Najnowsza interwencja Uważam Rze

Tu i teraz

PIOTR KURYLO PRZEBIEGL SAMOTNIE DOOKOLA ZIEMIE W JEDEN W ROK. MARATONCZYK PROMUJE W TEN SPOSOB POKOJ NA ZIEMI FOT. RAFAL GUZ / FOTORZEPA

Wielki człowiek z małej wioski

W intencji pokoju obiegł samotnie kulę ziemską. Piotr Kuryło, maratończyk z Pruski Wielkiej, małej wioski na Podlasiu, po przebyciu 20 tys. km zawiesił buty na kołku i zapisał się na... kurs prawa jazdy

Piotr Szymaniak

Pruska Wielka to około 50 gospodarstw. Kościoła nie ma, szkoła kiedyś była, ale ją zamknęli i – jak mówią mieszkańcy – „teraz lokatory tam siedzą”. No i jeden sklep wielobranżowy, wokół którego koncentruje się życie mieszkańców. Czas płynie niespiesznie w jednostajnym rytmie. Zupełnie jak w biegu na długim dystansie, krok za krokiem bez szaleńczych sprintów, ale stale do przodu.

Tu mieszka Piotr Kuryło, który zamiast uprawiać jak wszyscy kukurydzę, żyto czy hodować krowy, biega.

– Co? Mówią, że „crazy”, wariat, polski Forrest Gump? – dopytuje się nasz bohater na wieść o tym, że od kilku godzin rozmawiam na jego temat z mieszkańcami wsi. – Nie tymi słowami – odpowiadam. – Bo nie widzieli tego filmu, ale już w Augustowie tak mnie nazywają – przyznaje człowiek, który samotnie obiegł świat.

Szczupły, drobny, nie sprawia wrażenia bohatera, choć część wsi właśnie tak go trochę postrzega: – Dwóch ludzi chciało Rosję zdobyć: Napoleon i Hitler, a doszli tylko do Moskwy. On pokonał jednego i drugiego. Nasz Kuryło. I to powinno być zapamiętane. Bez zabezpieczeń, asekuracji, sztabu. Trzeba mieć charyzmę, by podjąć takie wyzwanie – docenia Stanisław Krupiński, jeden z bogatszych mieszkańców Pruski Wielkiej.trans.gif

Ale widzą w nim też nieszkodliwego wariata. No bo kto to widział tyle biegać? – Jak tak dalej będzie, to się wykończy. Codziennie tyle kilometrów  – mówi Leszek Wiśniewski, sąsiad z Pruski. – Piotruś z bratem, który biega, kiedyś też mieli pole. Ale potem w to bieganie weszli i zrezygnowali. Jeden nie zdąży wrócić, a drugi już wybiega. Piotrek dopiero co świat obiegł, a Paweł już w Polskę wyruszył.

Pod sklepem o tym, że sąsiad przemierzył 20 tys. km, wiedzą wszyscy. Część słyszała nawet, że w intencji pokoju na świecie. Największy szacunek wzbudza  jednak tym, że przebiegł Syberię.

– Moją matkę trzy tygodnie wieźli na Sybir, pociągiem, a on na piechotę – kręci głową Tadeusz z pobliskich Biernatek.  A sędziwy pan Zygmunt Krupiński stwierdza: – Nogi wytrzymali i płuca. My myśleli, że on zginie, tak przeważnie tam w tej Rosji. Ale to są takie chłopy, co jak postanowią, to wykonają.

Na potwierdzenie tych słów krewny pana Zygmunta, Jan, opowiada nam, jak to kiedyś u Kuryłów spalił się dom. – Chałupa była drewniana, więc po 15 minutach już nie było czego gasić. Ich ojciec już wtedy nie żył. No i oni we dwóch, wtedy jakieś 18 lat mieli, sami murowany dom postawili. I stoi do dziś.

– Oj, uparte te moje dzieciaki – mówi pani Anna Kuryło, w czasie pielenia cebuli. – Najpierw dla żartu biegali. Brali udział w maratonach. A w ubiegłą zimę zachodzę do Piotrka, a on przy globusie siedzi i już coś kombinuje. Mówię więc mu: „Nie rób rzeczy niemożliwych!”. Ale co zrobisz z uporem? Nie posłuchał.

– Nikt nie rodzi się mistrzem, tylko się nim staje – lubi powtarzać biegacz. Był już po trzydziestce, kiedy zobaczył w telewizji, że we wrześniu będzie Maraton Warszawski. Choć to był maj, postanowił, że pobiegnie. Zaczął od treningów dookoła domu, bo wstydził się wyjść na drogę.

– Kiedy wybiegłem zrobić 15 km, to ledwo do domu wróciłem, a gdzie maraton? A potem pobiegłem w następnym i następnym, aż uzbierało się ich ponad 50 – opowiada sportowiec.

Z czasem zaczął go sponsorować Józef Wiszniewski, biznesmen z Augustowa. Potem, gdy został już profesjonalnym długodystansowcem, został na pół etatu zatrudniony w jego przedsiębiorstwie budowlanym Ślepsk.

Sąsiedzi wspominają, że kiedyś nawet był sołtysem. – Ale zrezygnował, w końcu powinien być nim rolnik, a on w innym kierunku patrzył – przypomina pan Zygmunt Krupiński. – Tylko co on z tego ma? – dodaje.

Są i tacy, na których nie robi żadnego wrażenia. – No obiegł. I co? – wzrusza ramionami jeden z rolników.  – Wy żyjcie wrażeniami, a my żyjemy tym, co mamy – jakby na usprawiedliwienie dodaje jedna z mieszkanek wsi. Za to pani Teresa Bartoszewicz, jedna z tych nowych, którzy zamieszkali w byłej szkole, nie ma wątpliwości:

– Osobiście go nie znam, ale to wspaniały człowiek. To zaszczyt dla wsi, że ma takiego mieszkańca. Nie każdy może się tak poświęcić. Tyle tragedii, tyle wojen jest przecież na świecie. To niesamowite, że chociaż jeden człowiek znalazł się, który podjął ten trud. Nie wiem, czy ten bieg coś zmienił, ale sama idea jest wspaniała.

Od czasu, gdy Piotr wrócił, minął już jakiś czas, ale we wsi mało kto go widział. – W Augustowie była wielka feta, powitanie, ale nie byłem. Jakoś się zapomniało – przyznaje Jan Krupiński.

Dziwi to też Stanisława Wiśniewskiego, jednego z najstarszych mieszkańców wsi (musimy wierzyć na słowo, bo nie wygląda wcale na 80 lat). – Wie pan, czego się obawiam? Po wojnie furman z mleczarni codziennie zbierał śmietanę z wioskow. Potem przyszły samochody i konia wystawili na sprzedaż. Kupił go jeden z rolników, ale ten koń mu zaraz osztywniał. W ogóle nie mógł chodzić – snuje opowieść Wiśniewski. – Zawezwano weterynarza, coby wskazał, co temu stworzeniu takiego jest. I ten weterynarz orzekł, że tym koniem trzeba teraz codziennie jeździć. Tak samo i Kuryło. Teraz będzie pewnie musiał ciągle być w ruchu – przewiduje.

W obronie honoru

Ale Piotr Kuryło zawiesił buty na kołku. – Obiecałem, że nikt mnie więcej biegnącego nie zobaczy – zapewnia. – Jak to przestał? Że nie zdążył wypocząć chyba? – nie wierzy jego mama. Wieś o tym nie wie. Decyzja jest ponoć nieodwołalna.

– Obiecałem to moim bliskim. Przez te lata biegania rodzina zubożała, wyjazdy i sprzęt kosztują, tymczasem trzeba się zająć dorastającymi córkami. Poza tym, może to dziwnie zabrzmi, ale ja wyruszając w swoją podróż życia, nie lubiłem już biegania. Nie jako sportu, tylko tego mojego fanatycznego biegania, które stało się moim nałogiem – mówi Kuryło.

Przyznaje, że decyzję o zaprzestaniu biegania pomógł mu podjąć incydent z Grecji. Polski Związek Lekkiej Atletyki oskarżył go o pobicie innego biegacza. – Mam powiedzieć prawdę? Oberwał. Obraził publicznie moją żonę. Ale niczego nie żałuję. Każdy mężczyzna powinien bronić honoru swojej żony – zaznacza.

Piotr Kuryło specjalizował się w biegach długodystansowych i  biegach 24-godzinnych. Z sukcesami startował jako reprezentant Polski.

Zawsze chciał zrobić coś wielkiego, bo – jak mówi – nie ma ludzi z małych wsi, tylko z małymi marzeniami. Na realizację tych wielkich potrzebne były jednak pieniądze, które wyłożył wspomniany biznesmen Józef Wiszniewski.

I tak 7 sierpnia 2010 r. wyruszył samotnie, ciągnąc wózek, na który zapakował najpotrzebniejsze rzeczy. Na nim widniał napis w sześciu językach (polskim, niemieckim, francuskim, hiszpańskim, rosyjskim i litewskim): „Proszę wszystkich ludzi, a przede wszystkim liderów wojujących krajów – zawrzyjcie pokój!”. – Nie chodziło o to, by przebiec wszystkie kontynenty czy pobić jakieś rekordy. Liczyła się idea, natomiast jeśli chodzi o trasę, to chciałem po prostu wyruszyć na zachód takim szlakiem, by potem wrócić do domu ze wschodu.

Ruszył do Niemiec, potem były: Holandia, Belgia, Francja, Hiszpania i Portugalia. Z Lizbony do Nowego Jorku poleciał samolotem. – Jeszcze w Europie straciłem wózek, który był jednocześnie kajakiem, i  o mało się nie utopiłem. Potem przez trzy dni niosłem wszystko na plecach. Piłem wodę, którą wyciskałem ze śpiwora, bo wszystko straciłem – wspomina. – W rezultacie wyglądałem jak włóczęga, więc ludzie stronili ode mnie. Zdarzyło się, że ktoś poszczuł mnie psem. Ale to było już po moim spotkaniu z wilkiem w Pirenejach, więc co mi mógł zrobić jakiś burek – opowiada.

Nikt nie wiedział, ile pieniędzy zostało na kontynuację wyprawy. Gdy wylądował w Stanach, okazało się, że ma tylko 19 dolarów. – Tyle miało mi wystarczyć na przebycie USA i Rosji. A ja po angielsku umiałem tylko powiedzieć Marathon Peace, New York, Los Angeles. Pomagali mi Polonia i ludzie spotkani na trasie – wyjaśnia.

W kościołach czy domach kultury opowiadał o biegu, pokazywał zdjęcia czy filmy. Dzięki zbieranym wtedy datkom miał fundusze na kontynuowanie podróży.

Przepraszam, czy tu zjadają?

Z Nowego Jorku przez 12 stanów dobiegł do Los Angeles i potem wybrzeżem Pacyfiku do San Francisco, gdzie na moście Golden Gate zakończył amerykański etap trasy. Następnie samolotem do Władywostoku, gdzie zaczął się najtrudniejszy etap trasy.

– Syberia. Jak nie odmrożenia, to komary, ale za to najwspanialsi ludzie na świecie. Chociaż gdy zaprosili mnie do bani, której wcześniej nie znałem, najadłem się strachu. Mała szopka, z której unosi się dym... Myślę sobie: no to fajnie, była ciężka zima, pewnie przerzucili się na ludzi – śmieje się maratończyk. – Idea pokoju spotkała się ze zrozumiem wśród ludzi różnych wyznań i różnych poglądów politycznych, np. w Azji pomagało mi wielu muzułmanów, a w Stanach Indian. A co było najcięższe? Samotność. Gorsza od warunków atmosferycznych czy kontuzji. Nie do wytrzymania.

Do Augustowa dotarł po zdarciu 15 par butów,  6 sierpnia.

Teraz chce zostać ochroniarzem. Zapisał się na kurs prawa jazdy, na który – według słów jego mamy – wcześniej brakowało mu... odwagi.

– Obiegł świat i wreszcie się namyślił – kwituje staruszka. Poza tym urządził sobie siłownię, a w garażu powiesił worek treningowy i ćwiczy sztuki walki. Przez tyle lat biegania ma powiększone serce i płuca. Gdyby rzucił sport, miałby problemy. Zupełnie jak koń z mleczarni z opowieści pana Stanisława. 

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Andrzej Sadowski

Wolność tak, ułatwienia nie

• RAZ POD WOZEM, RAZ POD WOZEM • Dopóki rządzący w Polsce będą mówić o ułatwieniach i ulgach dla przedsiębiorców, a nie o przywróceniu wolności gospodarczej, dopóty nie wybijemy się na ekonomiczną niepodległość

Anna Czyżewska

O wynagrodzeniu bez tabu

Zdecydowana większość pracowników uznaje, że rozmowę o podwyżce powinien zainicjować szef. Polacy nie są mistrzami negocjacji. Strategia biznesowej polemiki to wizytówka przedsiębiorcy