Najnowsza interwencja Uważam Rze

Cywilizacja

To nie jest kraj dla starych ludzi

Ewa Filiks

Całe życie płacili składki zdrowotne, żeby na starość odesłano ich na koniec kolejki. Albo do domu, bo co taki stary będzie młodemu miejsce blokował

Kto choć raz odwiedził podlaski SOR, czyli szpitalny oddział ratunkowy, wie, że diagnozę stawia tu pielęgniarka. Żeby zostać szybko przyjętym, trzeba wyglądać jak najgorzej: dyszeć, krztusić się, chwytać za okolice mostka i pokazywać drętwiejące lewe ramię. Chyba że ma się więcej niż 60 lat. Wtedy można się krztusić do woli, nawet naprawdę. I tak odeślą na koniec kolejki. Bo pierwszeństwo zależy tu od numeru PESEL. Piątka, czwórka, a nie daj Boże trójka z przodu dyskwalifikuje. Pierwszeństwo mają młodzi.

Szpitalna segregacja

– Co tydzień na dyżurny telefon dzwonią ludzie z całego województwa i skarżą się, że z migotaniem przedsionków cały dzień czekali na przyjęcie do lekarza – mówi Zbigniew Dudko, prezes Stowarzyszenia Pacjentów Primum Non Nocere. – Bo pielęgniarka najpierw spytała ich o wiek, a potem przełożyła ich zgłoszenie na sam dół. Jest tajemnicą poliszynela, że w szpitalach wojewódzkich ludzie powyżej 60 lat obsługiwani są jako ostatni. Jeśli do wieczora ich stan się pogorszy, są przyjmowani do lekarza, a potem na oddział. Jeśli nie, odsyła się ich do domu. Wobec seniorów diagnozy dokonują nie lekarze, a pielęgniarki – dodaje Zbigniew Dudko. Półki w białostockim biurze Primum Non Nocere uginają się pod ciężarem teczek z dokumentacją błędów medycznych. Czasem dowody aż krzyczą o odszkodowanie, ale chorzy nie żyją, a ich krewni boją się narazić lekarzom.

Być może uda się uzyskać odszkodowanie dla Wiesławy Jankowskiej, 66-latki, którą obsługa obwoźnego mammografu NFZ, zajeżdżającego co dwa lata pod Urząd Gminy w Nowych Piekutach niedaleko Wysokiego Mazowieckiego, przez lata diagnozowała jako zdrową i nie zauważała rosnącego w jej piersi guza wielkości mandarynki. Kiedy pięć miesięcy po trzeciej z kolei mammografii, która wykazała, że piersi ma zdrowe, trafiła z bólem do lekarza w Centrum Onkologii w Białymstoku, było wielkie zdziwienie. Bo nowotworu w IV stadium trudno nie wyczuć pod palcami, a co dopiero zobaczyć na mammogramie.

– Lekarze byli przerażeni, bo żona już nawet nie kwalifikowała się do operacji. Mówili, że taki rak rośnie osiem–dziesięć lat i że nie można go było nie zauważyć, że to już w 2006 r. było widać na zdjęciu – mówi Andrzej Jankowski, który od pięciu lat bezskutecznie walczy o udowodnienie błędu lekarzom. – Ale technik z mammobusa mówił żonie, że przy badaniu boli, bo musi, i żeby nie narzekała – opowiada.

Dziś nie chce nawet myśleć, co by było, gdyby „mandarynka" nie zaczęła boleć – bo przecież mówią: raka się nie czuje – i gdyby było już za późno nawet na chemię i radioterapię, która podarowała Wiesławie te kilka lat życia. Trudnego, bo w bólu, z przerzutami do kości i koniecznością dojazdów na masaże ściągające limfę z drętwiejącej ręki, ale zawsze życia. Teraz Andrzej Jankowski – deszcz, nie deszcz – wozi żonę do zaufanej pani ginekolog, która nie traktuje ich jak lekarka opisująca zdjęcia z mammobusa. Dla tej ostatniej to wyniki badań z białostockiego centrum onkologii były do podważenia.

Operacja za świniaka

Zbigniew Dudko, który pomaga Jankowskim w walce o odszkodowanie, przyznaje: – Wieś jest przez polską służbę zdrowa najbardziej zaniedbana. Ludzie w małych podlaskich miejscowościach swojemu lekarzowi wierzą bardziej niż księdzu. Co powie, jest święte, co przepisze – uleczy. A jak nie uleczy, to znaczy, że nie ma rady.

83-letnia Janina Waszczukowa spod Siemiatycz tak bardzo uwierzyła lekarce, która raz na tydzień przyjmuje w przychodni obok GS, że nie poszła do szpitala. Bo doktorowej wystarczyło, że jej w oczy zajrzała i już wiedziała, że na przysadce usiadł guz, a w Białymstoku to dopiero zobaczyli na aparaturze. Guz był do wycięcia, ale doktorzy – jak usłyszała – nie mogli tak po prostu kolejki przesunąć, a że ani świniaka, ani krowy dawno już nie miała, wiedziała, że ich nie przekona. Jak kazali jej się zgłosić na kolejne badanie za pół roku, to podarła kwit i nie pojechała. Bo raz, że za daleko i na bilet przy 450 zł emerytury nie bardzo ją stać, a dwa, że ze szpitala w Białymstoku to do wsi jeszcze nikt zdrowy nie wrócił. Trzeci rok już leczy się sama, pradawnym sposobem nadbużańskich panien aptecznych – wywarem z brzozowego guza, czyli huby. Jedna łyżeczka zmielonego proszku na szklankę wrzątku. I żyje do dziś, łykając proszki od lekarki, której powiedziała, że badanie wyszło w porządku. Bo co będzie doktorową martwić, jak ona zawsze mówi, że starzy to do niej bardziej w gości przychodzą niż z prawdziwymi problemami, a w pewnym wieku przecież wszystko ma prawo boleć.

Poprzednia
1 2 3 4

Wstępniak

Materiał Partnera

Polacy coraz częściej kupują online. Co ich przekonuje do tej formy zakupów?

Kupujemy na potęgę. Rynek dóbr konsumenckich rozwija się dynamicznie, a my – konsumenci – podążamy za najnowszymi trendami. Kupujemy nie tylko więcej, ale i korzystając ze znacznie...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Adam Maciejewski

Polski kapitał na Kaukazie

Od 2014 r. w Armenii działa fabryka polskiej spółki Lubawa. Nawiązanie współpracy z rządem Armenii było możliwe dzięki promocji naszego przemysłu za granicą, wspieranej przez dotacje z UE