Najnowsza interwencja Uważam Rze

Biznes

GRZEGORZ SCHETYNA, MARSZALEK SEJMU. FOT.DAREK GOLIK/FOTORZEPA

Poseł to na papierze brzmi dumnie

Janusz Rolicki

Od lewego

Pytałem kilku byłych posłów, co było dla nich najtrudniejsze w czasie posłowania. Niemal wszyscy stwierdzili, że rozziew pomiędzy oczekiwaniami poprzedzającymi wybór a realnymi możliwościami każdego z nich, po wybraniu ich na posła. Schody zaczynają się zaraz po ukonstytuowaniu Sejmu. Z dnia na dzień okazuje się, że wybraniec narodu nie jest kimś nadzwyczajnym i mającym wpływ na realną politykę, lecz jedynie trybikiem w partyjnej machinie. Karbowi partyjni zabiegają o jedno: obecność na głosowaniach. Co natomiast sądzi poseł o polityce swej partii, mało kogo już obchodzi. Ponieważ ustawodawca, jak na polskie realia, bardzo dobrze rozwiązał sprawy bytowe posłów, każdy wie doskonale, ile ma do stracenia. Są to, można powiedzieć, słodkie pęta. Bo każdy poseł, jak uważa, idzie do Sejmu nie na jedną kadencję.

A posłowanie, poza pensją i dietą, zapewnia fundusze na biuro poselskie, pracowników, „chatę” w Warszawie, opłacone koszty przelotów i przejazdów, immunitet. Do tego dochodzą bezprocentowe kredyty, tanie restauracje sejmowe itd. itp. Wybór na posła zapewnia więc świetny wikt i opierunek. A mimo to wszystkim posłom, poza tymi, którzy „robią politykę”, doskwiera i wręcz ich frustruje brak realnego wpływu na politykę. Podobno można dostać rozdwojenia jaźni, gdy się zważy na to, co naprawdę może poseł, a co myślał, że może, przed wyborem na to stanowisko. Posłowie wręcz mówią o ubezwłasnowolnieniu. I coś jest na rzeczy, skoro nawet w wypowiedziach medialnych mówią tekstami przygotowanymi przez władze swych klubów. Czy jest na to jakieś lekarstwo? Sadzę, że na te dolegliwości lekiem byłoby zmniejszenie liczby posłów do 100. Dziś partia zwycięska ma na Wiejskiej 208 posłów. Wielu z nich ma praktycznie mniejsze szanse spotkania ze swym premierem niż dziennikarze. Natomiast w 100-osobowym Sejmie klub zwycięski miałby 40–50 osób, w związku z czym liczyłaby się każda poselska dusza. Politykę musiałby w Sejmie „robić” premier, a nie jedynie dawać posłom zadania do wykonania. Nie jest to problem bez znaczenia. Od rozwiązania powyższych dylematów zależy jakość demokracji, a tym samym i jakość naszego życia.

Do prawego

Jerzy Jachowicz

Kiedy patrzę, jak Schetyna walczy do ostatniej kropli krwi, myślę, że bliskie prawdy jest powiedzenie: „Łatwo się wdrapać na górę, trudniej z niej zejść”. A kto chciałby spadać? Od dnia po ogłoszeniu wyników obecnych wyborów do parlamentu Grzegorz Schetyna wiedział, że praktycznie przypieczętowany jest jego los. Że w pierwszej dekadzie listopada straci stanowisko marszałka Sejmu na rzecz pewnej damy dworu premiera Tuska. Końcowe zaś dni października są ostatnimi chwilami jego panowania w parlamencie. Czerpiąc jednak nieustannie natchnienie ze słów szefa swojej partii z października 2009 r., który powiedział wtedy, że wysyła Schetynę do Sejmu na wojnę z PiS, do ostatniego tchnienia swego marszałkowania starał się wypełnić powierzoną mu, jakże odpowiedzialną misję (nie mylić z e-misją programów TVN, zwalczających PiS). Właśnie teraz, gdy stracił już aureolę marszałka, gdy zszarzał jakoś i spowszedniał, gdy przestał być zauważany, przemykając po cichu wzdłuż ścian sejmowych korytarzy, gdy nawet partyjni koledzy zaczęli podobno z niego dworować, przesyłając sobie śmieszne, ale też uwłaczające jego dumie i aspiracjom politycznym SMS-y, on niespodziewanie, niczym zraniony ciężko dzik, w ostatnich konwulsjach zbliżającej się nieuchronnie marszałkowskiej śmierci, postanowił stoczyć jeszcze jedną bitwę z PiS.

Tocząc pianę nienawiści z ust i wyszczerzając swe złowrogie polityczne kły (pan marszałek zapewne się nie obrazi, bo to tylko taka przenośnia), wyrzucił z Sejmu dwóch nowo wybranych posłów PiS. Prokuratorów w stanie spoczynku – Bogdana Święczkowskiego i Dariusza Barskiego, choć wiadomo, że czynnie zawodu nie uprawiają. Skreślonych przez niego posłów pewnie przywróci Trybunał Konstytucyjny. Złośliwcy mówią, że Schetyna chciał obydwu prokuratorów przeczołgać i poniżyć, ale ja w to nie wierzę. Żeby tylko bój z dwoma prokuratorami, pewnie traktowany przez niego jako ostatnia deska ratunku przed odstawieniem go na boczny tor, nie okazał się ostatnim gwoździem do trumny. Często bowiem bywa tak, że temu, kto ostrzy zatrute strzały, odpłaca dzieło własnych rąk.

Poprzednia
1 2

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Piotr BOŻEJEWICZ

Może i koniec, ale nie świata

• TAKO RZECZE [P] •Skoro Obama nawet w części nie okazał się takim cudotwórcą, jak przepowiadali eksperci, to czemu Trump miałby być taki groźny, jak go malują ci sami ludzie?