Najnowsza interwencja Uważam Rze

Felietony

Grecka szkoła życia

Paweł Lisicki

Ci, którzy kilka miesięcy temu pisali – a sam do tej grupy się zaliczam – że potrzebne jest przygotowanie scenariusza na wypadek rozpadu strefy euro, byli oskarżani o czarnowidztwo, sianie zamętu i defetyzm.

Dalibóg, dawno już nie widziałem takiego zaklinania rzeczywistości jak w ostatnim czasie. Spotkania i szczyty, dialogi i konferencje, szczeble wyższe, niższe i pośrednie – cały ten świat, skupiony głównie w Brukseli, choć nie tam tylko, głosił, obwieszczał i potwierdzał, że euro nie odda i będzie go bronił do ostatniej kropli krwi (a przynajmniej wina). Wszakże, jak to zawsze bywa, gdy słowa zderzają się z koniecznością, ta druga i tak stawia na swoim. Ona to bowiem, co dawno zauważyli starożytni, niechętnych wlecze, a uległych prowadzi.

Wszystko zatem wskazuje na to, że model wyjścia z kryzysu finansowego przygotowany w Paryżu i Berlinie właśnie się sypie. Grecy zagłosowali inaczej, niż się po nich spodziewano. Na nic setki miliardów euro. Na nic apele, wezwania i ostrzeżenia. Po prostu – czy się to komu podoba, czy nie – społeczeństwo greckie nie przyjęło drakońskich oszczędności, jakie zafundowali im mędrcy z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. I wolało wskazać na partie, które na tak wielkie oszczędności się nie zgadzają. Słusznie? Być może nie. Jedno jest pewne: dotychczasowy model uprawiania polityki ponad głowami wyborców, w wąskim kręgu elit, wyczerpał się.

Pomysłodawcy cięć w ogóle nie chcieli brać pod uwagę nastrojów społecznych. Wydawało im się, że można zapominać o demosie. Stąd snucie planów powołania różnych nowych ciał, które miałyby rządzić finansami niezależnie od mandatu demokratycznego. Czy wyniki wyborów w Grecji przyniosą otrzeźwienie? Nie wydaje mi się. Przeciwnie. – Nowe wybory niczego nie zmieniają. Grecja musi trzymać się programu naprawczego, do którego zobowiązały się poprzednie rządy – to komentarz Wolfganga Schaublego, niemieckiego ministra finansów. Ciekawe, co to znaczy, że „Grecja musi"? A jak nie, to co?

Dawno już nie słyszałem słów tak jawnie lekceważących wyniki wyborów. Rozumiem, że Niemcom udało się wytworzyć przeświadczenie, że to niemiecki podatnik najbardziej cierpi na kryzysie i gdyby nie on,  reszta darmozjadów dawno by poszła z torbami. Nie przeczę, że jest w tym trochę racji. Wszakże tylko trochę. Kto jak kto, ale Schauble powinien o tym wiedzieć. Najwięcej na wprowadzeniu euro zyskała gospodarka niemiecka. I byłoby dobrze, gdyby niemieccy politycy o tym pamiętali, a nie zachowywali się jak starszy wujek przywołujący do porządku nieco niesfornych wychowanków.

Projekt euro w dotychczasowej formule się skończył. Zamiast głosić apokaliptyczne przepowiednie i grozić innym, trzeba nauczyć się z tym żyć.

Wstępniak

Materiał Partnera

Polacy coraz częściej kupują online. Co ich przekonuje do tej formy zakupów?

Kupujemy na potęgę. Rynek dóbr konsumenckich rozwija się dynamicznie, a my – konsumenci – podążamy za najnowszymi trendami. Kupujemy nie tylko więcej, ale i korzystając ze znacznie...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy