Najnowsza interwencja Uważam Rze

Tu i teraz

MINISTER EDUKACJI NARODOWEJ KATARZYNA HALL . FOT. PIOTR WITTMAN/FOTORZEPA

Pierwsza Nauczycielka nie dostanie promocji

Piotr Zaremba

Samodzielna, coś po sobie zostawi – tym Katarzyna Hall różni się od większości kolegów z rządu. Tyle że zostawi po sobie lektury czytane w kawałkach, maturzystów produkowanych jak roboty i rodziców rozżalonych, że nikt ich nie słucha

Katarzyna Hall bez spodni! – w ogórkowym sezonie, czyli w połowie sierpnia, był to przez moment główny temat. Zdjęcie „Super Expressu”, na którym minister siedzi na kozetce naprzeciw lekarki ze spodniami opuszczonymi do kostek, było opatrzone ciepłym tekstem. Wynikało z niego, że zajęta do tej pory pracą szefowa MEN znalazła wreszcie czas, aby zadbać o zdrowie.

A jednak tabloid zadał w ten sposób minister bolesny cios. Nawet politycy PO nie bronili jej występu, a pytanie, jak 1 września będą patrzeć uczniowie na zwierzchnika edukacji, było jednym z najłagodniejszych.



Pracowita, niepopularna


Wszystko wskazuje na to, że ten spektakl był marketingowym błędem Katarzyny Hall. Zaczęła się na początku kampanii wpisywać na Twitterze i na Naszej-klasie – to zrozumiałe. Pozwoliła się sfotografować w niepoważnych okolicznościach – to wpadka. Przy tym wpadka zaskakująca, bo minister Hall nie słynęła do tej pory z szukania poklasku i raczej unikała mediów. A z tabloidami miała wcześniej przykre doświadczenia – jak wtedy, gdy „Fakt” rozpętał przeciw niej przesadną kampanię, bo okazało się, że mieszkając w Sopocie, dwa razy w tygodniu jeździ samochodem służbowym do i ze stolicy. Zdaniem popularnej prasy powinna jeździć pociągiem. To podobny nonsens, jak wysyłanie prezydenta i premiera rejsowymi samolotami. Polskę stać na takie dojazdy, jeśli dzięki temu dostanie dobrego ministra spoza Warszawy.

No właśnie, tylko czy Polsce opłaciło się mieć akurat tego ministra? Nie patrząc na moment na Katarzynę Hall przez pryzmat tego nierozsądnego flirtu z tabloidalną poetyką, można zauważyć, że wyróżniała się ona na tle tego rządu pracowitością i uporem w  forsowaniu swoich koncepcji. Większość członków ekipy Tuska po czterech latach pozostała równie bezbarwna i niezauważalna jak na początku tej kadencji. A ona pozostawiła po sobie kilka fundamentalnych przedsięwzięć.

A zarazem była uznawana przez Polaków za jednego z gorszych i mniej popularnych ministrów. Czy było to wynikiem, tak uporczywie powtarzali politycy i medialni doradcy Platformy, jej kiepskiego PR-u? Rzadko tłumaczyła swoje przedsięwzięcia, a kiedy już próbowała to robić, popadała w trochę belferski apodyktyczny słowotok. Jak przystało na wieloletnią, podobno zresztą dobrą, nauczycielkę matematyki w trójmiejskich szkołach.

A może niechęć do Katarzyny Hall była funkcją niechęci i strachu Polaków przed szkołą? Ale wielu ministrów edukacji przed nią takich emocji nie budziło.

Co ciekawe, nigdy nie znalazła dobrej chemii z premierem Tuskiem. Drażniła go podobno, nie umiała jasno wytłumaczyć, o co jej chodzi, zasypywała go szczegółami, których nie rozumiał. On z kolei nie oszczędził jej upokorzeń – jak wtedy, gdy na początku 2009 r. do końca ją zwodząc, odebrał jej na fali budżetowych oszczędności pieniądze na objęcie edukacją sześciolatków, co postawiło pod znakiem zapytania całą reformę.

Bez sympatii premiera

Choć na tle miernych dokonań rządu ona miała czym się wykazać, Tusk ani nie udzielał publicznego poparcia jej koncepcjom, ani się nimi nie chwalił. Jedyne jego znane wypowiedzi na temat reformy szkolnych programów redukującej ogólnokształcący charakter liceów czy na temat posłania sześciolatków do szkół pełne były wątpliwości, a padły na początku kadencji. Przez wiele miesięcy pozwalał jej szykować zmiany, ale nie przesądzał, czy ich nie odrzuci. Potem rząd je mechanicznie przyjął, ale w  całkowitym milczeniu. W wystąpieniach Tuska podsumowujących dorobek czterech lat czy w jego propagandowych artykułach w „Gazecie Wyborczej” próżno by szukać choćby wzmianki o reformach Hallowej. Miał poczucie, że są zbyt kontrowersyjne? Wstydził się ich trochę?

Jedynym gestem wobec wypalonej czterema latami szamotaniny minister było umieszczenie jej na gdańskiej liście poselskiej PO – na trzecim miejscu. Wzbudziło to niechęć miejscowych działaczy, którzy uważają ją raczej za obciążenie. Panuje powszechne przekonanie, że minister jest na wylocie – przejdzie z MEN do Sejmu, gdzie w dużej mierze zostanie zapomniana. Incydent ze spodniami wzmacnia prawdopodobieństwo takiego finału.

Choć wobec znanego przekonania Tuska, że kandydaci na najwyższe urzędy to towar unikalny, niczego nie można przesądzić. Katarzyna Hall dość sprawnie weszła w biurokratyczną rutynę swojego resortu. I to już wystarczy, aby ją akceptować jako ministra na wieki. Chyba że resort edukacji przypadnie koalicjantowi. Na przykład lewicy, która chętnie przyjmie taki prezent.

Poprzeczki w dół

Hall weszła do resortu  sprawnie, ale co zostanie po tej jej rutynie? Po pierwsze reforma programowa, zgodnie z którą podstawowy kurs wszystkich przedmiotów ogólnokształcących trwa tylko do pierwszej klasy liceum, a dwie pozostałe klasy licealne to głównie kurs przygotowawczy do matury.

Gdy dodać do tego kolejne założenie: w przyszłości maturę będą zdawać uczniowie o rok młodsi niż dziś – temu, a nie wydłużeniu czasu edukacji służy posłanie do szkół sześciolatków – wniosek nasuwa się sam.  Uczyć się dla samej wiedzy młodzi ludzie będą w zasadzie tylko do 16. roku życia. Potem muszą dokonać  definitywnego wyboru.

Ten nowy system nie miał szerokiego poparcia – był dziełem MEN-owskiej biurokracji i wąskiej koterii edukatorów z instytutów zajmujących się oświatą. Tak zwane konsultacje wśród nauczycieli – latem 2009 r. – to istna parodia, kazano im wysyłać e-maile, więc ta „dyskusja” nigdy nie doczekała się żadnego podsumowania. Trzeba uczciwie powiedzieć, że opór także był słaby. Głosy sprzeciwu w środowisku nauczycielskim były kwitowane uwagą, że broni ono swoich godzin lekcyjnych, a więc zarobków. Kręgi akademickie okazały się bierne, a wielu rodziców do dziś nie wie, czego ich pociechy będą się uczyły za parę lat.

Grupa historyków i polonistów zorganizowana przez prof. Andrzeja Nowaka z UJ próbowała zainicjować dyskusję przynajmniej wokół zredukowanego kursu podstawowego historii. Dialog tej grupy z MEN trwał dopóty, dopóki wiceministrem był Zbigniew Marciniak. Został przerwany z jego odejściem. Hall nie szukała z tymi ludźmi kontaktu.

Protestujący w obronie historii zwracali uwagę na patriotyczny i obywatelski charakter tego przedmiotu. Ale na tę akurat reformę Hallowej można też spojrzeć inaczej: wczesne wpychanie młodych ludzi na ścieżkę, z której trudno zejść, i wcześniejsze wypychanie ich ze szkół – to pomysł na ich swoistą „produktywizację”. Wyraził to obcesowo minister Michał Boni: „Ktoś przecież musi pracować na nasze emerytury”. To pewnie powód, dla którego z reformą pogodził się Tusk wysuwający początkowo jako historyk zastrzeżenia.

Katarzyna Hall broniła tych założeń, tłumacząc, że wobec masowości oświaty trzeba obniżyć poprzeczkę. Kiedyś zdawało maturę 20–30 proc. młodzieży, teraz 80, potrzebne są więc ułatwienia. Nie tylko w liczbie godzin, zredukowaniu uległy na przykład lektury – coraz częściej czyta się nie całe książki, a tylko ich fragmenty. Razem ze schematycznością kolejnych egzaminów przeprowadzanych według tak zwanego klucza, preferującego gotowe testowe odpowiedzi, tworzy to model premiujący średniaków, a karzący zdolnych. Trochę zgodnie z logiką szkół niepaństwowych, które w wielu przypadkach stały się zakładem usługowym, zaspokajającym potrzeby rodziców i samych uczniów.

Zaganianie sześciolatków

Co ciekawe jednak, nie we wszystkim Katarzyna Hall idzie tak bardzo na rękę rodzicom. Bo proces zaganiania sześciolatków do szkół stał się z kolei wielkim pokazem siły MEN wobec społeczeństwa. Przekonanie, że szkoły, zaniedbane i nieprzyjazne, nie są przygotowane do edukowania małych dzieci, stało u podstaw  ruchu społecznego. Skrzyknięta ad hoc organizacja Ratuj Maluchy Karoliny i Tomasza

Elbanowskich zebrała w tym roku kilkaset tysięcy podpisów pod ustawą odwołującą reformę. Popiera ich, wykazał to sondaż zamówiony przez „Newsweek”, 60 proc. Polaków.

Co ciekawe, na ten protest minister Hall, dawna organizatorka ruchu szkół niepublicznych w Trójmieście, odpowiada z twardością państwowego urzędnika. Uznającego oddolne inicjatywy i próby dyskusji za przeszkodę, którą trzeba zignorować. Kiedy projekt Elbanowskich został złożony w Sejmie, MEN było w stanie wyartykułować tylko tyle, że jest to inicjatywa polityczna i przedwyborcza. Choć akurat jest to autentyczny ruch społeczny słabo związany z opozycyjną prawicą. Jeśli ciążący ku niej bardziej, to tylko dlatego, że w 2009 r. Lech Kaczyński zawetował (nieskutecznie) ustawę o posłaniu sześciolatków do szkół, uznając ją za nieprzygotowaną.

Wszelkie ruchy rodziców są z natury rzeczy nietrwałe: kończą się, gdy ich dzieci przechodzą na wyższe piętra edukacyjne. Ale dziś upór Elbanowskich ma solidne podstawy: przebija z nich coraz bardziej konserwatywna, trochę rodem z Ameryki, nieufność wobec wszechwiedzącego państwa. Ale tę nieufność wyhodował sam resort Katarzyny Hall.

Tak pisali niedawno twórcy ruchu Ratuj Maluchy: „Rodzice w szkole mają wyznaczone miejsce. Na małym krzesełku, w ławeczce, gdzie siedzą w czasie wywiadówki, zadzierają głowy i słuchają pani wychowawczyni. Potakują, notują terminy oraz kwoty dobrowolno-obowiązkowych danin na rzecz szkoły. Podobnie rzecz się ma z reformą edukacji. Grzeczni rodzice mają uważnie słuchać Najważniejszej Nauczycielki. Nie myśleć za dużo, nie pytać. Przyjmować na wiarę, racjonalizować sobie wszystko, co usłyszą, nawet jeśli rozum się buntuje (…). Powinni być posłuszni, ale już nie są. Rodzice zrobili się niegrzeczni”.

Ten konflikt uwidacznia się nawet w drugorzędnych debatach, jak w niedawnym uporze MEN, aby gromadzić dane wrażliwe o uczniach nie tylko w szkołach, ale w centralnej bazie komputerowej. Opozycja wszystkich barw protestowała, widząc w tym niebezpieczeństwo manipulowania tymi danymi przez biurokrację. Katarzyna Hall nie widziała problemu, choć jako dawna nauczycielka szkół niepublicznych powinna widzieć za protestującymi posłami mających prawo do przewrażliwienia rodziców.

Na początku kadencji, mimo wcześniej deklarowanych konserwatywnych poglądów, minister wyrzuciła na śmietnik wszystkie przedsięwzięcia poprzedników. Także te, jakie miały uczynić szkołę bardziej tradycyjną i uchronić uczniowską większość przed tymi, którzy nie chcą się uczyć, ale chcą rozrabiać. Wśród drwin kasowano wszystko – od mundurków będących symbolem, po pomysł Romana Giertycha, aby łatwiej można było relegować jednostkę niechcącą się poddać dyscyplinie. Na to miejsce nie zaproponowano niczego – poza konwencjonalnymi środkami, takimi jak ewentualne interwencje szkolnych pedagogów.

Strach przed szkołą

Choć w paru momentach pani minister oparła się naciskom środowisk skrajnie liberalnych (chcących na przykład ograniczać szkolną katechezę), proponowany przez nią system edukacji jest do bólu poprawny politycznie. Na tyle poprawny, że podczas jej wizyty w zespole szkół katolickich we Włocławku, gdy występowała na tle panoramy miasta, jej rzecznik kazał wcześniej zasłonić widoczny w  centrum zdjęcia krzyż. Był to krzyż upamiętniający śmierć księdza Popiełuszki.

Zarazem jest to system niezadowalający nikogo. Wojna z rodzicami przy okazji sprawy sześciolatków pokazuje polską szkołę bardziej jako pole dominacji biurokracji niż autentycznej rozmowy z rodzicami. Pani minister powołuje się na wolę tych rodziców, gdy trzeba obniżać szkolną poprzeczkę. Ale ignoruje ją, gdy chce przeforsować eksperymenty rodzące się w gabinetach edukatorów. Może dlatego Tusk tak niechętnie się nią chwali.

W przyszłej kadencji jeśli PO będzie nadal rządzić oświatą, nie będzie już miała tak łatwo. PiS, przez większość poprzedniej kadencji bierny w sprawach edukacyjnych, zaczyna się budzić. Obecność na listach poselskich Andrzeja Waśki, wykładowcy na Uniwersytecie Jagiellońskim i publicysty „Arcanów”, krótkotrwałego wiceministra edukacji w 2007 r., ma zapewnić prawicy wyrazisty głos w tych sprawach. Waśko miał być już teraz partnerem do debaty Katarzyny Hall. Nie doszło jednak do niej. Ale nie znaczy to, że nie będzie ona miała miejsca w przyszłości. – Polskiej szkole potrzebna była stabilizacja, pani Hall zafundowała jej nową rewolucję, z rewolucji wynikł chaos – tłumaczy Waśko „Uważam Rze”.

Czy to tylko obawy prawicy? Minister niewątpliwie ma obrońców, na przykład „Wyborcza” udzieliła jej głównym reformom poparcia, choć narzekała  na wykonanie. Wielu nauczycieli jest sceptycznych wobec jej przedsięwzięć, ale Jan Wróbel, publicysta i dyrektor społecznego liceum, chwali jej odwagę w „reformowaniu polskiej szkoły taką, jaką ona jest”. – Hallowa jako pierwsza próbuje stworzyć jedną całość z programu liceum i gimnazjum – mówi Wróbel. Choć i on ma do niej pretensje, na przykład o brak wyraźnego wsparcia dla szkolnictwa niepublicznego.

Z drugiej strony arcyprogresywny „Newsweek” zauważył na marginesie debaty o sześciolatkach, że Polacy zaczęli się znowu bać szkoły. Autorką tekstu była Zofia Wojtkowska, która ma dzieci w odpowiednim wieku, aby być w tej dyskusji stroną. I chyba to jest istotniejsze niż pytanie, jak wypadła pani minister bez spodni.

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy