Najnowsza interwencja Uważam Rze

Cywilizacja

Droga na szczyt

Andrzej Horubała

Twardoch z lubością kreśli wizerunki ofiar cielesności, pastwi się nad nimi, wchodzi w ich wnętrza, z sadyzmem pokazuje, jak te powłoki, wory determinują zachowania

Zbiór sześciu opowiadań, które prezentuje Szczepan Twardoch w starannie wydanym tomie „Tak jest dobrze”, sprawia wrażenie późnego debiutu człowieka, który obdarzony talentem, doskonale znając swoje ograniczenia, nie zapuszcza się w tereny, na których ponieść może artystyczną porażkę…

Czytać „Tak jest dobrze” jak dzieło debiutanta! Komplementom i zachwytom nie byłoby końca. Mocne, dobrze skonstruowane opowiadania z wyrazistymi, zaskakującymi nierzadko puentami, panowanie nad językiem indywidualizowanym wyraziście na potrzeby kreowania bohaterów, umiejętna selekcja elementów rzeczywistości „tu i teraz” wsączającej się w tworzone światy.



I wyrastająca na temat główny opowiadań cielesność. Traktowana jako przekleństwo, jako coś, co z jednej strony nas definiuje, nas określa, jest nasze do bólu, z drugiej niesie poczucie winy, obcości, wstydu, wzywa do transcendencji. Ciało – zawsze fałszywa reprezentacja naszego „ja” skrytego gdzieś w głębi, podczas gdy zewnętrzność, powłoka, ta wyćwiczona na siłowniach, pielęgnowana kremami, w gabinetach masażu, katowana dietą, ubrana w drogie garnitury czy przeciwnie: zapuszczona od żarcia, spuchnięta, budząca obrzydzenie, ciało ludzkiego robala, żałosnej tłuściochy… Wszystko to, bez względu na opłakany czy wymuskany stan, w jakim się znajduje nasze mięcho, jest kłamstwem.

Twardoch – jak debiutant – lubi ekstremizmy i ucieka w ekstremizmy. Spotykamy więc na kartach jego opowiadań i potworną grubaskę cierpiącą katusze w szkole z powodu swej nadwagi, i opętanego erotyzmem gładkiego japiszona, self-made mana, i księgowego konsumującego z wyraźną przyjemnością i zarazem z odrazą cały kubeł jedzenia z KFC, i klasowego pięknisia, którego uroda oraz narcyzm skazują na samotność. Widzimy żylastego ojca – kalekę mentalnego i fizycznego, zniszczonego przez historię, i jego syna brzydzącego się własnym białym, miękkim ciałem skazanym na impotencję.

Twardoch z lubością kreśli wizerunki ofiar cielesności, pastwi się nad nimi, wchodzi w ich wnętrza, z sadyzmem pokazuje, jak te powłoki, pokrowce, wory determinują zachowania. Znęca się nad swoimi bohaterami, każe im się pocić, śmierdzieć, jeść i wydalać, ale przede wszystkim brzydzić się sobą. Swoim odbiciem w lustrze, odbiciem w oczach innych.

Twardoch niczym wytrawny debiutant pokazuje, w czym jest dobry. Gdy opowieść o szkolnej tłuścioszce zaczyna nam się dłużyć, gdy wzdychamy już za jakimś przełamaniem fabularnym Twardochowej „Masary”, choćby na wzór „Misery” Stephena Kinga, autor przeskakuje kilka lat w przód, zmienia bohatera, z jego punktu widzenia przedstawia świat, po mistrzowsku odtwarza duchowość typu Nasza-klasa.pl czy Facebook, by w finale opowiadania zejść na poziom obleśnego żartu.

Jest w kreśleniu tych sylwetek pomysłowy, jest sadystycznie dowcipny i okrutny. Gdy pogrążając swego bohatera, nieudacznika, bladą larwę, informuje, że ten nigdy nie pił czarnej kawy, zadowalając się zbożową marki Anatol, gdy gruba dziewczyna podsłuchuje chłopców z klasy, którzy debatują po lekcjach, jak wśród fałd jej ciała odnaleźć tę z biustem, gdy przewrotnie wplata biblijne cytaty do wewnętrznych monologów bohaterów.

Daje próbkę prozy á la Cormac McCarthy, głosząc pochwałę rodziny, w innym miejscu rodzinną sielankę zmienia w koszmar, nie cofając się przed zbezczeszczeniem wszelkich świętości. W paru słowach jest w stanie oddać klimat śląskiego miasta, nastrój zatłoczonego tramwaju, biura, pracowni architektonicznej, by nagle przeskoczyć do groźnych wytworów swej chorej wyobraźni.

I delektować się można prozą Twardocha pod takim wszakże warunkiem, że zapomni się o tym, iż jest to dziesiąta pozycja w dorobku 31-letniego twórcy.

Bo jeśli się będzie pamiętać… Cóż, zerknięcie wstecz uświadomi nam, że Twardoch pisze jakby z tłumikiem, że przecież on, autor wykwintnych esejów, czytelnik Maraia i Lampedusy, pozujący niegdyś na zrozpaczonego konserwatystę, jest tu zaledwie cieniem zapowiedzi, które niosły poprzednie powieści, eseje i opowiadania. Owszem, często niepozbawione wad, artystycznie pęknięte, ale zakrojone ambitniej, a przede wszystkim wspierające się na silniejszej podbudowie filozoficznej i duchowej. Tak jakby Twardoch skapitulował. Tak przed tematami bardziej przylegającymi do rzeczywistości, jak przed własną erudycją, wnętrzem. Jakby uznał, że dojrzałość znaczy samoograniczenie. Jakby uznał, że należy dostroić się do swoich odbiorców i zachowywać jak twórca zsekularyzowany. Udawać, że się nie wie, iż zagadnienia, które stawia, były w centrum uwagi chrześcijaństwa i owocowały filozoficznymi oraz religijnymi sporami, herezjami, wojnami. Skrywać osobiste wątpliwości i głębie. Pogardę dla małych ludzi przyoblekać w pozór współczucia i redukować, redukować, redukować.

Może rzeczywiście autor założył, że to jest jedyny sposób, aby wedrzeć się na współczesny literacki szczyt. Gdy spojrzy się na obecne hierarchie, nie jest to wniosek znów tak przewrotny.

Tym samym można przecież tłumaczyć akces Szczepana Twardocha do tygodnika „Polityka”, gdzie zasila dział „Kawiarnia literacka” doskonale banalnymi miniaturami, uroczymi i skrojonymi jakby na zamówienie pisma dla inteligenckich sierot po PRL. I to Twardoch, autor politycznego thrillera „Przemienienie” inspirowanego lustracyjną działalnością księdza Isakowicza-Zalewskiego! I to Twardoch poświęcający swe dawne opowiadania żołnierzom wyklętym, pokazującym zbrodnie ubeków i długie trwanie komuny sięgające daleko poza rok 1989, sięgające współczesności. Twardoch – niepoprawny politycznie, z rozbuchaną wyobraźnią, kwestionujący zastane style myślenia!

A teraz? Pisarz, wyrosły w środowisku „Frondy”, publikujący w „Arcanach”, „Czwórkach” nagle stroi miny wrażliwego literata wśród kumpli Jerzego Urbana i Daniela Passenta.

Cóż to za przemiana Szczepana Twardocha? Co kazało temu zdolnemu pisarzowi przejść na salony tych, którzy uosabiają wszystko, co najgorsze dla arystokratycznego ducha. Jak czytelnik Maraia i Jüngera może pisać do tygodnika „Polityka”? Z wiedzą, którą eksponował w „Przemienieniu” i „Epifanii wikarego Trzaski”? Jak czuje się wśród postkomunistów?

Przedziwne. Czy sprawił to klimat prawicowego grajdołka, w którym krytyka literacka ograniczała się do żenujących komentarzy w Internecie albo buńczucznego pohukiwania, czy niecierpliwość związana z brakiem uznania i laurów? Trudno mi orzec, nie jestem na tyle wytrawnym znawcą mechanizmów życia literackiego, by wniknąć w motywacje Twardocha.

Zarówno te związane z akcesem do „Polityki”, jak i tomem opowiadań, który choć fenomenalnie przyrządzony, wygląda na świadomy krok wstecz.

Czy jest to cofnięcie się do rozbiegu ku arcydziełu? Być może tak. Twardoch w poprzednich książkach pokazywał przebłyski geniuszu: w „Wiecznym Grunwaldzie”, fantasmagorycznej opowieści o polsko-niemieckim zapętleniu, wspiął się na wyżyny, prezentując nieokiełznaną wynalazczość fabularną i językową, zaś w esejach zamieszczonych w „Wyznaniach prowincjusza” dowodził, że jest osobowością wręcz cierpiącą na przerost samoświadomości. Nieco pretensjonalne gesty odrzucenia polskości w imię śląskiej lokalności, traktowanie chrześcijaństwa jako warunkowego towarzysza intelektualnej podróży przez świat, pozowanie na dandysa dekadenta – to wszystko tworzyło jednak pisarza osobnego, mającego coś oryginalnego do powiedzenia.

Obecna redukcja niepokoi. Ale może maestria Twardocha zaintryguje czytelników i skłoni ich do sięgnięcia po dzieła starsze, a umocnienie jego pozycji na literackiej giełdzie zaowocuje kiedyś odważniejszą prozą. Zobaczymy. Stawka, o którą walczy Twardoch, jest wysoka.

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Piotr BOŻEJEWICZ

Może i koniec, ale nie świata

• TAKO RZECZE [P] •Skoro Obama nawet w części nie okazał się takim cudotwórcą, jak przepowiadali eksperci, to czemu Trump miałby być taki groźny, jak go malują ci sami ludzie?