Najnowsza interwencja Uważam Rze

Tu i teraz

Zdjecie archiwalne z Warszawy, 10.03.1981. PAP/CAF

Wojny z narodem nie będzie

Piotr Zaremba

Jest marzec 1982 r. Stanu wojennego nie wprowadzono. Szef polskiej partii komunistycznej i przewodniczący „Solidarności” mozolnie szukają możliwości porozumienia. Idzie im jak po grudzie...

Generał zapatrzył się na swoje dłonie na tle ciemnego drewna stołu w najmniej reprezentacyjnej salce URM. Wiedział, jak uwrażliwiony był Przewodniczący na to, gdzie jest przyjmowany, więc kazał wybierać takie właśnie klitki.

Drewno… Kiedyś narobił się przy drewnie. Ale do dziś nie pojął jego natury. Tak jak i natury Polaków…

– Panie generale, kapral Wałęsa – Przewodniczący przypomniał o sobie, a jego doradcy potwierdzili kiwaniem głowami. On z kolei wiedział, jak Generała denerwuje to kapralowanie.

– Jak już, panie Lechu, to do mnie się mówi obywatelu generale. Jesteśmy wojskiem obywatelskim. Dowiedliśmy tego ostatnio szczególnie.

– No to popróbujmy z tą radą tego i owego – żartował sobie Przewodniczący. – Nie przyszłem tu po nic.

– Nie przyszedłem – w Generale obudził się prymus ze szkoły marianów. Wałęsa drażnił go z minuty na minutę coraz bardziej. Te wąsy... Gdyby to od Generała zależało, zakazałby noszenia wąsów. Kiedy powiedział o tym ostatnio Mietkowi, ten się ucieszył. – Byłbyś jak Piotr Wielki, każę napisać tekst w „Polityce”, jak ucinasz brody bojarom – pohukiwał.

Ale, ale, Mietek też się dzisiaj nie dogolił. I oczy jakieś takie przekrwione. Jakby i to od Generała zależało, zakazałby Polakom wódki. I żenienia się z aktorkami, przynajmniej rządowym ludziom, ludziom Partii. Taka ciężka była ta zima. A teraz kończyła się – ustalaniem składu Rady Porozumienia Narodowego.

– My proponujemy Dobraczyńskiego Jana – Generał się wyprostował.

– Dobra… kogo? – Wałęsa rozdziawił usta pod wąsem.

Generał sięgnął do karteczki leżącej przed nim na ciemnym blacie. – Pisarz, katolicki, „Listy do Nikodema” i inne. To poświęcenie ze strony naszej Partii, żeby go wpuszczać do Rady. No i dobrze, no i na zdrowie, tak się wyrasta na komunistę.

– No jak katolicki, to… – skinął głową Wałęsa, choć zaraz potem nią pokręcił. Doradcy byli zmieszani. I o to chodziło Generałowi.

Za jedno cenił jednak Generał tego śmiesznego Przewodniczącego, który nawet uczesany był w jakiś taki nieregulaminowy sposób. Z ludzi, jakich widziało się przy nim w pierwszych dniach po Sierpniu, prawie nikt już nie został – poza Geremkiem, Mazowieckim i wysłannikami Kościoła. Taki Gwiazda, gdzież on jest teraz? Generał starał się od nikogo nie uzależniać. A tu popatrzcie, ten chłopek ze stoczni także.

– Obywatelu generale – odezwał się docent Geremek, jakby wywołany do tablicy przemyśleniami pierwszego sekretarza i premiera w jednej osobie. – Przecież pan Dobraczyński to wasz człowiek. A my potrzebujemy prawdziwego porozumienia.

– Chcecie porozumienia, w którym „Solidarność” przejmie całą władzę – wtrącił się Mietek. – Ustępujemy i ustępujemy od wielu miesięcy. A pan też kiedyś był, panie Bronku, naszym człowiekiem. Można by tak wokół zadań, razem…

– Zgodziliśmy się na Bratkowskiego, chociaż bruździł nam w strukturach poziomych, i na Reiffa, chociaż ludzie Partii już nie mogą patrzeć, jak się puszy ten pan z ONR. A wy nam odmawiacie nawet Dobraczyńskiego – dorzucił Generał.

– No, jeżeli to miałby być sygnał dla naszych sojuszników, to nie odmawiamy… Dajcie nam coś za to. Może zwolnienie tego ucznia z Koszalina, co go zamknęliście za ulotki.

– Właśnie, ulotki – ożywił się Generał. – Przy pewnej szkole na Żoliborzu, Urban pamięta której, znowu pojawił się stolik z antyradzieckimi wydawnictwami. Miało tego nie być. Polska ginie!

– Ale przyzna pan, obywatelu, że jak żeśmy się porozumiali, to z antyradzieckimi napisami nagle koniec, jak ręką zasiał – teraz z kolei przypomniało się Wałęsie.

– Jak ręką odjął – Generał był pewien, że ojcowie marianie zrobiliby z tego chłopka człowieka. A jeśli nie oni, to Syberia. Tak, na Syberię z nim! A oni tu siedzą sobie przy cienkiej herbatce i gwarzą. O Dobraczyńskim!

– Spróbujmy jakichś konkluzji – zaproponował uczenie Geremek. – Chłopak z Koszalina za Dobraczyńskiego? Wystarczy, że ludzie z KPN siedzą od ponad roku. Wie obywatel generał, ile nas kosztuje finlandyzacja. Nasze szeregi…

– Tutaj nie ma mowy o żadnej finlandyzacji! – Mietek przeraził się nie na żarty. – Sojusznicy słyszeć o tym nie chcą.

– Ale w trudnych chwilach to was zostawili – przygadywał Przewodniczący.

Pościnać i brody – myślał Generał, patrząc z niechęcią na Geremka.

– Nikt nas nie zostawił, sami wybraliśmy porozumienie, bo jesteśmy Polakami i polskie w nas obowiązki. Ku chwale ludowej ojczyzny – przemówił na głos.

Nie cierpiał coraz bardziej tego całego tłumu. I coraz częściej swoje decyzje rozważał w samotności. Stawał przy oknie i obserwował puste, ośnieżone Ujazdowskie – prawie nic nie jeździło, takie podobno teraz kłopoty z paliwem. I kto temu winien? A on był ponad tym wszystkim, jak Piłsudski albo Dzierżyński. Tylko że oni postąpiliby przecież inaczej.

Wszystko już było wtedy gotowe, wyciągnęło się Mietka i Urbana z łóżek, żeby pisali oświadczenia, i nawet Górnickiego, co bardzo chciał, żeby do niego mówić „majorze”. Rozkazy rozesłane, listy wichrzycieli spisane. A tu żona poprosiła Generała, aby znalazł pięć minut dla starej kobiety, która znała jego ojca jeszcze z burżuazyjno-obszarniczych czasów.

To i znalazł. Przyjął ją u siebie w domu przy ul. Ikara dobrze po północy, bardziej sztywny i wymuskany niż zwykle, bo przeczuwał kłopoty. Kiwał swoją ptasią głową w takt jej groźnych przestróg. I po rozmowie z nią zmienił wszystko. Nikt się nigdy nie dowie, co mu powiedziała. Nawet żona Barbara…

– Nie rozumiem twoich decyzji, ale gdybym cię nie znał – tak zareagował na to Mietek tym swoim chłopskim zaśpiewem, który też drażnił Generała. Trzeba będzie go kiedyś po drodze zgubić. Z wicepremiera na ambasadora. A to się chłop zdziwi.

– Na tym polega nasza marksistowska dialektyka, towarzyszu Mieczysławie. Dociągniemy na porozumieniach do wiosny, a potem się zobaczy – uciął wtedy oschle.

Trzeba było rozmontowywać wszystko, odwoływać już prawie wydane rozkazy. Przetrwali zimę. W marcu 1983 r. zabrali się za konstruowanie Rady Porozumienia Narodowego. W Sejmie, który coraz bardziej urywał się ze smyczy, bruździł Reiff, w poziomkach Bratkowski i nawet ta aktorka Łaniewska, co ją tak kiedyś z żoną lubili, jak grała w filmach. Ba, i do wojska zaczęli się już dobierać. Na dalszy ciąg Generał nie miał pomysłu. Tu i ówdzie nic już nie było w sklepach. To naturalnie była wina „Solidarności”, tego był pewien. Mietek mówił, żeby Polacy jedli ciasteczka, skoro nie mają zaopatrzenia. Generał znał skądś to powiedzonko. Tylko skąd? Od marianów czy z partyjnych kursów?

– Finlandii u nas nie będzie – powiedział głośno. – Jak wy nam Dobraczyńskiego, to my wam Olszewskiego. To nie mecenas, a ekstremista. A najlepiej popracujcie w podzespołach. Bo jak nie, to wprowadzimy wam stan wojenny i każemy pościnać wąsy...

***

Dostałem zadanie szczególnie trudne. Mam sobie wyobrazić, że 13 grudnia 1981 r. nie było stanu wojennego, a „Solidarność” wtedy wygrała lub przynajmniej był remis.

Scenariusz zwycięstwa białych  nad czerwonymi w Rosji czy Sowietów nad „pańską Polską” w roku 1920 jest prawdopodobny. Scenariusz ugody między mającą silne społeczne poparcie, ale prawie niewmontowaną w system „Solidarnością” a zawłaszczonym przez PZPR państwem, był za to prawie niemożliwy.

Nie z powodu presji Związku Sowieckiego. Jeśli odgrywała ona jakąś rolę, to głównie psychologiczną. Ludziom ówczesnej władzy uświadamiała, że ewentualne wybicie się na niezależność to skok na głębokie i co ważniejsze – całkiem nieznane wody. Dla ludzi „Solidarności” i zwykłych Polaków pytanie: „Wejdą, nie wejdą?” stało się jednym z najważniejszych. Ale nawet demonstracyjne manewry wojsk Układu Warszawskiego w grudniu 1980 r. były raczej elementem wojny psychologicznej z naszym społeczeństwem niż zapowiedzią interwencji.

Z dokumentów wynika, że wiedzieli to doskonale Jaruzelski i jego najbliżsi współpracownicy (choć z pewnością nie gminny sekretarz czy miejski, a nawet wojewódzki komendant milicji). Członkowie kierownictwa PRL wiele razy otrzymywali instrukcje, że mają poradzić sobie sami. A z omawianych ostatnio w „Uważam Rze” wspomnień sowieckiego funkcjonariusza Anatolija Czernajewa wynika nawet, że stary i twardogłowy Leonid Breżniew (którego Stalin nazwał kiedyś „pięknym Mołdawianinem”) serio rozważał możliwość pogodzenia się z Polską kapitalistyczną.

A choć sugerował jakieś utrudnianie jej życia (miały być to relacje „nieinternacjonalistyczne”), ewentualnym rzecznikom poluzowania systemu w samej Polsce nie groził los powieszonego Imrego Nagya ani wywiezionego do Moskwy, a potem degradowanego Aleksandra Dubczeka. Stanisław Kania, szef partii komunistycznej przed Wojciechem Jaruzelskim, usłyszał to od Breżniewa w sierpniu 1981 r.

Oznaczało to przyjęcie przez kierownictwo KPZR roli kibiców, ale tych zainteresowanych wynikiem meczu. Problem zasadniczy polegał na tym, że po polskiej stronie nie było silnego lidera gotowego odgrywać rolę Nagya czy Dubczeka. A zarazem że ci, którzy dzierżyli władzę (od jesieni 1981 r. już samotny zarządca generał Wojciech Jaruzelski), zachowali siły i środki, aby poradzić sobie samodzielnie.

Jaruzelski obejmował stanowisko premiera (luty 1981 r.), a potem pierwszego sekretarza KC PZPR (październik 1981 r.) w aurze społecznych oczekiwań. Masy chciały wierzyć w patriotyczne wojsko, co utrwalały takie fantastyczne opowieści jak ta o Generale rzekomo odmawiającym strzelania do robotników czy nawet osadzonym w domowym areszcie w Grudniu ’70. Ale nawet wielu działaczy „Solidarności” czy przedsierpniowych opozycjonistów dopatrywało się u niego zamiarów samodzielnej gry.

Nie ma śladów odzewu z tamtej strony na podobne złudzenia. Odpowiedzią były najwyżej jakieś technokratyczne sugestie wychodzące od takich współpracowników Jaruzelskiego jak Mieczysław Rakowski czy Jerzy Urban. Sugestie niejasne, które szybko zmieniły się w czystą afirmację zamordyzmu, tyle że uzasadnianego racjami silnego państwa, a nie wyimaginowanej, przeszłej sprawiedliwości społecznej.

Już wśród niektórych działaczy PZPR można się było doszukać pokus flirtu ze społeczeństwem. Rzekomi rzecznicy generalskiej modernizacji wierzyli, że ich podstawowym, a od pewnego momentu jedynym zadaniem jest odmawiać, pacyfikować i tłumić. Używano do tego jątrzącej propagandy, a w razie potrzeby bezpośredniego przymusu.

Z tego punktu widzenia złudne okazały się pomysły na rozwadnianie systemu poprzez zinstytucjonalizowane  konsultacje, zawieranie  porozumień czy tworzenie nowych ciał – choć wypływały one od intelektualistów próbujących mediować między jedną i drugą stroną, od Kościoła, a nawet takich postaci z obrzeża obozu władzy jak przewodniczący stowarzyszenia Pax Ryszard Reiff. Władza cofała się doraźnie, uchwalając z jednej strony liberalną ustawę o szkolnictwie wyższym czy odrobinę ograniczając kontrolę nad gospodarką przez samorząd pracowniczy, a z drugiej strony od pierwszych chwil szykowała się do kontrataku. Listy osób do internowania powstały w styczniu 1981 r.

Naturalnie można postawić pytanie, czy „Solidarność” będąca rozpędzonym kolosem nie zapomniała, że czynnikiem rozstrzygającym nie była społeczna legitymacja, ale kontrola nad wojskiem i milicją. Pamiętamy upajanie się czołowych działaczy opozycji wizją „rządu jedności narodowej” na parę godzin przed zapakowaniem ich do pudła – przy czym wbrew późniejszym podziałom lewicowców typu Jacka Kuronia było wśród upojonych więcej niż katolickich konserwatystów. A najwięcej było wśród nich robotników i techników świeżo awansowanych do nowych społecznych ról. Dzielnych, pełnych dobrej woli, ale często działających jak dzieci we mgle.

O ile jednak błędy tych narwańców warto rozliczać, o tyle wątpliwe, aby ich większe samoograniczanie się przyniosło istotne skutki. Mogłoby najwyżej odwlec nieuchronne. Klucz był po stronie władzy, która pozornie ustępując, a równocześnie szczując i drażniąc, utrwaliła w nieopierzonych rewolucjonistach przekonanie, że oto doszli do granic możliwości reformowania systemu. I którzy nie mogli nic z tą wiedzą zrobić.

Tak naprawdę ten klucz był w rękach samego Jaruzelskiego. Człowieka, który jeszcze w roku 1985 wrócił do idei kolektywizacji rolnictwa. Który łączył w sobie cechy dogmatycznego komunisty i wojskowego – najgorsza mieszanka w tamtej chwili. O ile ludzie po stronie PZPR, teoretycznie zdolni  do przekroczenia barier, pozostawali bojaźliwi, słabi i pozbawieni instrumentów działania (gdański sekretarz Tadeusz Fiszbach na przykład), o tyle on akurat instrumenty miał, ale mógł ich użyć w jeden tylko sposób. Inaczej nie umiał.

Jerzy Urban, perwersyjnie przywiązany do siłowej metody Jaruzelskiego, ma jednak w zanadrzu smaczną opowieść charakteryzującą swojego protektora w mundurze. Już pod koniec lat 80. Biuro Polityczne radziło nad wykorzystaniem nowoczesnego urządzenia, które tkwiło bezproduktywnie w pewnym zakładzie, bo obsługująca je kobieta, jedyna, która się znała, odeszła, zajęła się handlem. – Zmusić do powrotu – zawyrokował szef szefów i nie dawał sobie wytłumaczyć, że się nie da. Że nie te czasy.

Jaruzelski z piosenki Jacka Kaczmarskiego – pianista próbujący grać w rękawiczkach i w końcu rozwalający fortepian – był dużo bliższy Jaruzelskiemu rzeczywistemu, niż to się wydawało dzielącym włos na czworo.

Jeszcze w czasach stanu wojennego zachodni komentatorzy opowiadali o  armii, która eliminuje ze sceny PZPR z jej ideologią. Nawet grupa Głos Antoniego Macierewicza snuła wizję porozumienia „Solidarności” zarówno z Kościołem, jak i z wojskiem. Tyle że Generał ostatecznie połamał wtedy klawisze, pośród kolejnych etapów „reformy gospodarczej” zmarnował kolejne nadzieje – już  nawet nie na odrobinę suwerenności i życia w prawdzie, ale na drobne zmiany modernizacyjne, w imię których zespół „Polityki” robił do nas perskie oko, przywdziewając mundury (kolejna piosenka Kaczmarskiego o Danielu Passencie). Komisarze wojskowi okazali się jeszcze gorszymi administratorami niż sekretarze. Nie rozwiązano Partii, ale naszpikowano ją elementem „trepowskim” – z najgorszym rezultatem.

Dlatego w moim opowiadanku warunkiem przełomu jest cud – tajemnicza kobieta pojawiająca się w domu Generała na ulicy Ikara. A i ten cud to tylko wstęp do przedłużenia impasu. Jaruzelski powiedział „a”, ale sam nie wie, jaka jest następna litera alfabetu. Skądinąd ciekawe jest pytanie, czy byłby w stanie zatrzymać właściwie jednoosobowo rozkręconą machinę odwetu.

„Solidarność” też nie ma łatwo. Ma firmować system, w którym jej ludzi zamyka się do aresztów. Jest potężna, a jednak coraz słabsza. Kwadratura koła!

***

A co by było, gdyby Jaruzelski okazał się innym człowiekiem albo ktoś inny znalazł się na jego miejscu i wyłoniłby się jednak system przejściowy? Jeszcze nie demokracja, ale już nie dyktatura. Z intelektualnymi  autorytetami poręczającymi ów mieszany system, z parasolem Kościoła.

Albo co by z kolei było – scenariusz jeszcze mniej prawdopodobny – gdyby w „Solidarności”, gdzie decyzja nie zależała od jednej osoby, lecz od wielkich społecznych emocji, wygrał kurs na większy umiar? I gdyby za cenę nawet upokarzających ustępstw kupiono od władzy odrobinę czasu? „Solidarność” do 1989 r. szczerze głosiła program porozumienia.

Z pewnością każdy z tych scenariuszy niósłby za sobą nowe  zagrożenia. Choć częściowe wmontowanie „Solidarności” w system byłoby źródłem bolesnych podziałów, wątpliwych kompromisów i widowiskowych kompromitacji. Jedna tylko kwestia faktycznej zgody na pozostawienie w więzieniu kilku KPN-owców z Leszkiem Moczulskim na czele rzucała cień na radość solidarnościowego karnawału. Pomnóżmy takie kwestie przez tysiąc.

Wersja bardziej „koalicyjna”, gdyby Jaruzelski zgodził się na prawdziwą Radę Porozumienia Narodowego, a nie atrapę,  też była zdradliwa. Droga do finlandyzacji okazałaby się długa i ciernista. Nawet w Finlandii, demokratycznej i wolnorynkowej, geopolityka pociągała za sobą konieczność upokarzającego kluczenia, historycznych fałszerstw.

Co mówić o Polsce, kraju o szczególnej tradycji, pełnej krzywd poniesionych z rąk komunistów? Pojawiłyby się i inne dylematy. Pytanie o firmowanie przez ludzi „Solidarności” i społecznych mediatorów stanu gospodarki. Pytanie o pogodzenie demokratycznej retoryki z realnymi interesami nomenklatury. W drugiej połowie lat 80., w miarę zmian w Związku Sowieckim, być może także z uwłaszczeniem tejże.

Padnie odpowiedź, że nie było większej katastrofy niż stan wojenny. Z dziesiątkami zabitych, z tysiącami uwięzionych i wyrzuconych z pracy,  z milionem emigrantów, co przyniosło Polsce wielkie społeczne straty. Kręgosłup został przetrącony narodowi na wiele lat, „Solidarność” z wielkiego, zmieniającego także moralne oblicze Polaków ruchu stała się kadrową podziemną organizacją.

Ale o ile pokraczne kompromisy pozwoliłyby może uniknąć represji i masowej emigracji, o tyle erozja ruchu i jego moralne zużywanie się byłyby także możliwe. Czy  jeszcze groźniejsze? Na te pytania nie znam odpowiedzi.

Ludwik Dorn jako socjolog przedstawiał 12 grudnia 1981 r. rozemocjonowanej Komisji Krajowej badania pokazujące, że wyczerpani wielomiesięczną propagandową kanonadą i trudnościami Polacy chwieją się w poparciu dla „Solidarności”. Nie chodziło jednak  o ich przejście na stronę Generała. Faktem było za to pogodzenie się tej większości – łatwiejsze, niż się spodziewano – z twardymi koniecznościami. Jedni tego żałują, inni mówią o błogosławionym instynkcie samozachowawczym narodu.

Czy gdyby Jaruzelski zdecydował się, zamiast zarządzać stan wojenny, brnąć w tasiemcowe negocjacje, wedle recept prymasa Glempa, Ryszarda Reiffa czy profesorów z konserwatorium Doświadczenie i Przyszłość, mielibyśmy do czynienia z kolejnym cudownym przebudzeniem? Czy przeciwnie – doszłoby do częściowego znieprawienia, PRL-izacji „Solidarności”?

To jak pytać, co by się stało, gdyby Adolf Hitler otworzył Polakom pole do politycznej kolaboracji po roku 1939. Nie stworzył, wdeptał tę możliwość w ziemię esesmańskimi buciorami. Jaruzelski postąpił delikatniej, ale tak samo. Wiele niszcząc, ale umożliwiając zachowanie mitu. Osłabionego biernością Polaków, ale nie pokusami liderów ruchu, który pozostał – do czasu kolejnej próby, demokratycznego już państwa – względnie czysty.


Poprzednia
1 2

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Anna Czyżewska

O wynagrodzeniu bez tabu

Zdecydowana większość pracowników uznaje, że rozmowę o podwyżce powinien zainicjować szef. Polacy nie są mistrzami negocjacji. Strategia biznesowej polemiki to wizytówka przedsiębiorcy