Najnowsza interwencja Uważam Rze

Cywilizacja

Potęga czarnej skrzynki

Maciej Pawlicki

Kamera! Akcja! – ryczy grubas. I zaczyna się. Nie dlatego, że włączona jest kamera, tylko dlatego, że po chwili następuje gigantyczna katastrofa

Katastrofa zmienia wszystko, uruchamia lawinę zła, strachu i nieufności. Rzec można, że „Super 8” to opowieść o tym, jak poradzić sobie z prawdą, w którą trudno uwierzyć. Ludzie mówią, że przypadkowym świadkom grozi śmierć, że władza chce coś ukryć i że winni Rosjanie. A widz wie, że prawda o katastrofie zapisała się w czarnej skrzynce... Jakże w Polsce A.D. 2011 opowiedzieć o filmie, w którym katastrofa staje się punktem wyjścia do portretu społeczności, unikając skojarzeń? Ale spróbujmy. Choć na chwilę, wszak przyszliśmy do kina, by się rozerwać.



Kamera pamięta

„Super 8” to chyba nie tylko autocytat i autopastisz, ale także kawałek autobiografii. Niemal dokładnie tak mogły wyglądać pierwsze dni zdjęciowe 16-letniego Stefana z Cincinnati, gdy kręcił swój pierwszy film pod tytułem „Firelight”. Albo o 20 lat późniejsze próby Jeffreya Jakuba, gdy rozsyłał swe pierwsze scenariusze, by przekonać, że ma filmową wyobraźnię na miarę swego idola, Stefana z Cincinnati, już wtedy guru „kina Nowej Przygody”, autora „Szczęk”, „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” oraz „E.T.”. Ta sama pasja, ta sama chęć opowiedzenia ciekawej historii, bajkowej, zwariowanej, ale mającej cechy wiarygodności, bo mocno zanurzonej w naszym świecie.

Taką właśnie gromadę zapalonych kinem dzieciaków pokazali J.J. Abrams i Steven Spielberg w nostalgicznym „Super 8”, zapewne doskonale bawiąc się nieznanymi dotąd publiczności autocytatami i autoironią. Ale w ich opowieści wcale nie wybujała fantazja domorosłych filmowców, nie ich zdolności narracyjne czy talent do efektów specjalnych zadecydują o losach filmu i losach świata. Zadecyduje zmysł obserwacji rzeczywistości. Oto zapaleńcy, by w swym bardzonisko-budżetowym horrorze osiągnąć „production value”, wypełniają pierwsze i najważniejsze przykazanie filmowca: obserwują świat. Chcąc opowiedzieć swą odjechaną historyjkę o zombie, ustawiają kamerę tak, by oprócz ich fantazji zarejestrowała także rzeczywistość wokół nich, po prostu – prawdę.

I rzecz jasna prawda okazuje się o wiele bardziej wstrząsająca niż najdziksze pomysły wymyślaczy horrorów. Pierwsza część filmu jest znakomita, w dobrym stylu „starego” Spielberga. Jak zbiór cytatów z jego najlepszych, familijnych filmów „kina Nowej Przygody” wzmocniony technikami opowiadania XXI w. Gdy bohaterowie w burzliwej dyskusji podejmują ważną decyzję, kamera wiruje wokół nich niemal jak na telewizyjnym festiwalu wokół Ewy Farny, a gęstość montażowych cięć schodzi poniżej pół sekundy. Atmosfera gęstnieje, tajemnica narasta.

Zblazowany fotograf ze słynnego, przełomowego w historii kina „Powiększenia” Michelangela Antonioniego dopiero w ciemni, wywołując zdjęcia, przypadkowo odkrywał ślad tajemnicy, który utrwalił: sfotografowaną gdzieś w tle rękę z pistoletem. Bohaterowie „Super 8” na takie subtelności i takie tempo narracji nie mają czasu – kolejowe tsunami niemal ich zmiażdży, ale – i to jest oczywiście najważniejsze – przewrócona kamera nie przestała pracować...

Gdy po kilku chwilach pojawiają się żołnierze, by przejąć kontrolę nad miejscem katastrofy, świadkowie zdążą uciec. Wraz z kamerą. Technika w służbie prawdy. Więc czekamy, co sfotografowała, jaka tajemnica zapisała się w czarnej skrzynce. Dowodzący sprzątaniem bałaganu i poszukiwaniem niepotrzebnych świadków major o gębie poharatanej przez mordowanych karateków mówi kategorycznie: „Proszę się sprawą nie interesować, zostawmy ją fachowcom”. Ale jest w tej żołdackiej stanowczości tylko pozornie groźny. Wiemy, że okaże się bezradny. Bo kamera pamięta. Tajemnicy nic nie zdoła wymazać, spisane będą czyny i rozmowy.

Twarzą w twarz z potworem


Dla wielbicieli Spielberga sprzed 20 lat – uczta. Dziesiątki tych samych motywów, wręcz tych samych ujęć (dzieciaki pędzące na rowerach, unoszący się w niebiosa kosmiczny statek ślący świetliste światło i trochę wiatru do rozwiewania grzywek...). Wśród autocytatów z hippisowskiej młodości Stefana, a może i Dżej-Dżeja, jest i taki: oto jedyny cykor wśród gromadki nieustraszonych nastolatków, gogusiowaty i często ze strachu wymiotujący antyamant (strumieniem niemal równie silnym jak antyburżuazyjny grubas z Monty Pythona) w chwili grozy, widząc najaranego do nieprzytomności kierowcę, wykrzykuje z emfazą: „Och, jakież narkotyki są złe!”. Co ma wśród młodzieży na widowni wywołać wielką wesołość. I wywołuje. Bo przecież on tylko „zioła” się najarał, a to nic groźnego, tylko prowincjonalne buraki (po amerykańsku „rednecki”) nie są w stanie tej ważnej prawdy zajarzyć.

Jednak w miarę rozwoju akcji rozhulana spielbergowszczyzna staje się – nie jestem pewien czy zamierzoną – autoparodią. Zbiór cytatów i pastiszów zamienia się w gejzer fajnych pomysłów na jeszcze więcej akcji i jeszcze więcej fajnych pomysłów, przybierając rozmiary groteskowe nawet jak na pastiszowe kino Jeszcze Nowszej Przygody. Za dużo tortu w buzi.

Nie sądzę, żeby scena, w której przerażeni bezsilnością władz mieszkańcy miasteczka o katastrofę obwiniają Rosjan, została dopisana po 10 kwietnia roku 2010 i była sponsorowana przez jakiegoś rosyjskiego agenta wpływu, ale wiem, że wygląda jak cytat na serio z czasów hollywoodzkiej dominacji pożytecznych idiotów, czyli tradycyjnej hollywoodzkiej kpiny z tradycyjnej amerykańskiej nieufności wobec Sowietów. Od przeciętnego Amerykanina Hollywood wiedział przecież lepiej, że Sowietom zawsze można ufać.

Mamy tu też duplikat słynnej sceny filmów o King Kongu, gdy rozmiar zakochanej małpy znacznie przekracza rozmiar kochanej blondynki, stosunki bilateralne są więc wykluczone, co samo w sobie budzi wzruszenie. Tu jednak nie ma platonicznej miłości dużej małpy do dziewczyny, tu jest ogólnopostępowa życzliwość do wszystkich potworów, nawet najokrutniejszych, jako że wszystkie one mają złote serduszka, wystarczy zrobić minę spaniela. Wystarczyło więc, że bohater popatrzył potworowi w oczy wzrokiem spaniela (albo kota ze „Shreka”) oraz wyrzekł jakże głębokie zdanie: „Bad things happen” (złe rzeczy się zdarzają) i oto potwór mięknie jak wosk, rezygnuje z dalszego spożywania dziewic i delikatnie odstawia chłopca na podłogę. Hm. Mnie ta metoda na potwora nie wydała się przekonująca.

Ale scenę tę można też zinterpretować bez złośliwości. Oto tych, którzy próbowali ukryć jego istnienie, potwór pożera. A zostaje pokonany nie ucieczką przed nim (bo się nie da), nie agresją, nie wzajemnym oskarżaniem się. Zostaje pokonany spokojem i zrozumieniem, że nie ma innego wyjścia, by spojrzeć mu prosto w twarz. Odwaga, by to uczynić, potwora obezwładnia, odbiera mu destrukcyjną siłę.

E.T. wrócił i zeżarł szeryfa

Gdy w roku 1989 pracowałem jako krytyk filmowy w amerykańskim dzienniku „The Philadelphia Inquirer”, otrzymałem zadanie zrecenzowania komedii „I kto to mówi?”. Jak wiadomo, cały jej humor polega na fakcie powierzenia funkcji narratora dziecku – poczynając od chwili poczęcia. Sporą część akcji komentuje więc ono jeszcze z łona matki. Ponieważ ulicami Filadelfii defilowały wtedy manifestacje „pro-life” i „pro-choice”, zachwaliwszy, jak należy, przymioty wdzięcznej komedii, na koniec pozwoliłem sobie na uwagę, że film jest swoistym głosem w trwającej dyskusji, czy poczęte dziecko w łonie matki jest człowiekiem, czy też nim nie jest. Redaktorki prowadzące zadrżały ze zgrozy. Jakże to? Przecież film czysto rozrywkowy. Jak mogę pchać do niego politykę? Tłumaczyłem, że jej nie pcham, że ona już tam jest. W fantazji sfotografowana rzeczywistość. Tak samo jest i tu. Sfotografowało się więcej, niż ustawiający kamerę planował. Nie żeby kamera mądrzejsza od filmowca. Ale filmowiec wie, że ta czarna skrzynka jest jego wielkim sprzymierzeńcem.

„Super 8” można rozumieć jako historię, w której E.T. wrócił, mocno wyrósł i zeżarł szeryfa, zakąszając nogą uczennicy, ale potem dał się przekonać, że to brzydkie zachowanie. Jednak to chyba krzywdząca interpretacja. Ja chcę widzieć w filmie Abramsa historię o pokonaniu lawiny zła, o tym, że katastrofa uruchamia także lawinę dobra: odwagi, determinacji w dążeniu do prawdy, solidarności, gotowości do wzajemnego wybaczenia dawnych uraz i nowych ran, troski o los nie tylko najbliższych, ale i o los zbiorowości. Społeczność jest więc zdrowa, ma siłę samooczyszczenia, potrafi zjednoczyć się wobec zagrożenia. Bo ma ten sam cel, który każdy mieszkaniec miasteczka opisze bez trudu.

A czy my potrafimy go opisać?

Reżyseria J.J. Abrams, prod. Steven Spielberg, „Super 8”
USA 2011

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Ewa Bednarz

Kredyt z plastiku

Tylko część banków decyduje się na wydawanie przedsiębiorcom kart kredytowych. Znacznie chętniej oferują im dużo kosztowniejsze karty obciążeniowe

Piotr BOŻEJEWICZ

Może i koniec, ale nie świata

• TAKO RZECZE [P] •Skoro Obama nawet w części nie okazał się takim cudotwórcą, jak przepowiadali eksperci, to czemu Trump miałby być taki groźny, jak go malują ci sami ludzie?