Najnowsza interwencja Uważam Rze

Tu i teraz

Ciosów musiało być więcej

Rafał Kotomski

Za kilka dni Wojciech Cieślewicz skończyłby 60 lat. Chciał być dziennikarzem. 13 lutego 1982 r. stanął oko w oko z oddziałem zomowców. Sprawców śmiertelnego pobicia nigdy nie odnaleziono

Władze musiały być zaskoczone. Zomowcy działali chaotycznie. Uganiali się za ludźmi w centrum miasta. Atakowali przypadkowe osoby. – Bili ludzi pod kinem Bałtyk, a nawet wpadli do holu hotelu Merkury i wymierzali ciosy gościom. To była masakra. Wiele osób zostało poszkodowanych. Publikowaliśmy ich szczegółowe relacje w podziemnym „Obserwatorze Wielkopolskim" – opowiada Adamski.

Teresa Majchrzak, matka Piotra, jednego z demonstrantów, wspomina: – Syn wrócił spod pomnika z ręką spuchniętą od uderzenia pałą. Był roztrzęsiony. Mówił, że nie chciałby więcej czegoś takiego przeżyć. (11 maja 1982 r. 19-letni Piotr Majchrzak został zatrzymany i pobity przez ZOMO. Tydzień później już nie żył).

29-letni Cieślewicz zatrzymał się na przystanku tramwajowym. Jego kolega Józef Gołaszewski uciekł, gdy podbiegła do nich grupa zomowców. Widział, jak biją Wojtka. Kilka godzin później odwiedził go w domu i zobaczywszy obrażenia, zabrał do znajomego lekarza. Ostatecznie Cieślewicz trafił do szpitala, gdzie zmarł 2 marca.

W 1990 r. Alina Łuczak, zeznając przed prokuratorem, dokładnie opowiedziała o zdarzeniu, którego była świadkiem. Słyszała wyraźnie, jak pobity wołał: „Za co, przecież niczego nie zrobiłem".

Wkrótce po śmierci Cieślewicza poznańska Prokuratura Wojskowa podejmuje śledztwo. Przez ogłoszenie w gazecie szuka świadków zdarzenia. Zgłasza się kilka osób. – Mam wrażenie, że prowadzący sprawę prokurator zrobił więcej, niż wymagały standardy tamtego systemu – ocenia Paweł Cieślewicz. O pobiciu mówią kolejne osoby, w tym oficer Ludowego Wojska. Prokurator wysyła pismo do komendanta wojewódzkiego MO, by ten skierował na przesłuchanie dowódcę oddziałów ZOMO. Odpowiedź pułkownika Henryka Zaszkiewicza nie pozostawia jednak złudzeń, kto naprawdę rządzi w państwie Jaruzelskiego i Kiszczaka. „Nie mogę spełnić prośby Towarzysza Prokuratora" – pisze komendant. Cynicznie też uzasadnia odmowę. Tam, gdzie Cieślewicz został śmiertelnie pobity, zomowców nie było. Demonstrujących rozganiali głównie przy pomniku Poznańskiego Czerwca. Najbardziej bezczelne kłamstwo zostawia sobie na koniec: 13 lutego odnotowano tylko jeden przypadek użycia „środków przymusu bezpośredniego". Wobec obywatela Bronisława B., który nie pozwalał odprowadzić się do radiowozu. „Dokładnie sprawdziłem w dokumentacji" – zapewnia pierwszy milicjant Poznania. W czerwcu 1982 r. Czesław Matecki, wiceszef Prokuratury Wojskowej, podpisuje decyzję o umorzeniu śledztwa. „Wobec wyczerpania możliwości ustalenia sprawców" – brzmi rytualna formuła. Stwierdza też, że świadkowie nie byli w stanie rozpoznać funkcjonariuszy ani podać powodów interwencji zomowców. Wszystko brzmi jak ponury żart ze zdrowego rozsądku.

Dr Agnieszka Łuczak, historyk z poznańskiego IPN, tłumaczy: – Milicyjne raporty były notorycznie fałszowane, a odpowiedzialność funkcjonariuszy rozmywana. W dodatku ówczesna prokuratura uznawała je za wiarygodne. Umarzanie śledztw było tego naturalną konsekwencją.

Niewinny jak zomowiec

Po dziewięciu latach i doświadczeniach tzw. komisji Rokity badającej przypadki zbrodni stanu wojennego udaje się oskarżyć jednego z zomowców. W 1991 r. Włodzimierz J. to przykładny mąż i ojciec, kierowca w firmie rolniczej z okolic Poznania. Prokuratorowi mówi, że jako poborowy wybrał ZOMO, a nie służbę w wojsku, bo „dawali wyższy żołd, a nadto zamierzałem się ożenić". Z wydarzeń 13 lutego niczego nie pamięta. Może tyle, że na moście Teatralnym go nie było. Jeżeli ktoś rozpoznał w nim zomowca zadającego potężne uderzenie Cieślewiczowi, to jest to pomówienie. Mimo że J. ma charakterystyczną, tęgą sylwetkę. Do sądu trafia jednak akt oskarżenia. Proces ciągnie się kilka lat. Były zomowiec wpada w „depresję", przysyła zaświadczenia z psychiatryka. W 1994 r. sąd pierwszej, a rok później drugiej instancji uznaje go za niewinnego. Zresztą wszystkie postępowania dotyczące poznańskich ofiar stanu wojennego zakończyły się umorzeniem bez wskazania podejrzanych. Sprawa Cieślewicza to jedyna, w której w postanowieniu o umorzeniu jest mowa o ciosach milicyjnych pałek. – W następnych śledztwach dotyczących innych ofiar nigdy nie użyto takiego sformułowania, wymieniano jedynie „nieznanych sprawców" – podkreśla dr Łuczak.

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Ewa Bednarz

Kredyt z plastiku

Tylko część banków decyduje się na wydawanie przedsiębiorcom kart kredytowych. Znacznie chętniej oferują im dużo kosztowniejsze karty obciążeniowe