Najnowsza interwencja Uważam Rze

Felietony

Endecja zamiast sanacji

Rafał A. Ziemkiewicz

Współcześnie patrzymy na międzywojenny parlamentaryzm oczami piłsudczyków. Co by się jednak stało, gdybyśmy przestawili zwrotnicę dziejów, jaką stanowił przewrót majowy

Można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że gdyby Rzeczpospolita Polska pozostała państwem demokratycznym, dominującą rolę odgrywałyby w niej ugrupowania wyrosłe z tradycji Narodowej Demokracji i Romana Dmowskiego. Teza ta bazuje nie tylko na wynikach wyborczych przed rokiem 1926 i – mimo wszelkich manipulacji sanacji – po nim. Świadkowie z epoki również jednoznacznie wskazują na endecję jako tę siłę, która najlepiej komunikowała się z większością Polaków. Jerzy Giedroyc jeszcze w roku 1981 tłumaczył Barbarze Toruńczyk: „Endecy właściwie rządzą większością tego narodu… To jest mentalność, jak sądzę, bardzo wielkiego procentu tego społeczeństwa, i to jest dodatkowo wzmacniane przez sojusz z Kościołem… I tak było zawsze. Od 1863, przez 1905, 1914 – ugrupowania lewicowe były zawsze w znakomitej mniejszości. Społeczeństwo było po drugiej stronie”.

Pomińmy tu, na ile ta wypowiedź, fundamentalna dla zrozumienia celów i sposobów działania po roku 1989 środowisk skupionych wokół Geremka, Kuronia i Michnika, miała się do rzeczywistej sytuacji w schyłkowym PRL, od którego realiów Giedroyc był oderwany. W odniesieniu do sytuacji międzywojennej można mu wierzyć. Społeczeństwo było w większości po stronie endecji.


Spróbujmy przestawić zwrotnicę dziejów, jaką stanowił zamach majowy. Może Piłsudski, który tego dnia do ostatniej chwili żadnego zamachu nie planował, nie wyjechał ostatecznie z Sulejówka, może wierne rządowi pułki wielkopolskie dotarły do stolicy na czas, a może prezydent Wojciechowski przyjął byłego komendanta w porę i obie strony, jak to było w planach Piłsudskiego, doszły do kompromisu? Ten kompromis, dotyczący głównie spraw wojskowych, bo na tych „Komendantowi” zależało najbardziej, mógł przetrwać do późnych lat 20., kiedy to podczas podróży zagranicznej powaliła Piłsudskiego choroba. Szczęśliwie dla niego lekarz dotarł wówczas w porę. Ale mógł się przecież spóźnić.

Jeden etnos

Jak wyglądałaby wtedy polska polityka? Kto ostatecznie ustabilizowałby władzę? Współcześnie patrzymy na międzywojenny parlamentaryzm oczami piłsudczyków – oddanych, jak Kaden-

-Bandrowski, propagandowemu  usprawiedliwianiu sanacyjnej przemocy. Czasy przedmajowe uwiecznili oni jako orgię partyjniactwa, afer i chaosu, które, gdyby nie marszałek i jego weterani, musiałyby się zakończyć nieuchronnym i rychłym upadkiem. Nie należy w to wierzyć. Nie takie zawieruchy przeżywały kraje ówczesnej Europy, szczególnie naszego regionu.

Zakładając, że władza oparłaby się na demokratycznej większości, w tej czy innej formie stanęłoby za nią porozumienie narodowców z ludowcami. W porozumieniu takim endecja starałaby się realizować przede wszystkim swoje priorytety polityki zagranicznej oraz gospodarczej i asymilacyjnej.

Ideologiczna różnica pomiędzy obozem piłsudczykowskim wywodzącym się z tradycji niepodległościowej lewicy a endecją, dzisiaj nieco trudną do objaśnienia przeciętnemu uczniowi, brała się z odmiennego spojrzenia na wspólnotę narodową. Endecy, mówiąc językiem współczesnym, nie wierzyli w to, co znacznie później nazwano społeczeństwem multikulturowym. Nie tyle „odrzucali” je jako ideę, ile właśnie nie wierzyli w powodzenie takiego projektu. Państwo wedle ich przekonania mogło funkcjonować sprawnie wyłącznie wtedy, gdy stanowiło emanację dążeń i realizację potrzeb w miarę jednolitego kulturowo etnosu. Mniejszości mogły albo istnieć w enklawach – ale na tyle niedużych, by nie zagrażały spójności całego systemu – albo asymilować się, albo emigrować.

Nie był to, wbrew stereotypowi, zasadniczy zrąb endeckiej ideologii, ale w latach 20. i 30. mniejszości były niewątpliwie jednym z najbardziej palących problemów młodego państwa. Endecka Polska na pewno usiłowałaby go rozwiązać w sposób bardziej przemyślany, niż miało to miejsce w rzeczywistości. Polska sanacyjna bowiem, jak pamiętamy, nie zdobyła się tu na działania konsekwentne. Z jednej strony pielęgnowała wiarę, że mniejszości traktowane przez państwo polskie uczciwie będą zachowywać się wobec niego lojalnie. Z drugiej, wobec terroru ukraińskiego i napięć ekonomicznych związanych ze szczególnym funkcjonowaniem w gospodarce mniejszości żydowskiej, sięgała jednak co rusz po przemoc. Rosyjski historyk Mark Sołonin nazwał tę politykę  wprost, omawiając problem ukraiński, „najgłupszą z możliwych” – represje były wystarczająco bolesne, aby podsycać nienawiść do Polaków, a daleko niewystarczające, aby przeszkodzić konspiracji. Tragiczne owoce zebraliśmy w roku 1939, kiedy to mniejszości witały rozpad państwa radośnie i ochoczo współpracowały z wkraczającymi z obu kierunków geograficznych „wyzwolicielami”.

Sądzić można, że w wydaniu endeckim polityka wobec mniejszości narodowych byłaby bardziej surowa, podobnie jak surowsze byłoby zwalczanie agentury komunistycznej. Sanacja, podtrzymując pozory, stworzyła „miejsce odosobnienia” będące faktycznie całkowitym bezprawiem. Endecy prawdopodobnie nie zawahaliby się przed zaostrzeniem kodeksów i kar. Sanacyjne więzienia, wspominane przez przedwojennych komunistów jako coś w rodzaju sanatoriów, wyglądałyby ostrzej, za to kryteria znalezienia się w nich byłyby bardziej przejrzyste. Wypowiedzenie otwartej wojny organizacjom komunistycznym i nacjonalizmowi ukraińskiemu zapewne scementowałoby polską część społeczeństwa i wyzwoliło przyzwolenie na dalsze umacnianie władzy wykonawczej, zwłaszcza wobec nastrojów autorytarnych ogarniających stopniowo całą pokryzysową Europę.

Zielone światło dla syjonistów

Można też być pewnym, że w odniesieniu do problemu mniejszości żydowskiej, liczącej sobie aż 4 mln obywateli, w zdecydowanej większości zachowujących całkowitą odrębność i niechęć, rozwiązania upatrywano by, jak to zresztą miało miejsce w rzeczywistości, w masowej emigracji. Endecka Polska byłaby prawdopodobnie w ówczesnym świecie  najgorętszym sojusznikiem syjonistów (sanacja sojusz ten starała się ograniczyć i ukrywać, by nie drażnić mającej w Palestynie swoje interesy Wielkiej Brytanii).

Z jednej strony naciskałaby na swoich żydowskich obywateli, tych zwłaszcza, którzy nie znali języka polskiego i nie czuli się związani z krajem (od jednej czwartej do jednej trzeciej wszystkich żyjących wtedy w Polsce Żydów trafiło na tereny polskie stosunkowo niedawno z głębi Rosji) represywnym, ograniczającym ich prawem, z drugiej – wspierałaby politycznie i logistycznie pokrewny ideowo endecji Betar oraz ewentualnie inne organizacje syjonistów.

Nie ulega wątpliwości, że polityka taka zagwarantowałaby endecji w tamtym czasie bardzo szerokie poparcie, daleko przekraczające jej naturalny elektorat. „Chałaciarskiej ciemnoty” czy „świętych parchów z Góry Kalwarii” szczerze nie cierpieli i dawali tej niechęci publiczny wyraz nawet liberalni inteligenci żydowskiego pochodzenia, tacy jak Antoni Słonimski czy Julian Tuwim (z których tekstów z lat 30. zaczerpnięte zostały powyższe przykłady „mowy nienawiści”), widzący w ortodoksyjnych sztetlach i w chederach siedliska zabobonu i zacofania gorszego niż najbardziej zapyziała parafiańszczyzna katolicka. Masowa emigracja do Palestyny lub gdziekolwiek, choćby na Madagaskar, zostałaby przyjęta entuzjastycznie i przez chłopów, narzekających na żydowskich pachciarzy i pośredników, i przez aspirującą do wolnych zawodów młodzież.

Aby zamknąć kwestię problemu mniejszości, dodajmy, że z kolei niektóre grupy etniczne traktowane przez sanację bardzo brutalnie, na przykład Kaszubi, pod rządami endecji miałyby prawdopodobnie dużo większe prawa i perspektywy rozwoju. Mało pamiętaną, a niezwykle ważną składową idei narodowo-demokratycznej była bowiem wszelkiego rodzaju samorządność, także samorząd regionalny.

Po raz kolejny stereotyp tutaj zawodzi. „Państwowotwórczość” sanacji w teorii odwołująca się do „idei jagiellońskiej” w praktyce oznaczała próbę, podejmowaną – nawiasem mówiąc – zbyt słabymi siłami, aby mogła się powieść, by zbudować państwo jednolite i scentralizowane, zarządzane po wojskowemu. Natomiast koncepcja Polski projektowanej przez endecję zakładała znaczne zróżnicowanie regionów, autonomię, wielką rolę inicjatywy obywatelskiej, samorządów zawodowych i środowiskowych.

Zgoda na historyczną konieczność

Ta wizja inspirowania aktywności obywateli w kierunku działalności społecznej zamiast politycznej w znacznym stopniu przypomina założenia włoskiego faszyzmu. Wielki kryzys, który we wszystkich nurtach europejskiego myślenia uznano za dowód kompromitacji zarówno demokracji liberalnej, jak i wolnorynkowego leseferyzmu, skłoniłby zapewne poszukiwaczy „trzeciej drogi” do ściślejszego naśladowania tego modelu. Tym bardziej że odpowiadał on endeckiej wrażliwości nie tylko w kwestii korporacjonizmu, ale też w jej hasłach budowania rodzimej warstwy mieszczańskiej, klasy średniej, oparcia na drobnej wytwórczości. W przeciwieństwie do wyznającej wojskowe sposoby zarządzania państwem i gospodarką sanacji, z jej manią tworzenia „centralnych” i „państwowych” zakładów oraz warsztatów, myśl endecka, formułowana miarodajnie np. przez profesora Rybarskiego, widziała w państwie przede wszystkim gwaranta równości szans podejmujących swobodną inicjatywę jednostek.

Ideałem była tu jednak gospodarka „wielosektorowa”, bo przedsięwzięć strategicznych, takich jak budowa Gdyni czy Centralnego Okręgu Przemysłowego, nie dawało się w biednym kraju wyobrazić sobie inaczej niż poprzez silne zaangażowanie państwa. Nie ma powodu sądzić, by w Polsce endeckiej Eugeniusz Kwiatkowski, skądinąd wychowanek endecji właśnie, robić miał cokolwiek innego, niż robił w Polsce sanacyjnej.

Endecka ewolucja lat 30. w stronę radykalizmu i faszyzmu (we właściwym znaczeniu tego słowa) w obozie władzy zachodziłaby zapewne nieco łagodniej, niż działo się to w warunkach nielegalnej opozycji, ale radykalizacja i brutalizacja działań była w tym czasie tendencją powszechną i nie widać niczego, co by mogło przed nią obronić, poza owym wspomnianym w przytaczanym cytacie Giedroycia i oczywistym związku polskiego nacjonalizmu z katolicyzmem jako podstawą świadomości narodowej. Czyniło go to z zasady odmiennym od otwarcie pogańskiego nazizmu. Brutalne represje, pobicia opozycjonistów były w przedwojennej Europie normą i nie można wykluczyć, że tak jak w historii prawdziwej sanacyjni bojówkarze wybili oko Nowaczyńskiemu, tak w alternatywnej mogliby to narodowi radykałowie pokroju Ipohorskiego zrobić na przykład Słonimskiemu. Jednak do snucia planów eksterminacji i masowych czystek etnicznych, jakie zrodził nacjonalizm niemiecki czy ukraiński, byli nasi endecy niezdolni. Jest teoretycznie możliwe, że zrodziłyby się one w jakichś kręgach „politycznych realistów” współpracujących ze stopniowo dominującymi nad Polską Niemcami, ale raczej na zasadzie „godzenia się na historyczną konieczność” analogicznego do powojennego godzenia się ze stalinizmem przez międzywojennych liberałów.

Analogicznie, ale z zachodu

Pozostaje kwestia oczywiście najważniejsza – jak potoczyłby się endecki rok 1939? Czy usprawiedliwiłby przestawienie zwrotnicy historii, zastępujące dominację piłsudczyków dominacją dmow-szczyzny? Tradycja endecka jest szeroka i w większości elementów wewnętrznie sprzeczna – obejmuje zarówno zwolenników wolnego rynku, jak i etatystów, zwolenników opcji rosyjskiej oraz niemieckiej etc. Jest to jednak tradycja myślenia realistycznego, niekiedy wręcz cynicznego, i ludzie w niej wychowani, gdyby stanęli przed tak tragicznym wyzwaniem, jakie niosło Polsce położenie między dwoma agresywnymi totalitaryzmami, na pewno nie uznaliby, że jedyną rzeczą bezcenną, wartą utraty państwowości i wszystkich owoców trudnego dwudziestolecia jest honor. Nie byliby też zdolni brnąć w irracjonalną politykę „równego dystansu”, która wszak, jak celnie ujął to Cat-Mackiewicz, zrealizowana została doskonale 17 września.

Realizm polityczny kazałby w roku 1939 pójść na ustępstwa wobec Niemiec. Największym wrogiem Polski pozostawał komunistyczny Związek Sowiecki, który już od połowy lat 30. masowo eksterminował Polaków, nawet komunistów, za sam fakt bycia Polakami. Endecja, w dużo większym stopniu podejrzliwa wobec Stalina niż liberalna inteligencja i umiarkowana lewica ciążąca ku piłsudczykom, raczej nie dałaby się zwieść stalinowskiej propagandzie o rzekomym odgrodzeniu się ZSSR od świata „nowym Chińskim Murem” i całkowitym skupieniu na „budowaniu socjalizmu w jednym kraju”. A już na pewno nie ulegliby endecy beckowskiej nadziei, że skoro przeciwstawiając się Niemcom, zasłaniamy przed Hitlerem Sowietów, to ci w ramach rewanżu co najmniej zachowają w całej sprawie życzliwą neutralność.

Tym bardziej że po drugiej stronie rachunku leżały wyrzeczenia wcale nie tak wielkie. Wpływy polskie w Gdańsku były zupełnie iluzoryczne, „korytarz” swego czasu proponowali, jeszcze weimarskim Niemcom, sami Polacy. Gdańsk inaczej niż Sudety dla Czechosłowacji nie miał też znaczenia dla naszej gospodarki ani obronności, no i przyłączenie dobrze rozwiniętego Zaolzia, a być może i jeszcze innych terenów, można by uznać za godziwą rekompensatę.

Problemy zaczęłyby się później, gdy Hitler, zgodnie ze swym planem, zawarłszy antybolszewicki sojusz na Wschodzie, rozbiłby nieoczekiwanie w ciągu kilku tygodni i zmusił do sojuszu, jak to się stało, Francję, a być może również Anglię. Z pozycji europejskiego hegemona stawiałby przypuszczalnie coraz dalej idące żądania. Wzięta w kleszcze Polska prawdopodobnie musiałaby im ulegać – wojsko Polski endeckiej, ukształtowane w duchu „Przyszłej wojny” Sikorskiego, zapewne wyglądałoby lepiej niż wojsko Rydza-Śmigłego, ale byłoby równie jak ono stworzone do walki na wschodzie, i równie niezdolne do stawienia skutecznego oporu Niemcom – szczególnie po „zjednoczeniu Europy” pod niemieckim przewodem. „Historyczna konieczność” miażdżąca kręgosłupy i sumienia przyszłaby w tym wariancie historii nie od Wschodu, ale od Zachodu, i wyglądałaby analogicznie, symetrycznie do tego wszystkiego, na co Polacy godzić się musieli w czasie wojny i po niej pod dialektycznym młotem konieczności walki z Hitlerem.

Pierestrojka po niemiecku

Szczegóły mogłyby wyglądać różnie. Trzeba by brać pod uwagę ambicje różnych odłamów i możliwe przewroty w Polsce, być może inspirowane i wspierane przez Niemcy, jak w Jugosławii i innych państwach bałkańskich. Przede wszystkim zaś pamiętać trzeba, że zarówno Hitler, jak i Stalin byli nieobliczalnymi psychopatami. Mogło im strzelić do głowy wszystko. Pewne wydaje się, że wskutek endeckich rządów w Polsce „czterej pancerni” przez wiele lat zdobywaliby w kultowym serialu Moskwę u boku bratniego Wehrmachtu. Ponieważ wojna na wschodzie wybuchłaby w tej sytuacji później, a polskich 40 dywizji zmieniłoby zasadniczo jej przebieg (z drugiej strony, obrona sowiecka byłaby znacznie silniejsza), możliwe jest, iż walka pomiędzy siłami zjednoczonej przez Hitlera Europy a „bolszewickimi Hunami” przeciągnęłaby się do czasu, aż Niemcy zbudowaliby – w tej sytuacji chyba jako pierwsi – bombę atomową. Tak czy owak, żeby podsumować ten wariant historii, trzeba sprawdzić, jak po niemiecku brzmiałoby „pierestrojka”.

Jedno wydaje mi się pewne. Gorzej, niż stało się w rzeczywistości, i tak by być nie mogło.

Poprzednia
1 2

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy