Najnowsza interwencja Uważam Rze

Cywilizacja

Slynna para kochankow i gangsterow w czasach wielkiego kryzysu w Stanach, czyli Faye Dunaway i Warren Beatty jako ?Bonnie i Clyde? (1967)

Zbrodnia przez kalkę

Wiesław Kot

Co kino podpowiada bandytom?

Bandyta w Sanoku zastrzelił siebie i kochankę, a tu dzwonią z telewizji z pytaniem: czy to panu nie przypomina „Bonnie i Clyde'a"?  Mnie przypomina, ale jemu? Mafioso z Sanoka (Boże, jak to brzmi!) mógł w dzieciństwie jednym okiem zahaczyć o „Bonnie i Clyde'a", ale jak zobaczył, tak zapomniał. Film pewnie zapomniał, ale nie ideę: że nadziany gangster powinien mieć przy boku oddaną laskę w wieku własnej córki. Bo jak w kulturze pop jakiś numer raz został trafnie pokazany, to on jest nie do zdarcia. Zapada na wieki.

Grunt: wziąć zakładnika

Najgorzej, gdy numer dotyczy przemocy. Na przykład pod hasłem: grunt to wziąć zakładnika, a potem to już się samo potoczy. Al Pacino pokazał to w słynnym „Pieskim popołudniu" (1975) Sidneya Lumeta – nieudacznik rozczarowany związkiem z kobietą postanawia się odkuć i z kumplem napadają na bank. Mają pecha, bo w kasie pustki, w dodatku policja zjawia się natychmiast. Biorą więc zakładników, a ci widzą, że bandytom wyraźnie nie idzie, więc sami z siebie doradzają, jak rozegrać napad. I – najważniejsze – telewizja: z braku lepszych newsów lansuje bandytów. Widzowie chętnie ich oglądają, kibicują im, a nawet ich podziwiają. Kto by pomyślał – taki dupek jak filmowy Pacino w życiu by się nie dopchał przed kamerę. A tu wystarczyło wziąć giwerę, postraszyć paru frajerów i już cały kraj o tobie mówi. I to z sympatią. Gazety drukują twoje zdjęcia, robią wywiady z twoją kobietą, wypowiadają się o tobie socjologowie i celebryci. Nareszcie jesteś kimś. Coś nam to przypomina?

Albo podobnie pouczający numer z filmu Costy-Gavrasa „Miejski obłęd" (1997). Ochroniarz (John Travolta) w lokalnym muzeum ma zostać wyrzucony z roboty, bo miasto obcięło budżet. Jak się tu pokazać w domu żonie i dzieciom, jak dalej grać z kumplami w softball? Chwyta więc za strzelbę (niewprawnie, sama mu wypala w dłoni) i bierze kierowniczkę muzeum jako zakładniczkę. Pamiętamy: byle wziąć zakładnika, a potem... Ale nie on tu jest najważniejszy. Bo świadkiem incydentu przypadkiem stał się wybitny dziennikarz, chwilowo w odstawce (Dustin Hoffman). On dostrzega w całej sytuacji ogromny potencjał medialny. Zgłasza się do redakcji z tematem i zaraz nawija na wizji. Że prosty człowiek, że skrzywdzony, że wyrzucony na bruk, że zdesperowany. W telewizji idzie to w odcinkach. Cały naród śledzi akcję z zapartym tchem. Ochroniarz doskonale wie, że dopóki mierzy ze strzelby w zakładniczkę, dopóty ludzie słuchają, co ma do powiedzenia. Jak odłoży broń, znowu będzie nikim. Ale i dziennikarz wie swoje: dopóki ciągnie tę historię, dopóty jest kimś – świetnym reporterem, który wpadł na niezwykle nośny temat. Jednemu i drugiemu zależy, by tę opowieść rozwałkowywać, jak długo się tylko da. No i trzeci, najważniejszy partner – milionowa widownia telewizyjna. Nareszcie dostała historię, o której można rozmawiać nad poranną jajecznicą... Wywiady z „prostymi ludźmi", telefony do telewizji, dyskusje w biurach, palarniach i przy automatach z kawą jak kraj długi i szeroki. A każdy jest ekspertem od bezrobotnego ochroniarza, każdy wie najlepiej: co, jak, dlaczego. I jak w tej sytuacji należy postąpić. Kojarzy się nam?

Zbrodnia z DVD

Jeżeli przypomina to taniec medialny wokół matki Madzi z Sosnowca, to nie przypadek – to nieuniknione. Zresztą i w tamtą historię wdał się film. Jeden: „Kolor zbrodni" (2006) Joego Rotha.

Już początek jest podobny.

Nocą pewna kobieta (Julianne Moore) biegnie roztrzęsiona przez podejrzaną dzielnicę miasta na posterunek policji. Na rękach ma krew. Twierdzi, że ją napadnięto, pokaleczono, ale – najgorsze – ukradziono jej samochód. A tam na tylnym siedzeniu został jej mały synek. Widziała, że zrobił to jakiś czarnoskóry (też znaczące!). I teraz obawia się, czy bandyta dla zatarcia śladów nie zabije dziecka. Rusza śledztwo i społeczna pogoń za kidnaperem. Ludzie są wściekli, bo potwierdzają się najgorsze stereotypy. Murzyn ukradnie, nawet dziecko zabije, a do roboty się nie weźmie. Na takich powinna ruszyć obława. Matka zaginionego dziecka (teraz wygląda jak pieta) sprytnie podsyca te nienawistne stereotypy. Ale policji coraz więcej rzeczy się tu nie zgadza. Od słowa do słowa, od przesłuchania do przesłuchania okazuje się, że nikt dziecka nie porwał. Że ono po prostu przeszkadzało matce w planach życiowych, tylko ona nie wiedziała, jak się go pozbyć. A to porwanie to jak rozwiązanie podane na tacy. I to się podobno przełożyło na sytuację z Sosnowca. Waśniewska oglądała film kilka dni przed tym, jak straciła własną córeczkę. Jej teściowa twierdzi, że to nie przypadek: dziewczyna nie jest zbyt lotna, sama z siebie nie wpadłaby na pomysł „sprytnego" unicestwienia dziecka. A tu z ekranu dostała gotową instrukcję – co, gdzie, jak przeprowadzić.

Poprzednia
1 2 3

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy