Porywać się na rzeczy wielkie
Zdenerwował mnie wielce redaktor Piotr Skwieciński przyprawiający polskiemu romantyzmowi cierpiętniczą maskę
Nasz romantyzm, powracający przez dwa wieki w rozlicznych sytuacjach, bywał z natury swej optymistyczny, dumny, skierowany ku przyszłości, odważny, ale i rozważny, nawet gdy wzywał „łam, czego rozum nie złamie".
Mickiewiczowski pomysł „Chrystusa Narodów" brał się z traumy, z ogromu beznadziei, poszukiwania racjonalności dziejów. Wieszcz ten leciał „formować legion, wojsko", zaś Słowacki w tymże romantycznym zaczadzeniu wyśnił nam słowiańskiego papieża. I słowo stało się ciałem.
Nie wytrzymuje zatem rzetelnej krytyki imputowanie naszemu narodowi instynktów samobójczych, objawiających się co jakiś czas eksplozjami irracjonalizmu.
Formułowanie ex post argumentów, że coś było szaleństwem, bo się nie udało, pęka, gdy zadać pytanie: „A gdyby się udało?". Co najmniej jedno powstanie (listopadowe!) miało (jak przekonująco stwierdził Jerzy Łojek) wielkie szanse sukcesu, które zmarnowali jego przywódcy – zwolennicy polityki realistycznej. A tymczasem najtrafniejsze oceny formułował guru romantyzmu Maurycy Mochnacki. Na powstaniu kościuszkowskim czy styczniowym zaciążyły złe rozpoznanie koniunktury międzynarodowej, działalność agentury czy w końcu presja czasu. Jednak to właśnie superromantyczny wymarsz strzelców Piłsudskiego z Oleandrów był ważnym krokiem do odzyskania niepodległości (znakomicie opisany przez Leszka Moczulskiego w „Przerwanym powstaniu 1914"). Ładnie byśmy wyglądali w 1918 r. bez doświadczonego wojska, zdani na pastwę sąsiadów i łaskę mocarstw.