Najnowsza interwencja Uważam Rze

Tu i teraz

STEFAN BRATKOWSKI FOT: KAMIL/FOTORZEPA

Myśli postępowego Polaka

Łukasz Adamski

Trudno zrozumieć, jak rozsądny człowiek, za jakiego zawsze uchodził  Stefan Bratkowski, dał się wciągnąć w machinę irracjonalnego i niepoważnego straszenia Jarosławem Kaczyńskim

W 2004 r. Maciej Rybiński napisał, że Stefan Bratkowski „mozolnie (…) konstruuje swój fundament dla nowej Polski z najlepszych doświadczeń i rodzimych, i obcych. Obywa się przy tym bez nowoczesnych dychotomii – lewica i prawica, postęp i wstecznictwo, sprawiedliwość i oziębłość społeczna – natomiast wraca do rozróżnień podstawowych, o których w wirze politycznych przepychanek krótkoterminowych zapominamy, do pojęć takich jak: dobro i zło, pożytek i szkoda, przyzwoitość i hańba”.  

Siedem lat później Stefan Bratkowski porównał Prawo i Sprawiedliwość do partii faszystowskiej, a Jarosława Kaczyńskiego do Mussoliniego i Hitlera.



Donald Tusk komunistą?

Trudno jest zrozumieć, jak rozsądny człowiek, za jakiego zawsze uchodził Stefan Bratkowski, dał się wciągnąć w machinę irracjonalnego budowania strachu przed prezesem Prawa i Sprawiedliwości. Przed Jarosławem Kaczyńskim, który przez tych samych ludzi jest uważany za przegranego człowieka, spadającego ze swoją partią w przepaść, i jednocześnie głównego demiurga polskiej polityki, Sarumana, który z armią orków z pochodniami zamierza zabrać nam wolność i wprowadzić faszystowską dyktaturę.

Najsmutniejsze jest to, że egzaltowany język, który do tej pory był zarezerwowany dla bulterierów partyjnych albo niepoważnych publicystów, został przyjęty przez takich ludzi jak prof. Władysław Bartoszewski czy właśnie Stefan Bratkowski. O ile temu pierwszemu tylko co jakiś czas „wyrywają” się porównania wyborców PiS do bydła, o tyle drugi w ostatnich tygodniach z pietyzmem promuje tezę, że PiS jest faszyzującą partią i robi to z większym zaangażowaniem niż Niesiołowski z Palikotem, gdyby pojawili się razem w programie Wojewódzkiego.

Bratkowski widzi analogię w przemówieniach Kaczyńskiego na Krakowskim Przedmieściu do tego, co robili sami narodowi socjaliści. „Tych analogii zresztą można by od ręki przytoczyć więcej – jak np. przebóstwienie rzekomej ofiary przeciwników; nic tylko czekać, jak zabrzmi nasz polski odpowiednik »Horst-Wessel-Lied«. Bezkrwawą wersję nocy długich noży już obserwowaliśmy – wódz pozbył się swoich najwierniejszych ludzi, ale o zasadniczych wadach, czyli wyższej inteligencji, nieco większej wiedzy i kultury.

Syntetyczny przegląd nie pozostawia złudzeń: faszystowski ustrój partii, skupiający całą władzę w ręku wodza, słynne hitlerowskie »fakelzugi« – marsze z pochodniami, powoływanie się na nauczyciela hitlerowców, Carla Schmitta, z jego ideą polityki opartej na podtrzymywaniu ciągłego konfliktu, instalacja CBA (tak w oryginale – przyp. red.), czego opis, niemal dosłowny, z 1933 r. można znaleźć u Antoniego Sobańskiego w »Cywilu w Berlinie«, opcja na rzecz centralizacji władzy przeciw samorządności, nacjonalizm zamiast patriotyzmu, haniebna operacja »Romeo«, demonstracyjne akty przemocy, program politycznej kontroli mózgów i projektów poprzez najwyższe Centrum… Może tego bronić ktoś, kto chce właśnie poddać się nowemu tyranowi” – pisze honorowy prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich na portalu Studio Opinii.

Nie wiem, czy warto polemizować z takim porównaniem. W identyczny sposób można potraktować każdą lewicową partię trzymającą na pochodzie pierwszomajowym czerwone emblematy. Zresztą skoro ludzie noszący biało-czerwone flagi i krzyczący o tym, że czują się zdradzeni, są faszystami, to jak nazwać młodych studentów w koszulkach z Che i Mao, którzy domagają się obalenia kapitalizmu? Skoro powołanie się na Carla Schmitta ma znamiona nazistowskie, to czym jest wydawanie dzieł zbrodniarza Lenina przez dofinansowywaną przez Ministerstwo Kultury „Krytykę Polityczną”? Czy to znaczy, że Donald Tusk jest ukrytym komunistą? Na te pytanie Bratkowski nie odpowiada.

Wojna domowa

Polemika z takimi tezami byłaby zresztą bezcelowa, bo nobilitowałaby je bez potrzeby. Jednak gdy takie słowa padają z ust autorytetu dziennikarskiego i człowieka walczącego niegdyś o naszą wolność, to przestają one być ślepakami i istnieje groźba, że zamienią się w ostrą amunicję, z czym już mieliśmy do czynienia w Łodzi. Niedawno Piotr Gabryel przypomniał w „Rzeczpospolitej”, jacy politycy byli już w III RP nazywani faszystami przez środowiska opiniotwórcze. Na takie miano zasługiwali politycy ZChN (ze Stefanem Niesiołowskim na czele), Lech Wałęsa, gdy nie był potrzebny w walce z lustracją czy w końcu Roman Giertych, który dziś jest zapraszany do telewizji jako przyjaciel Radosława Sikorskiego i autorytet od „totalitaryzmu” Kaczyńskiego. Można powiedzieć, że to właśnie środowisko skupione wokół „Gazety Wyborczej” decydowało w latach 90., kto jest faszystą.

Wiele się nie zmieniło. Adam Michnik niedawno znów napisał dokładnie ten sam esej, którego tezy powtarza od początku III RP, i zasugerował we „Wprost” mniej więcej to samo, co powtarza z lubością Bratkowski, który jednak rozwinął „myśl postępowego Polaka”. „Teraz wódz wyłożył za to program nie tylko obalenia legalnych władz państwa, których nie uznaje. Wyłożył program obalenia ustroju naszej demokracji. Nie ma chyba co do tego najmniejszych wątpliwości.

»Raport o stanie państwa« przewiduje utworzenie centralnego ośrodka władzy politycznej w kraju, dokładnie wedle ideałów Benita Mussoliniego i Adolfa Hitlera. Nawet myśl polityczna ma być scentralizowana” – pisze publicysta. Bratkowski idzie jednak dalej niż jego koledzy, którzy straszyli możliwością dojścia do władzy ludzi niedojrzałych do demokracji. Publicysta już wie, że pierwszy zamach stanu się nie udał i musi nastąpić kolejny. „Czy 10 kwietnia miał być okazją do swoistego marszu na Warszawę, jak Mussoliniego »marsz na Rzym«, tyle że autokarami? Tym razem nie wyszło – Rydzyk zapowiadał 75 tys., zjechało 7 tys., trochę mało dla zamachu stanu. Ale wódz nie rezygnuje, ostrzegam”.

Bratkowski nie może się również nadziwić, dlaczego jego słowa nie są odbierane poważnie. „Można bez większego trudu udowodnić, że padło swoiste wezwanie do wojny domowej. Czy przesadzam? Wśród powszechnego zakłopotania – ku mojemu zaskoczeniu – prokuratury milczą, jakby niczego nie zauważały. Wszystko wolno?” – pyta honorowy prezes SDP. Jednak nawet media bliskie Bratkowskiemu nie zauważają marszu PiS-owskich „czarnych koszul”. Widać to było po pytaniach Konrada Piaseckiego, w którego programie Bratkowski opowiadał o pełzającym totalitaryzmie i zagrożonej demokracji oraz w „Czarno na białym”, gdzie żaden z ekspertów nie zgodził się z tezą Bratkowskiego.

Nawet znany z publicystycznej histerii żurnalista Wojciech Mazowiecki leciutko skrytykował w „Polityce” słowa publicysty. „Wydaje się, że takie przerysowywanie zagrożeń nie jest skuteczne, bo dzięki temu partii Kaczyńskiego znów się uda zbyć kłopotliwe pytania, przypisując je zacietrzewieniu krytyków” – pisze Mazowiecki. Oczywiście niezależni dziennikarze z pisma „Tusku musisz!” są świadomi problemu, o którym alarmuje Bratkowski. Tyle że podają inne jego rozwiązania. „Nie należy stawiać Kaczyńskiemu zarzutów o faszyzm. Wystarczy zarzut nacjonalizmu, uczucia, które ten polityk umiejętnie w Polakach podtrzymuje i rozbudza z pomocą dużej części hierarchów kościelnych i zwykłych księży” – dodaje Mazowiecki.

Faszystowskie przekrętasy od „Telegrafu”

„Akcję wobec Barbary Blidy projektował sam wódz, przyznając potem, że »to nie tak miało być«; zginęła Bogu ducha winna kobieta, a nawet nie wiadomo jak, bo zmazano odciski palców na broni, z której padł śmiertelny strzał. Nieważne, kto obmyślił akcję »Romeo«, ale uwodzenie kobiety, żeby ją skorumpować – to pomysł sam w sobie haniebny. Żadna z tych operacji nie trafiła w ludzi, którym by potem cokolwiek udowodniono. Ale bo też nie o to chodziło” – przekonuje Bratkowski kolegów dziennikarzy z SDP i wymienia afery z udziałem braci Kaczyńskich, przypominając „Telegraf” i RSW Prasa. Dla Bratkowskiego wszystkie działania Kaczyńskiego zdają się mieć znamiona działań przyszłego dyktatora. Od powołania CBA (centralizm), przez sprawowanie władzy w samej partii, aż po traktowanie koalicjantów.

Zaangażowanie Bratkowskiego po jednej stronie sporu politycznego jest wręcz przykładem tego, co sam dziennikarz niegdyś piętnował. Honorowy prezes SDP nie jest jeszcze oczywiście zapraszany do telewizji jako oficjalny adwersarz polityków PiS (jak Tomasz Wołek), ale w swojej gorliwości w nienawiści do Kaczyńskiego przebija największych fighterów PO. „Dziennikarze stali się członkami klasy politycznej. I biorąc aktywny udział w życiu politycznym, nie są zdolni wypełniać swoich funkcji. Widząc różnych kolegów w telewizji, niemal zawsze wiem, co powiedzą. Zamiast reprezentować opinię publiczną, stali się rzecznikami prasowymi partii” – mówił Bratkowski dwa lata temu w wywiadzie dla „Super Expressu”.

Oczywiście również wtedy Bratkowski nie omieszkał pokazać, że więcej jest oczywiście dziennikarzy PiS-owskich. Jedną z takich PiS-owskich dziennikarek okazała się Janina Jankowska, która niemal straciła posadę w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza. Ceniona dziennikarka sugerowała, że za planami jej wyrzucenia stał Bratkowski. Na blogu przytoczyła ona swoją rozmowę z prezesem SDP. „Prowadzę warsztaty dziennikarskie i żaden z moich studentów nawet nie domyśla się moich poglądów. To prawda – mówi Stefan, ale pracowałaś dla prezydenta Kaczyńskiego (ordery dla ludzi „Solidarności”) i… twoje wypowiedzi w »Babilonie« w TVN”.

„Stefan potrafi się entuzjazmować – ludźmi, ideami, sprawami. I potrafi przywracać proporcje między ważnym i nieważnym” – pisał Rybiński w swoim tekście na jubileusz 70. urodzin Bratkowskiego. Może i lepiej, że nie widzi obecnych działań swojego przyjaciela.

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Anna Czyżewska

O wynagrodzeniu bez tabu

Zdecydowana większość pracowników uznaje, że rozmowę o podwyżce powinien zainicjować szef. Polacy nie są mistrzami negocjacji. Strategia biznesowej polemiki to wizytówka przedsiębiorcy