Najnowsza interwencja Uważam Rze

Cywilizacja

PHOTO: EAST NEWS/POLFILM LALKA; ZESPOL FILMOWY KAMERA; 1968; REZYSERIA, SCENARIUSZ: WOJCIECH JERZY HAS; ZDJECIA: STEFAN MATYJASZKIEWICZ

Tam i nazad

Krzysztof Masłoń

Słabość polskiej prozy jest porażająca. Słabość, gdy dochodzimy do opisu zmagań miłosnych bohaterów

Nieprzypadkowo najlepszą naszą powieścią od ponad 120 lat pozostaje „Lalka” Bolesława Prusa. Czasem wydaje mi się, że najznakomitsze w niej jest to, że traktując o miłości, ogranicza się wyłącznie do sfery werbalnej, i to potraktowanej oszczędnie. Żadnych opisów miłosnych uniesień, co najwyżej Wokulski dłoń Łęckiej ucałuje lub spyta, czy może mieć nadzieję... A tak w ogóle to: „Farewell, miss Iza, farewell!”.

Gdybyż to w ślady Prusa podążyć chcieli współcześni literaci! Niestety, jako twórcy nowocześni i ponowocześni uważają za niezbędne przyprawienie swej prozy erotyzmem. A że czynią to z wdziękiem słonia dokazującego w składzie porcelany, to i efekty tego są takie, jakie są.



Seks grzeszny, seks rozpaczliwy

Tadeusz Konwicki, świadomy niedostatku swych scen miłosnych, usprawiedliwia się wiekiem i fatalnymi wpływami żeromszczyzny oraz przybyszewszczyzny. Może aż tak źle nie jest, ale że erotyzm u autora „Wniebowstąpienia” bywa zazwyczaj turpistyczny, to – niestety – prawda. Weźmy takie na przykład „Czytadło” (Warszawa 1992):

„Zacząłem strasznie dygotać i ona wtedy nie otwierając oczu, przyciągnęła mnie do siebie, a ja na pół oślepły całowałem ją, pieściłem, wszystko dokoła huczało, grzmiało, trzaskało, może dom się rozsypywał albo palił wielkim ogniem, a ja już zupełnie ślepy wdzierałem się w nią, a ja już całkowicie głuchy nie rozróżniałem jej szeptów albo skarg, a ja już zespoliłem się zupełnie z tą młodą, nieznaną i tak mi bliską kobietą i po prostu umierałem.

A potem chyba umarłem. Leżałem długo bez ruchu i ona zaniepokoiła się, dotknęła mojej powieki przejrzyście różowym palcem. (...)”.

Wzorem Stefana Żeromskiego Konwicki angażuje także przyrodę w miłosne igraszki (zmagania) swoich bohaterów. Tak właśnie w lesie dochodzi do zbliżenia rzekomej babki pisarza z tajemniczym Żydem, Eliaszem, o czym czytamy w „Bohini” (Warszawa 1987): „... poczuła na swoich ustach jego wargi. Zaczęła drżeć jak w ciemnościach. Co się dzieje? To straszne, w resztce świadomości szamotały się jak w klatce strzępki myśli. Och, jak strasznie kręci mi się w głowie. Jaka zimna ta rosa. Zaraz niebo się rozpęknie i strzeli piorun. Czuła jego gorące dłonie, mocował się z jej sukniami, marudził, trzęsąc się jak galareta, coś szeptał rozdygotanym szeptem, wracał do jej ust, oczu, skroni ściętej chłodem albo przerażeniem i wreszcie stało się coś strasznego, niespodzianie bolesnego, ale zarazem nieprzytomnie rozkosznego. Lecz zanim zdołała rozpoznać ten nowy kontynent bólu i rozkoszy, zanim zrozumiała, co się stało, już on zastygł na krawędzi purpurowego oceanu i ona bardzo długo, a może całą wieczność wracała do tego lasu, do tej drogi i do tego nieba, po którym biegły wełniste białe obłoki podbite od spodu granatowymi cieniami.

– Coś ty zrobił?

– Tak musiało być. To jest wola przeznaczenia – zaszeptał chrypliwie w jej usta.”

Seks zapłakany, seks daremny


Konwickiego ratuje jego fraza, podobnie jak innego wybitnego prozaika – Włodzimierza Odojewskiego. Ale erotyka u niego to też droga przez mękę. W opowiadaniu „Ostatnia zima przed potopem” z tomu „Jedźmy, wracajmy” (wydanie II poszerzone, Warszawa 2000) czytamy:

„... w pewnej chwili przyszło jej do głowy, że on boi się dotknąć jej ciała, i to wstrząsnęło nią do głębi. I odwróciła doń wtedy twarz i spojrzała w jego twarz. Lecz znalazła na niej tylko tę samą, co przedtem, pokorę, a kiedy ich oczy się spotkały, owo poprzednie cofanie się znalazła w nich też. Ale nagle wiedziała, była pewna, że to tylko dlatego, że on nie chce jej jakimś gestem czy słowem zranić, a może po prostu w poczuciu swego własnego upokorzenia. Oczy jego jednak nie wiły się już teraz, nie uciekały i po jakiejś chwili przestały się nawet cofać. Więc uniosła się na rękach i spojrzała na jego twarz z góry, i potem położyła mu na ramionach dłonie. Aż po pewnym czasie wyczuła, jak te jego ramiona (mimo że są wciąż nieruchome, zrezygnowane) drgają, podnoszą się i chcą coś uczynić, co on stara się powstrzymać. A znała go przecież tak dobrze, jak tylko kobieta znać może mężczyznę, którego kocha i przez którego jest kochana. Więc objęła go szybko i bez słowa pociągnęła na siebie. A potem działała jak we śnie i wszystko inne było też jak we śnie. Nawet jego miłosne zaklęcia coraz cichsze i zanikające. I jej ręce – choć jego głowę ujęły między siebie twardo, to jednak nie potrafiły jej na dłużej dla siebie zatrzymać. Jego twarz w mroku stawała się coraz dalsza, mniej wyraźna, rozpływająca się, mimo że przecież byli tak blisko, że nie zostało między nimi nic, nawet warstwy powietrza i że potem poczuła go w sobie i jego wewnętrzne szamotanie się też, i upokorzenie, ale i rozkosz, jakiej doznawał niezależnie od tego, co myślał.

Później spał, oddech miał równy, niegłośny, głęboki. I nie potrzebowała nań wcale spojrzeć, by wiedzieć, że w jego twarzy jest teraz zupełny spokój i ulga, i z przeraźliwą trzeźwością pomyślała o sile swego ciała, w tej myśli jednak nie było żadnej satysfakcji, żadnego zadowolenia, raczej coś bliskiego rezygnacji i zawodu. Leżała z oczami mokrymi od łez, nieokryta, ziębnąca powoli, a z jej nozdrzami działo się teraz coś niepojętego, czego jeszcze nigdy nie doświadczyła. Małe mięśnie po bokach poruszały się, kurczyły, ściągały raz po raz do środka, zaciskały, odskakiwały od unoszącego się w powietrzu zapachu mężczyzny, jakby nie mogły go znieść, choć przecież on był jej mężem. I myśląc: »To nie może być prawdą. Co ze mną jest?« myślała jednocześnie o daremności tego, co ich jeszcze przed chwilą łączyło.”

Seks krwisty, seks kuszący

Zgoła inny jest język Leopolda Tyrmanda, w scenach erotycznych zdumiewająco bezradny, choć pozornie wyzwolony, jak w „Siedmiu dalekich rejsach” (Londyn 1975): „Fildekosowa koszula pod bluzką, brudnawa i rozciągnięta nie dawała żadnej osłony, duże i twarde piersi Anity znalazły się od razu w jego dłoniach. Pchnął ją na łóżko i rzucił się na nią całym ciężarem. Anita nie broniła się, lecz nie przyzwalała, nie szamotała się, lecz niczego nie ułatwiała. Utrudniała każdy gest nader umiejętną, choć nieznaczną blokadą. »Wysoka klasa!« – pomyślał Nowak. »Bogate doświadczenie! Co za praktyka...«. Poczuł się naraz wyzwolony z nieokreślonych ciężarów. Jakiś krwisty, kuszący kęs życia wypełnił mu wyobraźnię.

– Okey – powiedział, rozluźniając uścisk i łagodząc napór. – Tak do niczego nie dojdziemy.

– A do czego mamy dochodzić? – syknęła Anita.

Oczy miała ponure i złe. Nagłym ruchem, jakby bojąc się, że ucieknie, objęła Nowaka za szyję i zaczęła go całować – mokro, rozwiąźle, śliniąc go i łykając jego ślinę. Nowak poczuł gorąco pod czaszką. Ręka jego utonęła w udach Anity, palce wpłynęły w soczyste gorąco. Całe ciało Anity narzucało mu swe pożądanie jego ciała. Anita zszarpnęła z siebie majtki, ręce Nowaka latały jak u drżącego z podniecenia osiemnastolatka, niepotrafiącego odnaleźć guzików własnych spodni. W chwilę potem rozkosz splotła się bezładnie z triumfem. »Jaka świetna!« – myślał, wpadając w miarowy rytm i stając się dawcą świadomym, panującym nad rozkoszą obojga. – »Jak ona to robi! Jak z nią wychodzi! Jak wspaniale...«. Stanęła mu przed oczyma twarz Ewy, tak wyraziście, jakby głowa jej leżała tuż obok, na poduszce. »Ewo« – szepnął w myślach – »oczywiście wolałbym, żebyś ty... Oczywiście, że cię kocham i już za tobą tęsknię. Rzecz jasna, że za tobą pojadę, będę cię szukał i odnajdę cię. To proste, że pragnę tylko ciebie...«.

Anita oddychała szybko, z bezwstydną tkliwością.

– Nie jesteś zmęczona? – spytał Nowak głośno.

(...) Znów rzucił się w rytm biegnących chwil i uderzeń, wywołujący w jej ciele nieuchwytne, a potężne drżenie, jakiś kobiecy wymiar trzęsień ziemi i spadania ciężkich skał. Twarz Anity wyrównała się, jak przemyta błogosławioną gąbką, jaśniała dosytem. Jeszcze krótki akcent bolesności w ściągniętych brwiach, jeszcze krótkie, krzykliwe westchnienie i Anita znieruchomiała.

– Dosyć – szepnęła po chwili. – Niech mnie pan już nie morduje.

– Nie – rzekł Nowak. – My, wątli, my lubimy dużo i dobrze.”

Seks swojski, seks domowy

W istocie bodaj najlepsza scena miłosna w powojennej literaturze polskiej jest dziełem Edwarda Redlińskiego („Konopielka”, Warszawa 1973):

„... już się lube ciepło rozłazi po plecach, brzuch od żonki się rozgrzewa, nogi od dzieciow, ech, nima to jak pod pierzyno, dzież tak ciepło i bezpiecznie, najlepiej by było całkiem z tego gniazda nie wyłazić. Zaraz się zaśnie, może niebo się przyśni jak raz niedawno? Na trawie ja leżał, w dużym sadzie, większym niż Dunajow, leże w chłodku, nad głowo ołatki zwisajo z gruszy, kumpiaki z jabłoni, kłusty sok z nich kapie, sery wiszo, kiełbasy, saltysony, kindziuchi, tylko ręke wyciągnąć i jesz! Dołem biała rzeka płynie, biała, bo ona śmietanna ta rzeka, z ręki pijesz śmietane jak wode! A na drzewach szpaki na skrzypkach tobie rzympolo, wróbelki muchy z ciebie zdziobujo, jaskółeczki skrzydłami w pięty łachoco, za krzakami baby chodzo w perkalowych sukienkach, bose, i zginajo się często, jak przy praniu, żeby więcej było widać, a udziaste, łydziaste, grube! A kiwniesz ręko, same sie na plecach kłado, a Pan Bóg pozwala: nie bójś, Kaziuk, właź, właź, nie będziesz miał żadnego grzechu.

(...) Przekręciła się, ja obsuwam trochu gaci i się nawalam, starawszy się dzieciow nogami nie przydusić, rozgarniam kolanami na boki, żeby nie przeszkadzali, słucham jeszcze, czy wszystkie śpio: a jakże chrapio wszystkimi świętymi głosami, tato przez sen poprukujo. No to znajduje prętko co trzeba i zaczynam mężowskie robote: tam i nazad, tam i nazad, tam i nazad, i wszystkie strach odlatujo.”

Wiejski żywot prosty, to i erotyka jakby mniej skomplikowana. Nie tak łatwo ma... Szymek Pietruszka, bohater „Kamienia na kamieniu” Wiesława Myśliwskiego (Warszawa 1984), swoje potrzeby seksualne zaspokaja na zapleczu wiejskiego sklepu z pracującą tam Kaśką:

„Była jak opoka, choć zwykła sklepowa. A choć wydawała się nieraz głupia jak trzy ćwierci, to więcej rozumu miała niż sto mądrych. No, i uda, tyłki, że dwie mogłyby się nimi obdzielić i miałyby co nosić. (...)

– Czekaj no, niech się rozbiorę. Nie będę przecież mięła sukienki. – I rozbierała się jakby w noc poślubną. – Pogładź mnie po piersiach najpierw. Lubię, jak mnie ciarki kłują. I chcę, żebyśmy długo. Sklepu i tak już nie otworzę, to gdzie będziemy gonić”.

Seks wielkomiejski, seks wyuzdany


Zachcianki wiejskiej Kachny były niczym wobec życzeń inżynierowej Romanek z opowiadania Janusza Głowackiego „Kuszenie Czesława Pałka” (Warszawa 1970). Rozpustna inżynierowa kusiła nieobytego w „wielkim świecie” Pałka niczym Putyfara Józefa. Ale i fascynowała go. Do czegóż bowiem nie zmuszała prostolinijnego słuchacza wieczorowych kursów na WSI (uściślam: chodzi nie o służby specjalne, lecz Wyższą Szkołę Inżynierską): „... spostrzegłem, że nie była jak zwykle rozebrana, ale miała rozciągliwe majteczki z elastiku w kolorze czarnym. Następnie oświadczyła, że jej znajoma opowiadała, że sprawiło jej to ogromną przyjemność, kiedy znajomy podarł jej majtki na strzępy. Ja nie ukrywałem dla tego typu zachowania swojego zaskoczenia i zwróciłem uwagę, że majtki takie są potem kompletnie do wyrzucenia, ale ona zaprotestowała, nastawiając jednocześnie nową płytę i dodała poufnym szeptem, że kupiła je z myślą o mnie. Ciang, ciang – rozległy się dookoła denerwujące odgłosy, a ona dalej mówiła, posługując się szeptem, że wie dobrze, że ja mam ochotę, aby podrzeć na niej te nowe majtki na strzępy, i że jeżeli tak bardzo tego pragnę, to właśnie mogę to uczynić, bo tak właśnie lubią zachowywać się mężczyźni tacy jak ja, prawdziwi, a nie tacy jak Artur. Ja jednak nadal protestowałem, ale ona, oplatając się dookoła, mówiła: – No, rób to, rób to! – A kiedy nadal wymawiałem się, nie widząc w tym żadnego sensu, powiedziała ze złością, że w tych sprawach trzeba być szczerym, żebym odrzucił całą nabytą sztuczną kulturę i że łóżko, a w naszym wypadku podłoga, jest jedynym miejscem, w którym możemy się zachowywać autentycznie. Więc żebym rozpoczął drzeć. Ja jeszcze nie chciałem, mówiąc, że to ładnie, że ona chce się pozbawić dla mnie nowych majtek, ale popatrzyła wtedy z takim wyrazem, że już nic nie mówiąc, szarpnąłem za majtki do siebie”.

Tak to bywa w metropoliach, które zresztą poza tym niczym się nie wyróżniają. W końcu „w sobotę centrum miasta wygląda tak samo jak i w każdy inny dzień tygodnia”, jak pisał klasyk polskiej literatury, nie wiadomo dlaczego miłosną zwaną, Marek Hłasko. W „Najświętszych słowach naszego życia” (Warszawa 1955) chłopak ubierając się po nocy spędzonej z dziewczyną „... nie śmiał przy tym dotknąć własnego ciała. Czuł ją ciągle przy sobie; aż po czubki włosów wypełniony był owym dziwnym, cięższym od ołowiu, boleśniejszym od męki umieraniem, słodszym od najpiękniejszych wierszy uczuciem, jakie daje nic z kimś, na kogo czekało się przez tysiąc chwil, kogo pragnęło się przez wiele bezsennych nocy, kogo widziało się w każdej na ulicy spotkanej twarzy, kogo oczekiwało się przy każdym pukaniu do własnych drzwi; przez kogo nienawidziło się nieba, ziemi i ludzi; i przez kogo kochało się wszystko”. Niestety, zaraz dowiaduje się od kolegi z pracy, że jego ukochana Baśka to „starsza kurwa jak my złodzieje”. I tyle pozostaje z wielkiego uczucia.

I pomyśleć, że w wieku XVII Jan Andrzej Morsztyn pisał:

„Już mię nie tak posępnym wzrokiem zabijała,

Już i mówić, i tańczyć z sobą dozwalała,

Już rękę ścisnąć wolno, już i trącić łokciem,

I po łechciwej dłoni poigrać paznokciem”. No tak, ale pisał wierszem, nie prozą.

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Piotr BOŻEJEWICZ

Może i koniec, ale nie świata

• TAKO RZECZE [P] •Skoro Obama nawet w części nie okazał się takim cudotwórcą, jak przepowiadali eksperci, to czemu Trump miałby być taki groźny, jak go malują ci sami ludzie?

Intermedia

• MYŚLI I SŁOWA • BEATA SZYDŁO