Najnowsza interwencja Uważam Rze

Świat

AFP PHOTO / LIONEL BONAVENTURE

Byłem mistrzem, zaraz wracam

Krzysztof Rawa

Odchodzą z aren sportowych, bo chcą albo muszą. Ale gdy wracają, sukcesy smakują im bardziej niż kiedykolwiek

Udany powrót powinien być wiarygodny. Najłatwiej o wiarygodność tym, których do odejścia nikt nie zmuszał. Sami wybrali nową drogę, ustąpili, będąc na szczycie, a potem, zwykle dość szybko, zmienili zdanie.

Przykładów nie brakuje. Tak postąpiła tenisistka Kim Clijsters, wybierając macierzyństwo, tak swoją sławę wzmocnił Michael Jordan. Przykład Jordana, najlepszego z najlepszych w lidze NBA, jest pouczający. Wielki koszykarz przez kilka lat nie mógł ze swą drużyną przebić się do finału rozgrywek, ale w końcu poprowadził Chicago Bulls do zwycięstw w sezonie 1990–1991 i dwóch kolejnych. Trzeci pierścień mistrzów NBA miał być dla Jordana ostatnim. Mistrz ogłosił w 1993 r., że rzuca koszykówkę.



Jedni mówili, że impulsem była tragiczna śmierć ojca zastrzelonego przez bandytę, inni, że zmęczenie życiem celebryty. Jeszcze inni twierdzili, że chciał spróbować czegoś nowego i dlatego wybrał baseball.

Miał 29 lat i przekonanie, że z drużyną Chicago White Socks za pomocą kija i piłki znacznie mniejszej od koszykarskiej podbije świat na nowo. Po roku zrozumiał, że nie podbije.

Wrócił do koszykówki wielki jak dawniej albo nawet większy. Jedynie w sezonie powrotu przegrał w półfinale Konferencji Wschodniej, potem znów przez trzy lata Bulls rządzili w NBA, a ich lider odbierał nagrody dla najlepszego gracza ligi i finałów. Drugą sportową emeryturę przerwał w 2001 r., zagrał w Washington Wizard, gdy został współwłaścicielem klubu. Sportowa rdza dosięga wszystkich, Michaela Jordana też, ale pierwszy powrót przesłonił nawet to drugie nieudane wejście.

Amerykańska bajka

Osiągnięcia Kim Clijsters też muszą inspirować. W czasie podstawowej części kariery Belgijka dość długo walczyła z opinią, że nie sięgnie po zwycięstwa wielkoszlemowe. Sięgnęła. Dołożyła do nich ponad 50 tytułów w turniejach WTA Tour i pierwsze miejsce w rankingu światowym. Mogła w 2007 r. śmiało ogłosić, że odchodzi. Ostatni mecz zagrała w Warszawie. Odeszła, została żoną i matką, ale siła przyciągania kortów zrobiła swoje. Iskra pojawiła się podczas pokazowego meczu z Andre Agassim, Steffi Graf i Timem Henmanem na korcie centralnym Wimbledonu, podczas testu nowego dachu.

To był jeden z powrotów, które słusznie nazywa się bajkowymi: siedem miesięcy treningów napędzanych tylko cichą nadzieją, potem dzika karta do US Open i zwycięstwo wbrew prawdopodobieństwu. Wyjaśnienie, że to macierzyństwo tak wzmacnia kobietę, musiało się spodobać. Kim gra dalej, już niezbyt często, wygrywa, ale tamten widok córeczki obok szczęśliwej mamy trzymającej puchar w Nowym Jorku zostanie w pamięci najdłużej. Tenisistka tłumaczy dziś, że nie starała się zostać ikoną kobiecej dojrzałości, to przyszło samo. Decydowała osobista chęć ponownego przeżywania wielkich meczów, potrzeba, której nie da się zastąpić niczym innym.

Grupa 40+

Barwną grupę powracających stanowią ci, których sportowy czas w zasadzie naturalnie przeminął, lecz płomyk rywalizacji nie zgasł. Takim jest znacznie trudniej, bo i ciało zwykle się opiera i o narażenie się na śmieszność oraz podejrzenia dopingowe jest znacznie łatwiej. Udanych powrotów wśród tych osób jest niewiele.

Są jednak wyjątki. Sztandarową postacią dla sportowców 40+ stała się pływaczka Dara Torres, której zasługi dla podniesienia ducha osób dojrzałych  trudno przecenić. Odchodziła i wracała dwukrotnie. Najpierw startowała z sukcesami w igrzyskach w 1984, 1988 i 1992 r. Odeszła po raz pierwszy, by wrócić przed Sydney. W Australii zdobyła aż pięć medali olimpijskich i znów przerwała karierę, uzupełniła edukację, urodziła córkę.

W Pekinie miała 41 lat, gdy zdobywała srebrne medale na 50 m kraulem i w dwóch sprinterskich sztafetach drużyn USA. Po tych sukcesach powiedziała dziennikarzowi: – To przyszło stopniowo. Myśl, że mogę znów startować, kiełkowała, stała się poważna, chęć rywalizacji narastała. Co więcej, srebrne medale z Pekinu wcale mnie nie ucieszyły, dziś bardziej nienawidzę przegrywać niż wtedy, gdy miałam 20 lat. Wciąż próbuję zrozumieć dlaczego.

Głos z niebios

George Foreman też przeszedł do historii boksu zawodowego z powodu złamania reguł wieku. Pierwszą porcję sławy zdobył, gdy został mistrzem olimpijskim w Meksyku, a potem zawodowym mistrzem świata kategorii ciężkiej w 1973 r. Gdy rok później został pobity w stolicy Zairu (dziś Demokratycznej Republiki Konga) podczas legendarnego pojedynku „Rumble in the Jungle” (Łomot w dżungli) z Muhammadem Alim musiał nieco odpocząć, ale stoczył jeszcze kilka ciekawych walk, by w 1977 r. skończyć karierę. Ponoć takie polecenie niebios usłyszał w szatni po przegranej walce z Jimmym Youngiem. Poświęcił się głoszeniu Słowa Bożego, lecz pokusa występów na ringu stała się tak mocna, że 38-letni bokser jej nie pokonał. Wrócił po dziesięciu latach. Był wciąż wystarczająco twardy, by dostać kolejną walkę o mistrzostwo świata z Michaelem Moorerem w 1994 r., gdy miał 45 lat. Wygrał. Słynny nokautujący cios starego mistrza w dziesiątej rundzie pokazywano później tysiące razy.

Foreman wycofał się trzy lata później, ale widząc tych, którzy po nim królowali w wadze ciężkiej, groził powrotem jeszcze ze dwa razy, ostatnio w 2004 r. Dla młodej Ameryki jest dziś sympatycznym facetem sprzedającym w telewizji grille, lecz dla tej starszej pozostanie symbolem bokserskiej długowieczności. Rekord końcowy kariery: 76 zwycięstw, pięć porażek.

Granicę wieku, w którym sukces jest możliwy, przesunęły także tenisistki. Największą pozostanie Martina Navratilova. Opuściła korty, gdy miała 38 lat i wygrała 18 singlowych turniejów wielkoszlemowych. Sześć lat pozostawała obok tenisa, gdy znów wzięła rakietę do ręki. Zdała sobie sprawę, że indywidualnie nie da już rady przegonić młodszych koleżanek, postawiła więc na grę podwójną. Jeszcze trzy razy odbierała nagrody za zwycięstwa w Wielkim Szlemie: za miksty w Australian Open i Wimbledonie w 2003 r. oraz trzy lata później w Nowym Jorku, kilka tygodni przed 50. urodzinami.

Nadzieja dla chorych


Między legendy najmocniej wchodzą powroty tych, którzy karier przerwać wcale nie chcieli. Takie przypadki są liczne i kroniki sportowe opisują je najdokładniej, bo to one wzbudzają największe emocje. W tej kategorii trudno przebić osiągnięcia Lance’a Armstronga, który do kolarstwa wracał udanie dwa razy – najpierw po chorobie nowotworowej, potem już bardziej konwencjonalnie – bo sport to rodzaj uzależnienia.

Armstrong miał 25 lat i był w rankingu czwartym kolarzem świata, gdy w październiku 1996 r. zdiagnozowano u niego raka jądra z przerzutami do płuc i mózgu. Tę walkę wygrał, lekarze mówili, że był na krawędzi życia i śmierci. Przerwa w startach trwała trzy lata. W 1999 r. zwyciężył pierwszy raz w Tour de France, a potem zrobił to jeszcze kolejno sześć razy.

Jego historia w części sportowej budzi dopingowe wątpliwości, są poszlaki, że część sukcesów zawdzięcza farmakologii, ale jest też druga strona medalu. Choroba i wygrana walka z nowotworem oznaczały także stworzenie Armstronga filantropa oraz Armstronga wzór i nadzieję dla innych chorych.

Strach mistrzów

W każdej dyscyplinie łatwo jest przypomnieć podobne wydarzenia. Narciarz Hermann Maier zdobył Puchar Świata po ciężkim wypadku motocyklowym.

Świat pamięta, jak kierowca Formuły 1 Niki Lauda został mistrzem rok po tym, gdy wyciągano go z płonącego bolidu. Potem jeszcze raz opisywano jego wyczyny, gdy po trzech latach znudzenia wyścigami znów walczył z Alainem Prostem i zdobył tytuł po fascynującym pościgu, pokonując Francuza o pół punktu. Prost dopisał do tej opowieści swoją pointę, gdy sam też przez rok nie jeździł, by wrócić w 1993 r. i zostać mistrzem po raz czwarty i ostatni.

Są tacy, którzy nie zapomną Moniki Seles, której karierę na dwa lata przerwał w Hamburgu nóż chorego psychicznie Guntera Parche’a, a tenisistka potrafiła jeszcze wygrać Australian Open.

Można jednak przytoczyć znacznie więcej przykładów, że sportową wielkość traci się raz na zawsze. Jednak wielcy wciąż próbują.

W każdym z tych powrotów jest nowe cierpienie, ciężka praca, walka z sobą i wiara w następny sukces. Nagrodę dostają tylko wybrani, nie zawsze łatwo pojąć dlaczego. Psychologowie mówią, że mistrzowie szybko zaczynają się bać życia po sporcie. Zepchnięci między zwykłych śmiertelników nigdy nie godzą się z poczuciem utraty marzeń i swego świata. Świata, który dla kibiców jest tylko jeszcze jedną quasi-teatralną sceną, ale dla nich pozostaje wszystkim. Dlatego wracają.

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Anna Czyżewska

O wynagrodzeniu bez tabu

Zdecydowana większość pracowników uznaje, że rozmowę o podwyżce powinien zainicjować szef. Polacy nie są mistrzami negocjacji. Strategia biznesowej polemiki to wizytówka przedsiębiorcy

Wojciech Romański

W smoczym kręgu