szczecina moskwiczem 412. Nie można wykluczyć, że Waldek wtedy przysnął i stało się. Te samochody nie miały pasów. Anita wypadła przez drzwi, które otworzyły się, gdy wpadli do rowu, i zginęła na miejscu – mówi Ozimek.

Dziesięć tygodni później na warszawskim Torwarze Baszanowski pobił pięć rekordów świata, wygrał niezagrożony, a zachwycona publiczność zniosła go z pomostu na rękach. – To był cały Waldek. Nieprawdopodobnie ambitny, nieludzko twardy (kilkanaście lat później straci drugą żonę Marię, która umrze na raka piersi) i fenomenalnie utalentowany. A przy tym miał złote ręce i złote serce. W akademiku potrafił naprawić wszystko, sam składał tranzystorowe radia – wspomina Zygmunt Smalcerz, ostatni polski mistrz olimpijski, który teraz w Colorado Springs uczy podnosić ciężary Amerykanów. – Na zgrupowaniach pojawiał się zawsze z ciężką walizką, w której miał swój sprzęt. Pod pachą dres i treningowe buty, a w ręku ta walizka. Było tam wszystko, co jest potrzebne do majsterkowania. Takim go zapamiętam – dodaje Ozimek.

Rok 1976. 19 marca, kolejny trening na Bielanach. Baszanowski prowadzi zajęcia. Jest już pracownikiem naukowym AWF. Wśród trenujących mistrz świata juniorów kategorii superciężkiej z Marsylii Robert Skolimowski, po latach ojciec Kamili, mistrzyni olimpijskiej z Sydney (2000) w rzucie młotem. Baszanowski pokazuje, jak należy wykonać prawidłowo rwanie, podrzut. W pewnym momencie staje na jednej nodze, robi przysiad z ciężką sztangą nad głową. To musi robić wrażenie na każdym. Robert Skolimowski ciepło go wspomina: – Znał się na tym, co robił, potrafił to przekazać. I zawsze mi powtarzał: im będziesz większym mistrzem, tym bardziej musisz być skromny. On taki był.

Po treningu poprosiłem Waldemara Baszanowskiego o wywiad dla studenckiego Radia Centrum w Lublinie, gdzie stawiałem pierwsze dziennikarskie kroki. Mógł odmówić, ale zgodził się od razu i rozmawialiśmy długo. Taki był zawsze, życzliwy i uśmiechnięty. Denerwował się tylko wtedy, gdy zaczynał mówić o dopingu. Walczył z nielegalnym wspomaganiem, jak tylko mógł, zdecydowanie, bez pobłażania.

Był synem przedwojennego podoficera artylerii Jana Baszanowskiego, miłośnikiem koni i motocykli. Urodził się w Grudziądzu, ale w latach 50. mieszkał w Kwidzynie.

Zaczął dźwigać na rozkaz

Za sztangę, zupełnie przypadkowo, chwycił podczas odbywania służby wojskowej w latach 1955 – 1957. – Można powiedzieć, że zacząłem dźwigać na rozkaz. Wydał go porucznik Igor Wojtowicz, oficer Drezdeńskiej Dywizji z Koszalina, absolwent AWF – wspominał Baszanowski. – W pierwszej spartakiadzie dywizyjnej brałem udział w konkursie gimnastycznym, ale później były ciężary i okazało się, że moja kompania nie ma nikogo w wadze lekkiej. Porucznik kazał mi wykonać podejście. Wygrałem, a w rwaniu miałem najlepszy rezultat ze wszystkich kategorii. Rok później był już w kadrze narodowej. W 1961 r. został mistrzem świata. Pytany, jak to robi, odpowiadał z uśmiechem: widać mam do tego smykałkę. Nieżyjący już, niezapomniany prezes PZPC Janusz Przedpełski, nie miał jednak wątpliwości, że Baszanowski, to zjawisko wyjątkowe. – Tacy jak on rodzą się raz na sto lat. I długo nie będzie takiego jak Waldek – mówił przed laty.

Złamany kręgosłup

Dwa i pół roku temu Waldemar Baszanowski miał wypadek. Na swojej działce pod Warszawą spadł z drzewa. Wszedł na drabinę, by podciąć gałąź, pośliznął się i poleciał na głowę. Złamany kręgosłup, przerwany rdzeń kręgowy. Kolejne operacje nie przynosiły rezultatu. Wiedział, że jest skazany na wózek inwalidzki, że nigdy nie odzyska sprawności.

– Porażenie było bardzo poważne. Ruszał tylko rękami i głową. Większość czasu spędzał w pozycji leżącej – mówi Zygmunt Wasiela, prezes Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów.

– Ale ręce miał silne jak za dawnych czasów. Czasami, jak go odwiedzałem w szpitalu, siłowaliśmy się – mówi jego młodszy kolega Zygmunt Smalcerz.

Mistrz odciął się jednak od ludzi, nie chciał pokazywać się na wózku, cierpiał w otoczeniu najbliższych i swojej trzeciej żony Teresy. – Nie chciał nikogo widzieć, próbowałem go odwiedzić, ale był niezłomny w swoim przekonaniu. Zdecydował, że nie będzie obnosił się ze swoją słabością i był w tym konsekwentny – mówi Ozimek. – Zawsze był pedantem, takie wizyty to był dla niego dyskomfort – mówi Wasiela.

Jednym z tych, którzy widzieli Baszanowskiego po wypadku, był jego wielki rywal Zbigniew Kaczmarek. – To było chyba dwa lata temu. Zbyszek przyjechał z Niemiec, gdzie mieszka, i odwiedził Waldka w szpitalu w Konstancinie. Później opowiadał, jak Waldek żartował, mówiąc do niego: „Teraz mogę ci oddać wszystkie moje buty, nie są mi już potrzebne”. Mieli ten sam numer buta, startowali w tej samej kategorii, obaj byli mistrzami sztangi i bardzo się lubili – opowiada Ozimek.

Waldemar Baszanowski zmarł 29 kwietnia. Miał 75 lat.

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Andrzej Sadowski

Wolność tak, ułatwienia nie

• RAZ POD WOZEM, RAZ POD WOZEM • Dopóki rządzący w Polsce będą mówić o ułatwieniach i ulgach dla przedsiębiorców, a nie o przywróceniu wolności gospodarczej, dopóty nie wybijemy się na ekonomiczną niepodległość