Najnowsza interwencja Uważam Rze

Cywilizacja

Pokazówka z komputera

Wiesław Kot

Nagapić się, nasłodzić, otworzyć dziób ze zdumienia – oto cała idea „Hobbita”. To jednak wystarcza fanom. W pierwszy weekend film Petera Jacksona zarobił w USA 85 mln dol.

Pionki na szachownicy

Śródziemie przypomina więc średniowieczną Europę. Wszędzie przepastne lasy, w nich tajemnicze istoty. Siedziby ludzkie rozsiane z rzadka. A ludzie – jak przed wiekami – o krok sąsiadują z półbogami, duchami, zjawami. Nic nie jest pewne, nie wiadomo dokładnie, kto jest kim. Pole do fantazji – najszersze z możliwych. Takie krasnoludy: dziwadła o pałąkowatych nogach, skudłaconych brodach, kryjące się po jaskiniach. Albo elfy – nieziemsko chłodne, o wystudiowanej urodzie, moralnie nienaganne.

Czy entowie, „pasterze drzew" – wiekowi, zacni, „starzy jak góry". I sami hobbici – lubią tytoń, fajerwerki i słodkie nieróbstwo. Gdzieś na obrzeżach tego świata pojawiają się całymi hordami ohydne orki i trolle. Trzeba ich spacyfikować. Więc uruchomieni zostali ci niepozorni, ale dzielni hobbici – „mniejsi od krasnoludów, a więksi od liliputów", cokolwiek miałoby to znaczyć. O takich na przykład goblinach nie wspominam, bo wyliczanka nie miałaby końca. Niestety – i film to szeroko eksponuje – wszystkie te stwory okazują psychikę kadłubkową, sprowadzoną do paru odruchów. Jakoś trudno przejąć się ich problemami, bo to raczej pionki na szachownicy niż byty z krwi i kości.

Target Hefnera

Odrobinę bardziej interesujący jest ten najważniejszy – Bilbo Baggins. Czy on nam w sumie kogoś nie przypomina? Ależ tak! Przecież to nieźle sytuowany singiel, zamieszkujący kawalerkę (w filmie: smajal), całkiem zadowolony z życia. Minie parę lat (od publikacji powieści) i dokładnie dla takich klientów niejaki Hugh Hefner zaprojektuje na kuchennym stole pierwszy numer swojego czasopisma. Nazwie je „Playboy". Takim zadowolonym z życia kawalerem będzie Simon Templar z serialu „Święty" i oczywiście James Bond. Nie licząc – do czasu – Beatlesów.

Więc Baggins to wypisz wymaluj idealny przedstawiciel brytyjskiej klasy średniej. Posadzić go tylko przed kominkiem i dać mu fajkę między zęby – więcej niczego mu nie trzeba. No, chyba że wzywa królowa, ojczyzna albo inne wyższe racje. Tak też jest i w filmie. Kiedy wędrowny czarodziej Gandalf wraz z krasnoludami nuci mu tęskną pieśń – a w filmie przypomina nam to „Bogurodzicę" spod Grunwaldu – Bilbo odczuwa nieprzepartą tęsknotę za przygodą. „Zapragnął wyruszyć w świat, zobaczyć wysokie góry, usłyszeć szum sosen i potoków, zbadać głębie jaskiń, miecz nosić u boku zamiast laski". No i akcja rusza.

A że przypomina po trosze wszystkich tych hrabiów Monte Christo, muszkieterów i Kmiciców, to już nieuchronne. I w sumie przeżywa się tu niewiele, za to dużo przebywa na świeżym powietrzu. A kluczowe przesłanie z losów skromnego Brytyjczyka, który puszcza się na wielką przygodę, jest takie: nawet singiel marginalny, nawet tchórzliwy – jeżeli ma motywację – może odmienić losy świata. To pokrzepi każdego.

Szkoda, że nikt tego nie nakręcił

Z tym że najbardziej krzepiące jest w całej zabawie nie to, czego dokonuje Bilbo, ale to, czego dokonał Tolkien. Szkoda, że nikt tego nie nakręcił. Bo zobaczmy, skąd się takie cudo jak „Hobbit" wzięło. Ano stąd, że pewien nauczyciel staroangielskiego z Oksfordu już w latach 30. minionego wieku myślał tak, jakby czytał hipertekst z komputera. Legenda głosi, że jego „Hobbit" zaczął się w momencie, gdy pisarz rzucił okiem na dywan i zobaczył w nim dziurę.

Tu mu się natychmiast ulęgło zdanie: „W pewnej norze ziemnej zamieszkał sobie pewien hobbit". No tak, ale – spekulował pisarz – co za hobbit, co za nora, skąd się taki tam wziął? Puścił w ruch pamięć – tu zaczerpnął rys od jakiegoś studenta z Leeds, tam ściągnął coś od sklepikarza z Oksfordu, tu i ówdzie skopiował kolegę wykładowcę. I tak konstruował te swoje stworki. Co dopisał, to dokładał do szuflady. Czasem wyjmował i dawał do przeczytania znajomym. Traf chciał, że jedną z nich była pewna panienka z londyńskiego wydawnictwa. Przeczytała parę kawałków i odpisała: „Niezłe, ale musi pan to dokończyć". Więc Tolkien latem 1936 r. poprawił pospiesznie studenckie prace i jął rzecz dyktować synowi na maszynę. Szło opornie, bo syn akurat zbił w szkole szybę gołą łapą i mógł stukać tylko jedną ręką. Co wystukane, Tolkien przesłał do Londynu.

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Artur Osiecki

Brexit mobilizuje regiony

Województwa chcą przyspieszyć realizację nowych programów regionalnych zarówno ze względu na zbliżający się przegląd unijny, jak i potencjalne negatywne konsekwencje wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej

Anna Czyżewska

O wynagrodzeniu bez tabu

Zdecydowana większość pracowników uznaje, że rozmowę o podwyżce powinien zainicjować szef. Polacy nie są mistrzami negocjacji. Strategia biznesowej polemiki to wizytówka przedsiębiorcy