Najnowsza interwencja Uważam Rze

Tu i teraz

Dominique Strauss-Kahn AFP PHOTO/POOL/Richard Drew

Lekcja do odrobienia

Roman Graczyk

Większość francuskich mediów stara się nie zwracać uwagi na fakt, że Dominique Strauss-Kahn wcale nie musi być tak niewinny, jakby chcieli tego Francuzi

Afera Clinton – Lewinsky nie mogłaby wydarzyć się we Francji. Romans najwyższej rangi polityka ze stażystką to jedno. Ale szczegółowe relacje medialne z takiej afery i żywe zainteresowanie nimi publiczności to drugie – i to na pewno we Francji zdarzyć by się nie mogło. Dobrze jest widzieć obecne kłopoty Dominique’a Straussa-Kahna z amerykańskim wymiarem sprawiedliwości, pamiętając o tej różnicy.

Wiadomo, że sprawa przybrała inny obrót od momentu, kiedy na przełomie czerwca i lipca okazało się, że Naffisatou Diallo (oskar-żająca D.S.K. o próbę gwałtu) wielokrotnie okłamała śledczych.

W amerykańskiej procedurze karnej może to prowadzić nawet do umorzenia śledztwa.



Francja jednak nie dowierza tym oskarżeniom oraz jest zszokowana sposobem potraktowania D.S.K. w pierwszych godzinach po zatrzymaniu. Owszem, jakieś różnice zdań daje się wyczuć w zależności od sympatii politycznych. Większe niedowierzanie i większe oburzenie jest na lewicy, mniejsze na prawicy. Ale nie tak bardzo mniejsze, jak by to mogła podpowiadać zaciekłość sporu politycznego między rządem a opozycją.

Retoryka i demagogia

Ton nadał zaraz po aresztowaniu szefa Międzynarodowego Funduszu Walutowego filozof celebryta  Bernard Henry-Lévy, który na swoim blogu napisał: „Wiem tylko, że nic na świecie nie pozwala rzucać człowieka psom na pożarcie. Wiem, że żadne podejrzenie (…) nie pozwala na to, aby zapraszać wszystkich do oglądania tego poranka spektaklu z jego (D.S.K. – przyp. red.) sylwetką, prowadzonego w kajdankach po 30-godzinnym zatrzymaniu (…). Wiem, że nic, żadne prawo, nie powinno zezwalać na to, aby inna kobieta, jego wspaniała, kochająca go i dzielna żona, była wystawiona na lubieżność opinii, pijanej od tego nieustającego przekazu i od nie wiedzieć jak  mrocznej chęci zemsty”.

Słowa świadczące niewątpliwie o retorycznym talencie, a merytorycznie nie całkiem pozbawione racji. Ale jednak słowa demagogiczne. Ta demagogia, do której natychmiast przyłączyły się dziesiątki innych celebrytów, bardzo mocno utrwaliła linię niedowierzania i oburzenia. Czy będziecie oglądać publiczną telewizję France2, czy słuchać prywatnego Radia RTL, nie dostrzeżecie różnicy. We France2 zobaczycie wielki autorytet prawniczy, byłego ministra sprawiedliwości Roberta Badintera, żalącego się na niehumanitarne zasady amerykańskiej procedury karnej, których ofiarą padł D.S.K. W RTL usłyszycie ikonę francuskiego dziennikarstwa politycznego Alaina Duhamela, opłakującego nieludzki los D.S.K., któremu przyszło z początku dzielić celę więzienia Rikers Island z – to straszne! – lumpami i bandytami.

Inne głosy w tej debacie przebijały się z trudem. Ta trudność świadczy wymownie o ciągle istniejącej l’exception francaise – odmienności kulturowej Francji, szczególnie wyraźnie kontrastującej z instytucjami i obyczajami Stanów Zjednoczonych. Afera Dominique’a Straussa-Kahna, któremu przyszło odpowiadać na zarzuty karne w Stanach, pokazuje to wyraźnie.

Bo przecież głosy rozsądku, o których zaraz powiem, nie kwestionowały ani zasady domniemania niewinności, ani nie wyrażały satysfakcji, że D.S.K. wreszcie wpadł (jego erotyczne ekscesy znane są nie od dzisiaj). Głosy te, owszem, ujmowały całą surowość amerykańskiego prawa, którą tym razem testował na swojej skórze człowiek z samego szczytu międzynarodowej finansjery, ale przestrzegały także przed zastępowaniem sądu w wydawaniu uniewinniającego wyroku. Słowem, nie były to opinie – jak byśmy w Polsce powiedzieli – oszołomów, lecz jedynie ludzi, którzy nie poddali się moralnemu szantażowi tekstów kazań, takich jak zacytowany wyżej fragment z bloga Henry’ego-Lévy’ego. A skoro tak, to na czym polegała różnica? W moim przekonaniu polegała ona na próbie spojrzenia jakby z zewnątrz, spoza francuskiego grajdołka, i na kłopoty D.S.K., i na problem przemocy seksualnej w ogóle. Zaryzykuję twierdzenie, że była to próba spojrzenia na utrwalone francuskie przekonania z punktu widzenia zdrowego rozsądku.

Sylvie Kauffmann, kierująca redakcją lewicowego „Le Monde”, zwróciła przytomnie uwagę na to, że wobec takich problemów jak znane od lat erotyczne przygody byłego pretendenta do prezydentury prasa francuska nie wykonuje swoich obowiązków, zasłaniając się utrwalonym przekonaniem, że to są sprawy czysto prywatne. Nieprawda – powiada Kauffmann – te sprawy mają wpływ na działalność publiczną polityków i jako takimi prasa musi zacząć się nimi interesować.

André Glucksmann, słynny filozof, mówi coś oczywistego, a jednak – w tym kraju – szokującego. Mianowicie, że nie można twierdzić z pewnością równą wierze religijnej, iż ktoś taki jak D.S.K. w żadnym wypadku nie dopuściłby się zarzucanych mu czynów. Człowiek wiele może, mówi z sarkazmem Glucksmann, odwołując się do doświadczeń totalitaryzmów i do Freuda. Z prawnego punktu widzenia – powiada Glucksmann – D.S.K. jest niewinny dopóty, dopóki nie został skazany, ale wiara w jego niewinność nie może być tej natury co wiara w Boga, bo inaczej niebezpiecznie mieszamy porządki.

Domniemanie prawdomówności

Na tym tle warto zwrócic uwagę na głos socjolog Iréne Théry, która w „Le Monde” wysunęła koncepcję domniemania prawdomówności osoby pokrzywdzonej. Théry powiada tyle: o ile słuszną jest rzeczą domniemanie niewinności oskarżonego, o tyle niemniej słuszną jest domniemanie prawdomówności drugiej strony.

O ile więc oskarżony korzysta z domniemania niewinności dopóty, dopóki w sądzie nie udowodni mu się w sposób niezbity winy, o tyle skarżąca powinna korzystać z owego domniemania prawdziwości swych zeznań dopóty, dopóki nie udowodni jej się kłamstwa w tej sprawie.

W tym kontekście interesujący jest wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z 30 czerwca, skazujący Francję za nierówne traktowanie oskarżonych i domniemanych ofiar przestępstw seksualnych – na niekorzyść tych drugich. Chodzi o sytuację, gdy skarżąca nie potrafi udowodnić niezbicie faktów i wtedy oskarżony składa przeciwko niej skargę o oszczerstwo. Wedle tego wyroku taka możliwość powinna być ograniczona do przypadków, gdy oskarżony został całkowicie oczyszczony z zarzutów.

Wydaje się, że w nowojorskiej sprawie D.S.K. były minister raczej skorzysta jedynie z zasady, że wątpliwości są rozstrzygane na korzyść oskarżonego. Podobnie może być w jego sprawie paryskiej, jako że na początku lipca pewna młoda pisarka, Tristan Banon, oskarżyła go o próbę gwałtu jeszcze w roku 2003, zaś D.S.K. zrewanżował się jej skargą o oszczerstwo. Jeśli były szef Międzynarodowego Funduszu Walutowego obroniłby się przed oskarżeniem pisarki, ale tylko z braku dowodów, wtedy musiałby zgodnie z wyrokiem strasburskiego trybunału wycofać swoją skargę.

Przez kilka dni po uwolnieniu D.S.K. z aresztu domowego (co nastąpiło 1 lipca) w mediach z trudem dało się znaleźć informację, że – jak na razie – zarzuty wobec lidera socjalistów są utrzymane. Zapanował ogólny entuzjazm, oczekiwano niemal z dnia na dzień umorzenia sprawy. To się może stać, ale nie należy zapominać, że wszystkie kłamstwa Nafissatou Diallo razem wzięte nie odnoszą się wprost do tego, co się wydarzyło 14 maja w apartamencie 2806 hotelu Sofitel. Istnieją dowody materialne (DNA Straussa-Kahna) wskazujące na to, że odbył się tam stosunek seksualny, obdukcja lekarska pani Diallo zdaje się wskazywać na próbę gwałtu, a nie – jak utrzymuje obrona – na seks za przyzwoleniem.

Owszem, kłamstwa pani Diallo szalenie utrudniają zwycięstwo oskarżenia przed ławą przysięgłych. Ale co ma prokurator zrobić z przekonaniem, że mimo krętactw kobiety jednak doszło do przemocy ze strony D.S.K. 14 maja 2011 r.? Prokurator Cyrus Vance Jr popełnił poważne błędy i teraz ponosi tego konsekwencje.

Media i ofiary

Najpierw, nie zbadawszy ogólnej wiarygodności pani Diallo, kazał aresztować Straussa-Kahna pod bardzo ciężkimi zarzutami. Następnie, gdy zwalniał go z aresztu, wyznaczył spartańskie warunki – takie, jakie stawia się sprawcom ciężkich przestępstw. Potem z kolei, chcąc jak gdyby naprawić dwa błędy poczynione na niekorzyść oskarżonego, narobił nieproporcjonalnie wiele hałasu, gdy się okazało, że pani Diallo wielokrotnie skłamała. Kłamstwa te, owszem są faktem, ale nie mają związku z samym jądrem oskarżenia. Cyrus Vance Jr nie poczekał na ekspertyzę kluczy elektronicznych z Sofitela, która mogła coś wnieść (i owszem, wniosła) do sprawy, tylko ogłosił wszem i wobec, że pani Diallo jest niewiarygodna. Trzeci błąd miał – zdaje się – naprawić dwa poprzednie, ale chyba popsuł śledztwo jeszcze bardziej. O wahaniach prokuratora zdaje się świadczyć dwukrotne już przełożenie terminu posiedzenia sądu: najpierw z 18 lipca na 1 sierpnia, potem z kolei na 23 sierpnia.

5 lipca znane już były ekspertyzy kluczy magnetycznych z Sofitela, które potwierdzały prawdziwość pierwotnych zeznań Diallo co do przebiegu wydarzeń z 14 maja. Było tak: młoda Gwinejka najpierw zeznała jedną wersję wydarzeń (chodziło o kolejność wejść do pokojów hotelowych), potem jej zaprzeczyła, co kazało prokuratorowi podważyć jej wiarygodność, a efektem tego było zwolnienie D.S.K. z aresztu domowego. Potem nastąpiła wspomniana francuska euforia, a następnie ekspertyza kluczy magnetycznych pokazała, że Nafissatou Diallo mówiła prawdę za pierwszym razem, a zatem, że wniosek prokuratora był pochopny. I co się wtedy stało? Prawie nic. „Le Monde” dał tekstowi o ekspertyzie nic nieznaczący tytuł „Karty magnetyczne z Sofitela poddane ekspertyzie”. „Le Figaro” trochę inaczej, ale powściągliwie: „Karty magnetyczne z Sofitela mówią”.

A przecież te karty nie mówią byle czego, lecz zawierają bardzo ważną informację: pani Diallo zasadniczo powiedziała prawdę w swoim pierwszym zeznaniu o wydarzeniach z 14 maja. Potem kłamała z przyczyn, które trudno pojąć, ale w sumie jej wiarygodność w kwestiach dla oskarżenia zasadniczych nie jest tak niska, jak to ogłosił 1 lipca Cyrus Vance Jr. Wtedy prasa francuska ochoczo podchwyciła jego opinię, ale już potem podawała informacje o ekspertyzie kluczy jak gdyby półgębkiem.

Gdy z kolei francuska dziennikarka Tristan Banon złożyła, niezależnie od procedury toczącej się w Nowym Jorku, skargę na D.S.K. za próbę gwałtu w 2003 r., miało się wrażenie, że głównym tematem mediów jest pytanie o wiarygodność pani Banon. Czy nie za późno składa swoją skargę? Czy nie nazbyt lekko opowiadała w przeszłości o incydencie z 2003 r.? To są wszystko okoliczności, które należy wziąć pod uwagę, ale wszystkie one razem wzięte jeszcze nie dezawuują tej młodej kobiety do szczętu.

Gdy pod koniec lipca Nafissatou Diallo udzieliła wywiadów, a potem uczestniczyła w konferencji prasowej w Nowym Jorku, mocno podkreślano aspekt wyreżyserowania tych wydarzeń medialnych. To prawda, ale relatywnie mało uwagi zwracano na drastyczne opisy wydarzeń z 14 maja przytoczone przez Nafissatou Diallo. Mało pisano o tym, że słynna rozmowa telefoniczna pani Diallo z 15 maja była, być może, źle przetłumaczona, a jeśli to był rzeczywiście błąd, to radykalne kroki, jakie w jego następstwie podjął wtedy Cyrus Vance Jr, wiszą jak gdyby w próżni. Tak, jakby nie mierzono tutaj równą miarą.

Zatem ma się wrażenie, jakby we francuskim powietrzu unosiła się jakaś niewidzialna energia plącząca rozum. Albo, mówiąc językiem Glucksmanna, mieszająca religijną wiarę w niewinność D.S.K. do prawnokarnego śledztwa, w którym dowody wydają się nie być wyssane z palca. Douce France!

Oczywiście nonsensem byłoby twierdzić, że w takim razie amerykańskie instytucje i amerykańskie obyczaje są najlepsze na świecie. Ale wystarczyłoby trochę dystansu: żadne instytucje i żadne obyczaje nie są z definicji najlepsze. Nawet francuskie.

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy