Najnowsza interwencja Uważam Rze

Tu i teraz

JANINA PARADOWSKA. FOT. DOMINIK PISAREK/FOTORZEPA

Zupełnie inny styl

Janina Paradowska – nieskomplikowana i pewna swoich racji, przewidywalna w swoich fobiach, idealna w czasach łopatologicznych podziałów

Piotr Zaremba

Wszyscy doskonale znają pani poglądy, natomiast bardzo niewiele wiadomo o pani życiu. Porozmawiajmy zatem o nim – tak zaczyna Marta Stremecka wywiad rzekę z Janiną Paradowską. – Tylko czy ono jest ciekawe? – odpowiada pytaniem dziennikarka. Ano właśnie.

Niezamierzone dowcipy

W pierwszej części książki „A chciałam być aktorką…”, tej do 1989 r., nie znajdziemy ani ciekawych obserwacji życia PRL, ani zbiorowego portretu środowiska dziennikarskiego, ani interesującej spowiedzi osobistej. Jest sprawozdanie, suchawe, ślizgające się po zjawiskach i faktach. Opowieść osoby, która przyjmowała kolejne zdarzenia jako dar losu, ale się nad nimi nie zastanawiała.  Tu kogoś poznałam, tam gdzieś byłam. Tyle.

Czasem pojawiają się dowcipy. Ale niezamierzone. Jak wtedy, kiedy Paradowska opowiada, że pracując w organie Stronnictwa Demokratycznego, „Kurierze Polskim”, wstąpiła do PZPR w swoistym akcie nonkonformizmu. Bo w redakcji wszyscy należeli do sojuszniczego SD. I co prawda już z następnego zdania wynika, że nie wszyscy, że była tam cała organizacja partii matki, ale takich niekonsekwencji będzie więcej. Nie zamierzam się natrząsać z PZPR-owskich akcesów. Motywacje były zróżnicowane. Po prostu dla młodszych czytelników to brzmi  abstrakcyjnie, a ten akurat „powód” jest absurdalny.trans.gif

Używając ulubionej frazy samej Paradowskiej, na pewnym krakowskim przyjęciu zastanawialiśmy się ostatnio, co spowodowało, że wydawnictwo Czerwone i Czarne chciało wywiadu rzeki właśnie z nią. – Taki Daniel Passent – osoba cyniczna i umoczona – namalowałby może nie całkiem szczery, ale barwny obraz epoki – zauważyłem. Mój znajomy z kręgów okołoplatformerskich uśmiechnął się: „No tak, ale on dziś nic nie znaczy, a ona tak”. Krótko mówiąc, celebrytka stająca przed niełatwym zadaniem powiedzenia czegoś ciekawego.

Paradowska oznajmia, że stała się upolityczniona wraz z nastaniem „Solidarności”, ale niewiele się o tym jej uświadomieniu dowiadujemy, poza tym, że działała w „Solidarności”, a w stanie wojennym nie chciała wraz z kolegami wyjść z zawodu. Maciej Łukasiewicz, wtedy jej kolega z redakcji,  wystawił jej w „Weryfikacji” niepochlebne świadectwo, co zresztą ona uczciwie odnotowuje – w jednym zdaniu. Wtedy jedyny raz przyznaje się do wątpliwości.

Idealna poprawność


W latach 70. i 80. pilnie czytywałem gazety. Ale kogoś takiego nie znałem. Nie była ani po stronie tych, którzy z hukiem ogłosili, że chcą być uczciwi, ani nie stała się jak Passent gwiazdą propagandy stanu wojennego. Sama niewiele ma do powiedzenia o własnym dziennikarstwie. Pisała w „Kurierze” o turystyce i jeździła na wycieczki. W „Życiu Warszawy” o szkolnictwie wyższym.

Skąd jej niesłychana kariera po roku 1989?  Ani Stremecka o to nie pyta, ani ona nie próbuje sama odpowiedzieć.

W tematyce politycznej była nowicjuszką jak wszyscy. Takiego dziennikarstwa przed 1989 r. po prostu nie było. Ale już w latach 1991–1992 jest majestatycznym autorytetem fetowanym przez państwową telewizję i radia. Było zapotrzebowanie na kogoś takiego: nieco belferską komentatorkę wiedzącą, komu się należy panegiryk, a komu bura.

Z dala od polityków?

Ma zalety: jest pracowita, do dziś, pisząc zza biurka, przychodzi do Sejmu, choć nie musi, ale jej sława to przede wszystkim idealna słuszność poglądów. Na początku lat 90. miała na koncie króciutki i przemilczany w książce flirt z prawicą. Zdzisław Najder opowiadał, jak to rozważano jej kandydaturę na stanowisko rzecznika rządu Olszewskiego. Ale potem trafia do „Polityki” i choć, jak sama opowiada, Passent patrzył na nią podejrzliwie, przebije w gorliwości wypowiadania słusznych poglądów także i jego.

W książce oburza się na „bratanie się dziennikarzy z politykami”, opowiada ze zgorszeniem, jak to młodsi koledzy byli na „ty” z posłami PiS. Pytana, czy sama się nie brata, odpowiada z rozbrajającą szczerością: „Jestem na »ty« z bardzo wąską grupą polityków”. Wymienia Suchocką, Bieleckiego czy Tuska. Dlaczego jednak niedawno widziałem panią redaktor mknącą przez sejmową restaurację z okrzykiem: „Czarek, Czarek?”. Adresatem okrzyków był Cezary Grabarczyk. Z grupy wąskiej czy szerokiej?

Sama Paradowska swój dystans do polityki pojmuje szczególnie: w innym miejscu książki opowiada, jak odradzała Waldemarowi Kuczyńskiemu i Teresie Kamińskiej powoływanie Lecha Kaczyńskiego do rządu Buzka. Czy dziennikarz ma do czegoś takiego prawo? Coś takiego się nieraz  zdarza, tylko po co te pełne niesmaku pouczenia kierowane tak naprawdę w jedną, prawą stronę?

W latach 90. na kongresach Unii Demokratycznej na Paradowską czekało krzesło – nie wśród dziennikarzy, ale honorowych gości. Potem,  gdy nastał czas SLD, tłum dziennikarzy czekał na Rozbrat na ukazanie się Leszka Millera, a ona ukazywała się wraz z nim, po drugiej stronie wcześniej zaryglowanej kraty. Teraz cała czołówka PO, z liderem Tuskiem, który znalazł na to czas podczas kampanii, pospieszyła na promocję tej książki. Według Janusza Palikota premier tylko z niej był zadowolony.

Paradowska o swoich poglądach mówi w książce nie za wiele. Jeśli przywiązanie do tradycji „Solidarności”, to tak naprawdę kult Wałęsy (dobrze widziane), jeśli obrona Kwaśniewskiego przed „oszczercami”, to bez żadnych „ale”. W „Nosorożcach” Ionesco ludzie zmieniają się w te przemiłe zwierzęta, idealnie takie same, ale niektórzy zachowują resztki indywidualności, na przykład słomkowy kapelusz. Pani redaktor to uosobienie dogmatów III RP bez kapelusza, bez cienia odstępstwa od ortodoksji.

Ludzkim elementem jest słabość do ciuchów i miłość do zmarłego męża – nigdy najmniejsza wątpliwość polityczna. Owszem, opowiada, jak to ceniła Lecha Kaczyńskiego i była przeciw jego wyśmiewaniu za „Irasiady”. Gdy żył, nigdy tego nie napisała.

Zawsze wierna

Nie zachwiała się, kwestionowała aferę Rywina, tak jak dziś kwestionuje hazardową, gdy tylu się złamało, miało wątpliwości, nawet ludzie z jej redakcji, nawet Tomasz Lis. Okazało się to jak znalazł, gdy PO stała się partią establishmentu, nieprzypadkowo Tusk ceni tylko ją.

To jest paradoksalnym powodem jej przetrwania w świecie Internetu i tabloidów, na które zresztą się zżyma. Jest tak pewna swoich racji, przewidywalna w swoich fobiach, że pasuje do czasu łopatologicznych podziałów. Przypomina księżnę w przedrewolucyjnej Francji, zgorszoną widmem rewolucji. Wtedy batożono chłopów, teraz krnąbrnych pampersów powinno się przekładać przez kolano.

W przeglądach prasy w Tok FM zawsze wyśmiewa krytyków rządu. Nie boi się śmieszności i dla wielu ludzi śmieszna nie jest, myślą tak jak ona. Na pewnej naradzie w „Polityce” ktoś z jej zespołu przekonywał ją, że PO zawłaszcza spółki zupełnie tak samo jak PiS. – No tak, ale przyznacie, że robią to w zupełnie innym stylu – odpowiedziała. Czyż nie urocza?

W ostatniej części książki próbuje opowiadać o politykach, których poznała. Nie urodziło się nic ciekawego: widziała i słyszała dużo, ale jednych wielbi, drugimi gardzi. Z tego nie powstają ciekawe charakterystyki.

Stremecka mogła ją spytać o dwójmyślenie, ale nie padło takie pytanie. Ta wieloletnia pogromczyni spiskowych teorii obrzucała Janusza Kurtykę najstraszniejszymi podejrzeniami związanymi z objęciem przez niego prezesury, bez bawienia się w słuchanie drugiej strony. Pod tym względem przypomina najbardziej hardcore’owych jastrzębi prawicy, tyle że w przeciwieństwie do nich ma poczucie bezkarności. Jest wrażliwa na punkcie stylu, ale nie wtedy, gdy śmieje się z dowcipów Palikota na temat nieżyjącego Przemysława Gosiewskiego na włoszczowskim peronie.

I jest w tym naturalna. Jej po prostu do głowy nie przychodzi, że może nie mieć racji. W książce zarzuca mi, że kłamałem na temat audycji „Gorąca linia” nadawanej  w TVP i zdjętej na początku 1994 r. przez ekipę Walendziaka. Twierdziłem, że to przykład dominacji w mediach nawet nie jednej opcji, a  „Polityki”. Jej zdaniem nie – jednym z trzech prowadzących był zaledwie zaprzyjaźniony z tą redakcją Andrzej Jonas.

A fakt, że jedni dziennikarze „Polityki” gościli w studiu innych dziennikarzy „Polityki”? Że gościem Paradowskiej bywał Jerzy Baczyński? Czy to ma coś wspólnego z monopolem? Mieć nie może, skoro robimy to „my”. Z natury rzeczy bezgrzeszni, lepsi od reszty świata.

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Ewa Bednarz

Kredyt z plastiku

Tylko część banków decyduje się na wydawanie przedsiębiorcom kart kredytowych. Znacznie chętniej oferują im dużo kosztowniejsze karty obciążeniowe

Hubert Kozieł

Czy Podesta zadławi się pizzą?

• SPISKOWA TEORIA WSZYSTKIEGO • Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych były wielkim zwycięstwem zwolenników spiskowej teorii dziejów. Potwierdziły bowiem wiele ich tez